A l p e j s k o - t a t r z a o s k i e i m p r e s j e i n i e t y l k o

Se z o n 2 0 1 2 Tytuł: (01.04.2012 - 31.03.2013) Alpejsko- tatrzaoskie impresje i nie tylko Miki & Beti Autor: 04-09.09.2012* / Data wyprawy: ...
7 downloads 0 Views 4MB Size
Se z o n 2 0 1 2

Tytuł:

(01.04.2012 - 31.03.2013)

Alpejsko- tatrzaoskie impresje i nie tylko Miki & Beti

Autor:

04-09.09.2012* /

Data wyprawy:

* OBIEŻYŚWIAT

(status rangi z dnia publikacji relacji)

Ach!

Jak

my

uwielbiamy

śmigać

po

galeria >

36 / 2012 / Zlotowe wojaże

Nr relacji:

Autor relacji to Moto-Turysta w randze:

/ Moto-Turysta 156

Data nadesłania relacji: 08.10.2012 Data publikacji: 01.12.2012 Relacja objęta rankingiem „Moto-Turysta Roku 2012”. Opublikowany materiał rywalizuje w rankingu „Relacja Roku 2012”

krętych

drogach i dróżkach wijących się wysoko w górach, oferujących niesamowite wrażenia z jazdy. Obładowani bagażami ruszyliśmy, więc do Karyntii przez

Kościelisko

i

Balaton,

wplatając

w

nasz

tygodniowy urlop spotkanie z klubowymi przyjaciółmi u podnóża Tatr oraz uczestnictwo w: „European Bike Week”, czyli

międzynarodowym

zlocie

motocyklistów

Skład ekipy: Beti, Miki, Rychu, Andy, Krzysiek, Zbyszek, Karol

organizowanym

corocznie

przez

Harleya

nad

jeziorem

Faaker See w Austrii.

Ostatniego dnia sierpnia, wraz z Danką / MT 153, popołudniem dotarliśmy do karczmy na wodzie „Sywor” w Kościelisku, obiekt sam w sobie ciekawy i skryty w leśnej scenerii: http://www.zdia.pl/karczma/ Tu przywitaliśmy się, z już znacznym gronem naszych znajomych. Letni, zakopiański wieczór upłynął nam na długich rozmowach i witaniu coraz to nowych przybyszów, którzy zjeżdżali się aż do północny. Sobotni poranek przywitał nas chłodkiem, mglistym krajobrazem i mżawką, która nie zachęcała do jazdy motocyklem. Jednakże po obfitym śniadanku w grupie nastał optymizm i wyruszyliśmy na podbój Słowacji. Drogą przez Łysą Polanę i dalej w kierunku na Żdiar, dojechaliśmy do zamku w Kieżmarku, miasta na północy Słowacji u podnóża Tatr.

Pospacerowaliśmy po dziedzińcu, wstąpiliśmy do muzeum „Veteran Car”, gdzie wśród różnych

oldsmobili znaleźliśmy Skodę Octavię Super 450 (typ 984) z 1957 roku – pierwszy samochód mojego Taty! W poszukiwaniu dobrej kawy dotarliśmy na Kieżmarską starówkę z odrestaurowanymi, kolorowymi kamieniczkami i ratuszem z wieżą zegarową, z której spoglądał na nas latarnik. Wracając zajrzeliśmy do późno gotyckiego kościoła św. Krzyża z ładnym ołtarzem i renesansową, wolno stojącą dzwonnicą. Jeśli kiedyś będziecie jechać drogą nr 67 z Łysej Polany na Poprad, to warto zjechać na chwilkę

z obranego kursu, pospacerować i poczuć klimat prowincjonalnego miasteczka jakim jest Kieżmark. 1 / 11

Resztę dnia spędziliśmy w siodle przemierzając piękne górskie tereny Niskich Tatr, przez pasmo Koziego Żebra, aż do Doliny Hronu. Tatry od strony słowackiej są zdecydowanie piękniejsze niż od polskiej a to ze względu na małą ilość drzew, które po naszej stronie zasłaniają góry. Nazajutrz, w niedzielne przedpołudnie, po gorących uściskach i pożegnaniach ruszyliśmy w przeciwną stronę, niż reszta uczestników naszego weekendowego spotkania. Ruszyliśmy leniwie przez Bańską Bystrzyce na południe, nigdzie się nie spiesząc, bez wytyczonej trasy w GPS-e, bez zaplanowanego miejsca docelowego,

z mocnym postanowieniem omijania za wszelką cenę autostrad i dróg ekspresowych. Poczuliśmy to: czystą formę wolności rozciągniętą na kilkaset kilometrów ! GPS - Foto >

I tak omijając duże miasta, jadąc przez słowackie a później węgierskie miasteczka

i

wioski

dotarliśmy,

przez

olbrzymie

pola

dojrzałych

już słoneczników, najpierw do miejsca na węgierskiej ziemi o wdzięcznej nazwie Bajka (o którym zapomniał chyba cały świat, bo nawet wujek google nie

może

go

odnaleźć

na

swej

mapie),

a

później

do

miejscowości

turystycznej Siofok nad Balatonem.

Siofok przywitała nas naganiaczami na wolne pokoje, którzy albo biegli za nami albo ścigali nas na skuterkach. To plus oblepienie nabrzeża jeziora ośrodkami turystycznymi, zazwyczaj takimi z poprzedniej epoki i często opuszczonymi, sprawiło na nas dość przygnębiające wrażenie. Następnego dnia po krótkim spacerze brzegiem jeziora przykre wrażenie się pogłębiło za sprawą betonowego deptaka. Zdecydowanie wolimy naturalne linie brzegowe. Pomimo fatalnych odczuć nie przekreśliliśmy w naszych planach podróżniczych Balatonu. Rodacy, których spotkaliśmy

w pensjonacie, (w którym nocowaliśmy) powiedzieli nam, że Siofok to

taki

nasz

Sopot

(co

wiele

nam

wytłumaczyło)

i podobno północna strona jeziora ukształtowana przez wulkany, z

opadającymi

do

wody

wzgórzami

jest

o

wiele

ciekawsza.

Kiedyś zweryfikujemy tą opinię. Pstryknęliśmy jeszcze kilka fotek tej „największej kałuży” w Europie i pognaliśmy w kierunku Villach w Austrii. 2 / 11

I

znowu

jechaliśmy

sobie

zgodnie

z

przyjętym

wcześniej założeniem: jak najwięcej bocznych dróg i jak najmniej autostrad. Jednak życie, jak to życie skorygowało wszystko na bieżąco, po swojemu. Nie dość, że

w końcu wylądowaliśmy na słoweńskiej

autostradzie, to jeszcze na dodatek koła

naszych

maszyn przejechały się przez kawałek Chorwacji! Dosłownie kawałek, bo tylko kilka metrów (wokół budki strażników granicznych) ! Nasz GPS nastawiony na „omijaj autostrady i drogi płatne” wymyślił sobie, że nas przeciągnie przez Chorwację i prawie by mu się to udało, gdyby nie fakt, że skierował nas na granicę na tzw. przejście dla małego ruchu granicznego – przejście na dowód osobisty tylko dla obywateli węgierskich i chorwackich. Węgrzy wprawdzie bardzo chętnie pozwolili nam opuścić granice EU tylko na dowód osobisty, ale za to Chorwaci już nie byli tacy chętni do wpuszczania i musieliśmy zrobić w tył zwrot. I tak wylądowaliśmy na słoweńskiej autostradzie, którą pomknęliśmy na Klagenfurt i dalej na Villach. Dotarliśmy

i

rozłożyliśmy

się

z

naszym

przenośnym apartamentem, na sprawdzonym trzy lata wcześniej

wcześniej

kempingu

zabookowanym

„Anderwald”

na

ten

(odpowiednio

zlotowy

czas)

nad jeziorem Faaker See – polecamy: http://www.campinganderwald.at/en/ Kemping położony jest w lesie, nad samym jeziorem, z doskonałym zapleczem gastronomicznym i sanitarnym. Wieczorkiem podążyliśmy na inspekcję głównego miasteczka zlotowego. Oficjalnie impreza rozpoczynała się dopiero dnia następnego (od wtorku), ale jak sprawdziliśmy, już dzień wcześniej wszystko było porozstawiane i chyba zapięte na przysłowiowy, ostatni guzik. Pierwsze co się rzucało w oczy to ogromna ilość punktów gastronomicznych. Kuchnia

regionalna,

chińska,

japońska,

tajska,

włoska,

turecka...

Przedzierając się przez tłumy trafiliśmy na stragany handlowe, których ilość była trudna do oszacowania. Można przyjąć, że każdy liczący się producent

w

UE

odzieży

motocyklowej,

kasków,

akcesoriów

moto,

czy części zamiennych był tam obecny. W niemniejsze zdumienie wprawiła nas ilość firm custom'ingowych, tuningowych, tatoo centrów i innych pokrewnych branż! No i ta niezliczona ilość scen mniejszych i większych z rockową muzyką i nie tylko, towarzyszącą imprezie non stop! 3 / 11

Wtorkowy poranek był bardzo rześki ale bezchmurny. Przy kanapkach i gorącej porannej kawie, które pod gołym niebem smakowały wyśmienicie, rozglądaliśmy się bacznie

po

sąsiadach.

Dookoła

było

towarzystwo

z całej Europy i rozrabiające miejscowe, kempingowe wiewióry!

Rozgrzewające się na niebie słoneczko spowodowało, że wskoczyliśmy w motocyklowe łaszki i pojechaliśmy szukać alpejskich wrażeń na widokowych trasach: Goldeck-Panoramastraße http://www.nockalmstrasse.at/de/goldeck-panoramastrasse Nockalmstraße http://www.nockalmstrasse.at/en/nockalmstrasse/motorrad

Szczególnie ta pierwsza zostanie w mojej pamięci,

gdyż na jednym z jej nawrotów, moja przednia opona odmówiła przyczepności i pozwoliła aby motocykl wyjechał spode

mnie!

Zaliczyłem

świetnej jakości ślizga

– na

szczęście

motocyklowi

i mnie

nic

się

nie stało

– straty powierzchowne a żebra w końcu przestaną boleć (podobno po okołu 6 tygodniach). Cenna, mała lekcja pokory – jak mawia Beti. Obie traski bardzo „lajtowe”, pokręcone jak ugotowany makaron, ale odpowiednio szerokie, asfalt raz dobry, raz gorszy, ale i tak nieporównanie lepszy niż na naszych krajowych drogach. Pierwsza trasa bardzo dobra na rozgrzewkę. Niestety po wjechaniu na najwyższy, końcowy

parking

widokowy

(1895m

n.p.m.)

niewiele

zobaczyliśmy

z powodu mocno zachmurzonego nieba. Niskie chmury i parujące góry zasłoniły nam widok nie tylko na świat, ale i na sam szczyt Goldecks (2142m n.p.m.). Zjechaliśmy czym prędzej z tej mało gościnnej górki i ruszyliśmy na kolejny szlak motocyklowy. 4 / 11

Nockalmstrasse jest piękną, malowniczą i długą (34 km) trasą za 8 Euro (wartą swojej ceny), wijącą się wierzchołkami gór. Podjazd do najwyższego punktu przebiega częściowo przez lasy i pastwiska. Zaliczamy na niej dwa dwutysięczniki: 2042m n.p.m. Eisentalhohe i 2024m n.p.m. Glockenhutte! To była niespodzianka, gdy zaraz po zjeździe ok.

500

m

w

dół

z pierwszej góry, trzeba było

wjechać

ponad

8km

ostrym, podjazdem

na drugą górę, z której zjazd na samym dole zakończył się ostrym zakrętem w lewo z 26% podjazdem! To była zabawa! Góra, dół, prawo,lewo...i tak w kółko. Dzień „lajtowy” a jednak pełen wrażeń! Po powrocie zakupiliśmy skromne ilości lokalnych „beerów” na powitanie naszych znajomych, Rycha i Andego

z

Wrocławia, którzy dołączyli do nas już po zapadnięciu zmroku. Przy pomocy sztucznego oświetlenia w postaci

jednej małej latarenki, pomogliśmy im rozłożyć ich przenośne domki obok naszego apartamentu. Zaraz potem nastąpiło „welcome party”. Nazajutrz obudziły nas promienie słoneczka, które było już wysoko na niebie. W związku z późną porą przekreślającą wypad na dłuższą trasę, po krótkiej naradzie i orzeźwiającej kąpieli w wodach naszego turkusowego jeziora

Faakersee,

pomknęliśmy

zobaczyć

malowniczy

kościółek

usytuowany

na

półwyspie

Maria

Worth

nad najdłuższym (17km) i najcieplejszym (wody jeziora zasilane są wodami geotermalnymi) jeziorem w Karyntii – Worthersee. Kościółek to średniowieczna kolegiata z zachowanymi freskami z XII wieku przedstawiającymi apostołów. Żelazne krzyże okalającego kościół cmentarzyka są malowniczą atrakcją turystyczną.

5 / 11

Po krótkim pobycie na półwyspie pojechaliśmy na widoczny w oddali pagórek Piramidenkogel (905m n.p.m.), na którym znajduje się szkaradna, betonowa wieża widokowa, budowla bez historycznej i estetycznej wartości ale za to ze wspaniałym widokiem na całe jezioro. Widok nawet przy nie najlepszej pogodzie jest na około 100 km, na południe widać całe Karawanki, na zachód Alpy Gailtaskie i Karnickie, na północ Saulalpe, dostrzegamy nawet gdzieś tam w oddali kawałeczek naszego jeziorka Faakersee. Nacieszywszy oczęta karyncką panoramą i ubożsi o kilka euro (wjazd na wieżę szybką windą jest płatny) wracamy na nasz kemping. Czas

na

zaliczenie

zlotowych,

tej

atrakcji

największej

imprezy motocyklowej w Europie! Ta impreza to „all in one” - zlot, festiwal, moto-bazar, czy jak kto woli targ motocyklowy. Zanim jednak zaczęliśmy zabawę musieliśmy się przebić przez niemały korek (korek motocyklowy) na jednokierunkowej „już tylko” drodze wijącej się wzdłuż zlotowego jeziora. We wtorek normalna, dwukierunkowa droga zamieniła się, aż do końca imprezy, na jednokierunkową. Jak komuś się zdarzyło przejechać swoje miejsce docelowe to miał pecha i musiał robić pełną rundkę wokół całego jeziora!

Była środa, drugi dzień zlotu a motocykle wszelkiej maści

ciągle

napływały

ze

wszystkich

I napływały tak jeszcze przez kilka dni!

stron

świata!

Wokół jeziora

(15 km obwodu) powstało kilka wiosek imprezowych i wszędzie coś się działo! Na ulicach motocykle stały w poprzek a nawet każdy wolny centymetr chodnika był zajęty! Trzeba przyznać, że rozmach tej imprezy przerósł niejedno nasze wyobrażenie o zlotach motocyklowych. Z niemałym trudem, w sekwencji sprzęgło, jedynka,

hamulec, co i rusz prawie ocierając się o innych motocyklistów przedarliśmy się do oazy.....tak, tak, do oazy spokoju. Nasz kemping pomimo braku miejsc, w porównaniu z gwarnymi wioskami był naprawdę cichutki i spokojny.

6 / 11

Po

chwilowym

odpoczynku

ruszyliśmy

na

wieczorne

harce

ale w tzw. międzyczasie dotarli do naszego obozowiska Krzysiek i Zbyszek na swych Intruderach VS1400. Szybkie rozbicie, browarek na schłodzenie się i uzupełnienie płynów, i dawaj na koncerty. Na scenie przy namiocie Victory chłopaki nieźle zapodawali bluesowo - rock & rollowe kawałki, a co jakiś czas zgrabna i skąpo odziana dziewczyna wykonywała niezwykle giętkie pląsy

na rurze i nie tylko. W innym namiocie grali bardziej tanecznie,

co

wykorzystał

skwapliwie

Rychu

i

porwał

w tany Beti. Po dzikich harcach wróciliśmy

jednak

do

Victora,

przed którego namiotem bawiący się tłum zwielokrotniał. Niespodziewanie zaczęło lać, ale tak jakby ktoś wylewał hektolitry wody z wiader, to było chyba oberwanie chmury. Cała publika wtargnęła do środka namiotu i zrobiło się bardzo ciasno. Jedynie Beti i Rychu, nie zważając na prysznic

z

nieba,

tańczyli

beztrosko

na

deszczu



jak

Gene

Kelly

w „Deszczowej piosence”. Po powrocie do obozu mieliśmy małą zagwozdkę, jak w strugach deszczu przebrać się

w suche ciuchy? Daliśmy radę, rozebraliśmy się na deszczu do bielizny, w przedsionku namiotu zrzuciliśmy z siebie resztę, wytarliśmy się i suchą nóżką wśliznęliśmy się w cieplutkie śpiworki! Było bardzo mokro i wesoło! Następnego

dnia

wyruszyliśmy

klasycznie

zaraz

po śniadaniu, tym razem już w sześć motocykli, na kolejną atrakcyjną trasę zwaną Malta – Hochalmstrasse. Prowadzi ona przez fantastyczny wysokogórski krajobraz masywu Taurów. Na trasie czekały na nas wąskie, górskie zakręty, liczne efektowne wodospady oraz kilka kilometrów jazdy w tunelach wykutych w skale. Mniam, mniam!

7 / 11

Po drodze zatrzymaliśmy się przy najwyższym w Austrii wodospadzie Fallbach. I tutaj Beti uparła się, żeby podejść pod sam wodospad, i chcąc nie chcąc całe nasze męskie grono podreptało tam za nią. I powiem Wam, że było warto, wrażenia niesamowite, wszystkim się podobało. Czasem warto czasem posłuchać niewiasty?

Punktem końcowym tej ponad 14 kilometrowej trasy była potężna zapora

Kolnbreinsperre,

położona

po wysokiej na 200m tamie, z

na

wysokości

1902m

n.p.m.

Spacer

platformą widokową ze szklaną podłogą,

z widokiem na dwa błękitne jeziora, też wywarł na nas mocne wrażenia.

W tym dniu mieliśmy zaliczyć jeszcze w drodze powrotnej Muzuem Porsche w miasteczku Gmund, niestety z powodu zaspakajania w pierwszej kolejności potrzeb cielesnych (czyt. głodu) pocałowaliśmy tylko klamkę.

Spóźniliśmy raptem kilka minut i musieliśmy się obejść smakiem (ale za to mieliśmy pełne brzuchy).

w podziwianiu pierwszych konstrukcji Porsche

Tego wieczoru w obozowisku przywitał nas Karol, który doleciał do nas na zlot na swojej Hayabusie, i któremu z niemałym trudem udało się rozbić swój namiocik pomiędzy naszymi. No cóż, i tym samym znowu mieliśmy szczytny cel na wieczór: oprowadzaliśmy nowo przybyłego

Karola

po wioskach imprezowych i pobliskich „wodopojach” co by napoić strudzonego, po całym dniu podróży. 8 / 11

Na piątek mieliśmy zaplanowane spełnienie kaprysu naszej ekipy, czyli skonsumowanie pizzy w Ljubanskim Dvor'e (tu gwoli wyjaśnienia: kaprys ten zapoczątkował nasz klubowy kolega Jurek zamieszczając zdjęcia konsumpcji nieprzyzwoicie ogromnych rozmiarów pizzy, właśnie z tego lokalu).

W tym celu wybraliśmy się w drogę przez przełęcz Wurzenpass do Słowenii. Po kilkudziesięciu kilometrach (i małych kłopotach z motocyklem Krzyśka - oberwany przewód plusowy przy akumulatorze), zupełnie przypadkowo

(bo tak poprowadziła nas nawigacja) dotarliśmy do Bled, miasteczka położonego nad krystalicznie czystym jeziorem Blejsko u podnóża Alp Julijskich. Na jeziorze jest wysepka a na niej wybudowano kościółek, do którego można dopłynąć wynajętą łódką, kajakiem, samodzielnie lub z przewoźnikiem. Nad północnym brzegiem jeziora wznosi się ponad 100 metrowa lita skała, na której stoi zamek. Całość stanowi bardzo malowniczy zakątek, na pewno wart głębszego poznania.

Wzmocnieni kawą i pysznym deserem do

pognaliśmy

Ljubljany

dalej,

najmniejszej

stolicy w Europie. Jak do tej pory samo miejsce, ba nawet sama Słowenia wydawały nam się nie warte uwagi. I to był błąd, który popełniliśmy nie tylko

my,

ale

także

wielu

innych podróżników. Ljubljanską starówkę przecina rzeka Ljubljanica. Zamek znajdujący się w samym zielonym sercu stolicy, leżący na wzgórzu, patrzył leniwie na miasto. Przy rzeczce pod kolumnadą stały stragany, na których można było kupić prawie wszystko. 9 / 11

Wędrując wąziutkimi uliczkami dotarliśmy najpierw do wymarzonej pizzy, a później do trójmostu i placu Franca Preserena. Pomnik tegoż Pana, autora słoweńskiego hymnu narodowego patrzył w zadumie na cały plac. Zarówno

w

Bled

i

w

Ljubjlanie

dekadencji. Ciepłe letnie powietrze

wyczuwaliśmy

i wędrujące

lekką

atmosferę

z nami słońce tylko

wzmagało lekkość bytu. Bardzo nie chciało nam się stamtąd ruszać, a taki

stan oznaczał tylko jedno: koniecznie trzeba zaplanować co najmniej dwutygodniowy wypad do tego pięknego kraju z mnóstwem naturalnych atrakcji. Do naszego obozowiska wróciliśmy bardzo ciekawą przełęczą Loiblpass (1369m n.p.m., z Ljubljany droga 101 przez Trzic). Tylko nie wiedzieć czemu nie udało nam się utrzymać jednolitego szyku i każdy jechał swoim tempem. Ostatnie kilometry tradycyjnie staliśmy w korku motocyklowym. Piątek po południu to zazwyczaj apogeum przyjazdów, setki, tysiące motocykli nadjeżdżających z każdej strony. Sobota była naszym dniem powrotu do kraju. Udało nam się w miarę szybko zwinąć namiot i wyjechać z terenu zlotowego przed ustawianiem się motocykli na przewidzianą

w tym dniu paradę motocyklową. „Oddelegowaliśmy” jednak naszych serdecznych kompanów pozostających do niedzieli, do udziału w tej szalonej, jedynej w swoim rodzaju paradzie, nam jedynie znanej z opowieści.

No cóż, nadszedł czas na podsumowanie. Wyjazd należy zaliczyć do bardzo udanych. Tak jak spodziewaliśmy się Austria to piękny kraj. Połączenie wspaniałych gór i ciepłych jezior pozwała na pełny relaks. Trasy motocyklowe są doskonale oznakowane, dobrze przygotowane, kierowcy na drogach przyzwyczajeni i życzliwi dla motocyklistów. Ogólny poziom cen jest dość wysoki, ale akceptowalny i wiadomo za co się płaci. Bardzo pozytywnym zaskoczeniem była Słowenia ze swoimi pięknymi zakątkami, którą postawiliśmy lepiej poznać, może już za rok?

10 / 11

No i wreszcie sam zlot – Europejski Tydzień Motocyklowy w alpejskim miasteczku Faak am See - to największa impreza, zlot, bazar, festiwal w Europie. Czy warto tutaj przyjechać? Jeśli chcemy przeżyć coś niecodziennego i lubimy imprezy motocyklowe w dużym formacie XXL, to zdecydowanie TAK !

Pozdrawiamy, Miki & Beti / M-T 156

oraz pozostała ekipa w składzie: Rychu, Andy, Krzysiek, Zbyszek, Karol

Zapraszamy do galerii zdjęć z opisanej wyprawy >>>

Sponsorem nagród dla laureatów rankingu „Moto-Turysta Roku 2012” jest:

11 / 11

Suggest Documents