124. SGO Polesie w dokumentach i wspomnieniach

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach Po kapitulacji dnia 6 X 1939 r. zostałem zapisany do odznaczenia przez ppor. Henryka Sadow­skiego29 i por...
1 downloads 0 Views 590KB Size
SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

Po kapitulacji dnia 6 X 1939 r. zostałem zapisany do odznaczenia przez ppor. Henryka Sadow­skiego29 i por. Mierzwińskiego, obaj ze 182 pp, oraz por. [Tadeusza] Stelmacha ze 183 pp30. Powiedzieli, że walczyłem w pierwszej linii i zabrałem 3 Niemców do niewoli, nie traciłem nadziei, walczyłem do końca, wykazałem hart i odwagę, dochowałem wierności Ojczyźnie, zasługuję na wielkie bojowe odznaczenie i że jeszcze Polska nie zginęła i nie zginie. Po kapitulacji 6 X 1939 r. zostałem wywieziony do niewoli niemieckiej do szpitala do miejscowości Bremerhaven, gdzie przebywałem do 10 X 1942 r. Z powodu ciężkiego stanu zdrowia komisja lekarska odesłała mnie i Jana Kocia, zamieszkałego obecnie Przywory Małe, woj. siedleckie, do Polski. Potem byłem w Szpitalu Ujazdowskim w Warszawie, ul. Górnośląska 45. Dnia 27 VIII 1943 r. Komisja Lekarska w Szpitalu Ujazdowskim uznała mnie za wojskowego inwalidę wojennego. Oryginał, maszynopis; CAW, Kolekcja Kleeberczyków, rel. nr 346/393a

124. Por. Józef Kucharczyk, dowódca 3 kompanii strzeleckiej 82 pp. Opis działań Grupy „Polesie”, b.m., [przed 1950 r.]31

Fazy działań SGO „Polesie” Plan działań SGOP da się podzielić na 5 faz, które pokrywają się całkowicie z wiadomościami zasięgniętymi przeze mnie podczas działań i w niewoli u różnych oficerów ze sztabu śp. gen. bryg. Kleeberga. I faza Obejmuje wykonanie planu mob. od 29 VIII do 10 IX 1939 r. W myśl tego planu pozostałości pułkowe odchodzą do Ośrodków Wyszkoleniowych Dywizji, np. 82 sps i 84 pp 29 Stanisława. 30  W czasie pokoju służył w 82 pp. 31  Na karcie tytułowej znajduje się adnotacja o następującej treści: „Por. J. Kucharczyk po uwolnieniu z niewoli niemieckiej był w amerykańskich kompaniach wartowniczych. Wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie zmarł w Chicago 1 VII 1950 r. Pochowany 3 VII 1950 r. na cmentarzu: St. Adalbert’s Cementery, 6800 N. Milwaukee Avenue, Nr grobu 1108 sekcja WM. Powyższe dane wraz z pamiątkami ofiarowuje jego siostra Anastazja Kucharczyk dla Instytutu Historycznego Marsz. Józefa Piłsudskiego”. W IPMS (zespół B.I.42) zachowało się również napisane w X 1945 r. w Niemczech sprawozdanie por. Kucharczyka z kampanii wrześniowej. Zawiera ono syntetyczny opis działań SGO „Polesie”, obsadę jednostek oraz odpisy posiadanych przez niego rozkazów. Sprawozdanie to stało się podstawą do napisania prezentowanej, znacznie obszerniejszej relacji, dlatego zrezygnowano z jego publikacji.

50

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

maszerują do Ośrodka Wyszkoleniowego Dywizji przy 83 pp w Kobryniu. W tym Ośrodku miano szkolić rocznik poborowy i przeszkalać rezerwistów jako uzupełnienie pułków znajdujących się w I linii. II faza Tak zwanej obrony – powstała na skutek szybkich działań wojsk niemieckich, tj. broni pancernej i lotnictwa, które bombardowało miasta, miasteczka i wsie. Bombardowania lotnicze poprzerywały komunikację i łączność. Wódz Naczelny Rydz-Śmigły Edward znajdował się od 6 do 10 IX 1939 r. w Twierdzy Brześć n/B. i dał podobno rozkaz śp. gen. Kleebergowi porzucić wykonanie planu mob., a przystąpić do zorganizowania linii obronnej: Brześć–Kobryń–Pińsk z pozostałości 20 i 30 dywizji. W razie załamania się nakazanej linii obronnej – odpłynąć na południe do granicy rumuńskiej. Od 10 do 17 IX 1939 r. oddziały pozostałości pułków 30 Dywizji, które znalazły się w rejonie Kobrynia, organizują obronę i są związane walkami z oddziałami niemieckimi. III faza Na wiadomość o przekroczeniu naszych granic przez wojska sowieckie – rozpoczyna się odpływanie oddziałów na kierunek Kowla. Pułkownik Koc podobno otrzymał rozkaz od śp. gen. Kleeberga zabezpieczyć spływanie grupy od wschodniej strony z rejonu Kowla. Grupa pińska z całym sztabem spływała z rejonu Pińska przez Kamień Koszyrski–Nujno. Dywizja „Kobryń” odrywa się z walk o Kobryń i maszeruje różnymi drogami na Dywin–Samary–Ratno. Podczas spływania na południe, w dniu 20 IX 1939 r. nadeszła wiadomość, że płk [dypl. Leon] Koc poddał garnizon Kowla wojskom sowieckim bez strzału, a wojsko rozpuścił do domów. Ubezpieczenie grupy pińskiej w Kamieniu Koszyrskim nawiązało łączność telefoniczną z Kowlem. Przy aparacie był już komisarz sowiecki, który naszemu rotmistrzowi, dowódcy zabezpieczenia nakazał złożenie broni. Wieczorem nawiązano drugi raz [kontakt] z Kowlem, ale komisarz kategorycznie zażądał złożenia broni. Wyznaczono miejsce spotkania się parlamentariuszy obu stron. Z naszej strony był wyznaczony gen. [Ludwik] Kmicic-Skrzyński i ppłk Bujwid Bogdan, którzy udali się na wyznaczone miejsce, ale ze strony sowieckiej nikt nie przybył. Droga spływania została przecięta. IV faza Obejmuje plan „Odsiecz Warszawie”. Chcąc maszerować ku granicom Rumunii, trzeba było albo walczyć z wojskami sowieckimi, albo złożyć im broń. W tym czasie są wiadomości, że Warszawa, Hel i jeszcze kilka miast walczą z Niemcami. Na skutek takiej sytuacji śp. gen. Kleeberg porzuca plan przebijania się na południe i postanawia spieszyć z odsieczą Warszawie. Od miejscowości Mielce–Piaseczno następuje zmiana kierunku na m. Włodawa. Po dojściu do Włodawy, w której zebrało się dość dużo różnego wojska, nastąpiła organizacja grupy. W dniu 28 IX 1939 r. całe wojsko zostało podporządkowane śp. gen. Kleebergowi i otrzymało nazwę Samodzielna Grupa Operacyjna „Polesie”, w skrócie brzmi SGOP. Marsz z odsieczą Warszawie trwa od 20 do 30 IX 1939 r.

51

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

V faza Na skutek otrzymanych wiadomości o upadku Warszawy powstaje plan marszu na Dęblin. SGOP miała się w Dęblinie zaopatrzyć w broń, amunicję, sprzęt i żywność – jako nieodzowne środki do walk, maszerować w Góry Świętokrzyskie i stamtąd wykonywać wypady na wojska niemieckie. Plan ten nie doszedł do skutku, ponieważ w realizowaniu SGOP zmuszona była przyjąć walkę z Niemcami w rejonie Kocka i Serokomli. Walka trwała od 2 do 6 X 1939 r. i zakończyła się kapitulacją SGOP. (Szkic nr 132) Dywizja „Kobryń”: Kobryń–Płoskie–Sławki–Ruchowicze–Chobowicze–Dywin–Samary–Cyganki–Koma­ rowo–Ratno–Zamszany–Nowiny–Piaseczno–Czeremszanka–Borzowa–Wyżwa Nowa–Rudka –Halinowola–Smolary–Browar–Krymno–Butmer–Wilica–Szack–Piszcza–Tomaszówka –Włodawa–Dworek Adampol i Folwark–Natalin–Żuków–Mosty–Opole–Puchowa Góra–Jab­ łoń–Gęś–Czeberaki–Kostry–Okalew–Suchowola–Świerże–Niewęgłosz–Paszki–Sitno–Ruda Muro­wa­na–Krasew–kol. Krasew–Oszczepalin A i B–Wojcieszków–Hordzieżka–Gajówka Ofia­ ra–Folwark Lipiny–Turzystwo–Wola Gułowska. Skład SGOP Z rozkazu organizacyjnego Dywizji „Kobryń” i z opowiadań zasięgniętych w niewoli, skład SGOP przedstawiał się następująco: Kwatera Główna I Szef Sztabu II Szef Sztabu I Adiutant II Adiutant Szef Kancelarii Zastępca Kwatermistrz po nim Szef łączności Szef saperów Szef uzbrojenia Szef sanitarny Szef artylerii Sąd polowy Komisariat cywilny Zastępca Dowódca artylerii plot. 32  Szkice zamieszczono na końcu tomu.

52

A. SGOP śp. gen. bryg. [Franciszek] Kleeberg płk [Mikołaj] Łapicki ppłk [Kazimierz] Stawiarski mjr [Tadeusz] Grzeszkiewicz rtm. [Jan] Michałowski kpt. [Stanisław] Czuczwar st. sierż. Włodzimierz Gruszecki ppłk Bohdan Bujwid płk [Romuald] Kohutnicki mjr [Roman] Hetper ppłk [Eugeniusz] Schubert ppłk [Józef] Mara-Meijer mjr [Marian] Kordzik mjr dypl. Kazimierz Szczakowski ppłk [Tomasz Żuk-]Rybicki woj. krak. Michał Gnoiński ppłk [Bronisław] Batsch kpt. Kazimierz de Latour

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

Dowódca żandarmerii polowej Dywizja „Kobryń” Dywizja „Brzoza” Samodzielna Grupa Oddział OPL Baon „Kowel” Podlaska Brygada Kawalerii Suwalska Brygada Kawalerii

mjr płk płk em. ppłk płk mjr gen. gen.

[Antoni] Czabański [Adam] Epler [Ottokar] Brzoza-Brzezina [Wilhelm] Paszkiewicz [Jerzy] Trojanowski [Adam] Wilczyński [Ludwik] Kmicic-Skrzyński [Zygmunt] Podhorski

Dowódca Dywizji Szef Sztabu Adiutant Dowódca 82 sps Dowódca 83 pp Dowódca 84 pp Dowódca Sam. Baonu 79 pp Dowódca Baonu Morskiego Dowódca KD Dowódca KZ Dowódca ckm Dowódca ppanc. Dowódca Artylerii Dowódca plut. żand. pol. Dowódca komp. łączności Kwatermistrz Oficer skarbnik Oficer żywnościowy Szef sanitarny dyw.

B. Dywizja „Kobryń” płk [Adam] Epler mjr [Franciszek] Schoener ppor. [Alfons] Łyskawa ppłk Franciszek Targowski ppłk Władysław Seweryn mjr Józef Żeleski mjr (śp.) Michał Bartula kmdr ppor. [Stefan] Kamiński płk [Anatol] Dworenko-Dworkin por. Zygmunt Kawa ppor. Józef Socha por. [Czesław] Malinowski mjr [Stanisław]] Olechowski ppor. [Maksymilian] Muszyński por. Zygmunt Sikora mjr Michał Leszczak kpt. Lucjan Świtaj por. Wacław Stelmaszczuk mjr dr [Leon] Streit

Dowódca Pułku I Adiunkt II Adiunkt Oficer łącznikowy Oficer informacyjny Oficer żywnościowy Zastępca Oficer skarbnik Oficer zastępca Oficer zastępca Oficer lekarz Kwatermistrz Kwatermistrz zastępca

C. Skład 82 sps ppłk Franciszek Targowski kpt. Bolesław Baraniecki por. Wacław Kruk-Rutkowski ppor. Eugeniusz Ukryn ppor. Stanisław Nanowski chor. Jan Kaszubowski plut. Jan Żuk por. Tadeusz Kowalkowski st. sierż. (śp.) Witold Magier plut. Kazimierz Poka ppor. Józef Grosglik mjr Edward Pach rtm. Witold Ber

53

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

Kwatermistrz zastępca por. Władysław Nowicki Szef kancelarii pułku st. sierż. Ludwik Grabowski Uzbrojenie chor. Stanisław Szczurek Zastępca plut. [Józef]Potiopa33 Plut. artylerii ppor. Stanisław Żarski Plut. pionierów ppor. Olesiak Zastępca ppor. Eugeniusz Skiba Plut. KZ ppor. Grysiewicz Plut. kolarzy ppor. Zygmunt Taras Plut. łączności por. Lubomir Malinowski Plut. sztabowy ppor. (śp.) Władysław Włodarz34 Plut. zastępca ppor. Stanisław Oleński Oficer taborowy ppor. Klemens Gucwa I baon – dowódca Adiutant Pisarz baonu Oficer skarbnik Oficer żywnościowy Oficer lekarz Plut. łączności Oficerowie dyspozycyjni Oficerowie dyspozycyjni 1 komp. – dowódca komp. I pluton I pluton II pluton II pluton III pluton III pluton 2 komp. – dowódca komp. I pluton I pluton II pluton III pluton 3 komp. – dowódca komp. I pluton I pluton II pluton II pluton III pluton

mjr Tadeusz Bandoła ppor. Janusz Szaniawski plut. Bronisław Wierzbanowski ppor. Bronisław Wierzchowski ppor. Jan Nowak ppor. [Wacław] Gerwel ppor. Marceli Liwski ppor. Stanisław Kwiatkowski ppor. Jan Petrykowski kpt. Jan Pawłowski ppor. Jan Woźniak ppor. Jan Rutkowski ppor. (śp.) Rafał Górecki ppor. (śp.) [Bogdan] Mościcki ppor. Ignacy Jarzembiński ppor. [Mieczysław Marceli] Duch por. Stanisław Olszak por. Jan Wojewski ppor. Stanisław Kwiatkowski ppor. Stanisław Sadowski ppor. [Edward] Borowski por. Józef Kucharczyk por. Wacław Rusecki ppor. Tadeusz Buyko ppor. Mieczysław Maczkowski ppor. [Mieczysław] Szparkowski ppor. Jan Wójcik

33  Młodszy majster wojskowy. 34  Oficer służby stałej 82 pp. W publikacjach występuje jako Włodzimierz.

54

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

Szef kompanii sierż. [Jan] Cwenarski po nim plut. Edward Liszewicz Podoficer gospodarczy plut. Sosnowski Podoficer broni plut. pchor. Jerzy Duszyński Sekcja granat. kpr. [Bronisław] Zamojda Kapral obserwator plut. pchor. Ernest Malcher Pocztowy osobisty strz. Józef Więzowski I plut. kpr. obser. plut. pchor. Henryk Nowosielski 1 drużyna kpr. pchor. Mieczysław Sowiński 2 drużyna kpr. pchor. Ryszard Strauss 3 drużyna kpr. pchor. Rotkiewicz II plut. kpr. obser. plut. pchor. Borys Radkiewicz 4 drużyna kpr. pchor. [Klemens] Dekler 5 drużyna kpr. pchor. Musiał 6 drużyna kpr. pchor. Turski III plut. kpr. obser. plut. pchor. Demecki 7 drużyna kpr. pchor. Edward Ilkowski 8 drużyna plut. pchor. Hoffman 9 drużyna sierż. pchor. Konopnicki 1 ckm dowódca komp. por. Marian Kamiński zastępca por. Żak Kazimierz I pluton ppor. Kazimierz Wilkowski II pluton ppor. Lewicki Witold III pluton ppor. Kubicki Anzelm IV pluton ppor. [Kazimierz] Boużyk V pluton ppor. Kubisiak Jan Plut. moździerzy ppor. [Sławomir] Bożymiński Zastępca ppor. [Józef] Skindzier II baon – dowódca baonu Adiutant Oficer żywnościowy Zastępca 4 komp. – dowódca komp. I pluton – dowódca II pluton – dowódca III pluton – dowódca Szef komp. Podoficer gospodarczy 5 komp. – dowódca komp. I plut. – dowódca plut. II plut. – dowódca plut. 6 komp. – dowódca komp.

kpt. Roman Samoszuk por. Piotr Jacuński chor. Kwiek sierż. Karol Soboński por. Leon Mierczyński ppor. Żęszak ppor. [Józef] Ćwirko-Godycki ppor. Gross (Niemiec) st. sierż. [Stanisław] Bartusik plut. [Władysław] Gonczarko por. [Ferdynand] Trojnicki por. [Bolesław] Sankowski ppor. Paweł Heinzelman por. [Roman] Goldman

55

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

I plut. – dowódca plutonu 2 ckm – dowódca komp. Zastępca I plut. dowódca plut. II plut. dowódca plut. Pluton taczanek III baon morski – dowódca 3 komp. – dowódca komp.

ppor. Stanisław Czajkowski35 kpt. [Eugeniusz] Czaputowicz por. Kazimierz Zawada ppor. Stanisław Alasiński ppor. Kozicki ppor. Adam Wojnar36 kmdr. ppor. Stefan Kamiński kpt. Piotr Czekalski

Dowódca Pułku I Adiutant II Adiutant Oficer skarbnik Oficer zwiadowczy Pluton sztabowy Pluton sztabowy Pluton PW Pluton PW Pluton PW

D. Skład 83 pp ppłk kpt. ppor. por. ppor. kpt. ppor. kpt. ppor. ppor.

Władysław Seweryn Franciszek Pietrzkiewicz Kazimierz Kłoczewiak [Jan] Wojas i ppor. Kowalski [Zygmunt] Osiński [Kazimierz] Slizewicz [Stanisław] Janczak [Piotr] Kabata [Bernard] Dietrich [Henryk] Dawid

I baon – dowódca baonu Adiutant Plut. łączności 1 komp. – dowódca komp. 2 komp. – dowódca komp. 3 komp. – dowódca komp. 1 ckm – dowódca komp.

kpt. ppor. ppor. por. por. por. por.

Władysław Sroczyński [Fryderyk] Palkiewicz [Stanisław] Kiernik Karol Kucharczyk [Antoni] Andruszko [Henryk] Jasionowski Jan Roszkowski

II baon – dowódca baonu Adiutant Oficer żywnościowy Oficer skarbnik 4 komp. – dowódca komp. 5 komp. – dowódca komp. 6 komp. – dowódca komp.

kpt. Marian Ścisłowski chor. Marian Pilarski ppor. [Franciszek] Klimek ppor. Janusz Białobrzeski por. Stanisław Maksimowicz ppor. Kazimierz Wagner por. [Józef] Rybicki

Dowódca Pułku

E. Skład 84 pp mjr

Józef Żeleski

35  Według zgodnych relacji podchorążych 6/82 pp, opublikowanych w dalszej części wydawnictwa, dowódcą I plutonu tej kompanii był ppor. rez. Michał Karasiński, poległy 5 X 1939 r. w Helenowie. 36  W życiorysie znajdującym się w aktach personalnych przechowywanych w CAW ppor. rez. Adam Wojnar podał, że był dowódcą plutonu w 83 pp.

56

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

Adiutant Oficer skarbnik

kpt. Adam Różański st. sierż. Różański

I baon – dowódca baonu 1 komp. dowódca komp. 2 komp. dowódca komp. 3 komp. dowódca komp. 1 ckm dowódca komp.

kpt. ppor. ppor. ppor. por.

[Franciszek] Bilczewski [Stanisław] Szczepaniak [Janusz] Pauli [Kazimierz] Wróblewski Józef Komornicki

II baon – Dowódca baonu Oficer żywnościowy 4 komp. – dowódca komp. 5 komp. – dowódca komp. 6 komp. dowódca komp. 2 ckm – dowódca komp.

kpt. chor. kpt. ppor. ppor. por.

Seweryn Kozyra [Bernard] Macierzyński [Jan] Korcyl [Julian] Kulma [Marian] Tarnawski [Stanisław] Byrczek

Dowódca baonu Adiutant Oficer skarbnik Oficer żywnościowy Oficer medyczny Pluton łączności Pluton zwiadowców 1 komp. – dowódca komp. 2 komp. – dowódca komp. 3 komp. – dowódca komp. 1 ckm – dowódca komp. zastępca dowódca komp.

F. Samodzielny baon 79 pp mjr (śp.) Michał Bartula por. [Tytus] Wilski ppor. Roman Majchrzak ppor. [Henryk] Kryska ppor. [Zyskind] Flaks37 ppor. Jan Janowski ppor. [Zygmunt] Waleszyński kpt. [Paweł] Wacławowicz por. [Zygmunt] Liciński por. [Władysław] Smoleński por. [Adam] Fall ppor. [Józef] Kruszewski

Dowódca KD zastępca Adiutant Oficer taborowy Dowódca szwadronu I plut. dowódca plut. II plut. dowódca plut. III plut. ckm dowódca plut. IV plut. kolarzy dowódca plut.

G. Skład KD płk [Anatol] Dworenko-Dworkin kpt. Jan Jedliński por. Henryk Rewicki ppor. Arseniusz Lewicki por. Piotr Brzozowski ppor. Władysław Nowolecki ppor. Zygmunt Ziółkowski ppor. Jerzy Olszański ppor. Eugeniusz Zaturski

37  Według dodatku do rozkazu organizacyjnego dowództwa Dywizji „Kobryń” z 28 IX 1939 r. (opublikowanego w cz. 1, s. 274–286), lekarzem tego batalionu był plut. pchor. Stanisław Jarząbek.

57

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

H. Skład Dywizji „Brzoza” Dowódca dywizji płk [Ottokar] Brzoza-Brzezina Szef uzbrojenia mjr [Aleksander] Sankiewicz zastępca kpt. Alfons Witold Stark I brygada – dowódca brygady ppłk [Kazimierz] Gorzkowski 1 pułk – dowódca pułku ppłk [Władysław] Dec (z 78 pp) I baon dowódca mjr [Tadeusz] Król (Junak) II baon dowódca por. [Zdzisław] Niedziałkowski III baon dowódca kpt. Władysław Peksa (CWSap.) Skarbnik pułku chor. Gordek Oficer taborowy ppor. Trachimowicz 2 pułk – dowódca pułku mjr [Franciszek] Pająk (z 80 pp) I baon dowódca kpt. Jan Majewski II baon dowódca kpt. [Władysław] Turski III baon dowódca por. [Feliks] Miodowski II Brygada – dowódca brygady ppłk [Mieczysław] Gumkowski 3 pułk z 79 pp 4 pułk z 4 pułku „Jasiołda” Dowódca baonu Dowódca baonu Adiutant 1 komp. dowódca komp. 2 komp. dowódca komp. 3 komp. dowódca komp. 1 ckm dowódca komp.

I. Skład baonu „Kowel” mjr (śp.) [Adam] Wilczyński mjr [Zygmunt] Boglewski ppor. [Ludwik] Kamionko kpt. [Jan] Porębski (intendent) ppor. Władysław Skrobiszewski por. [Marian] Balicki kpt. [Jan] Papiz

J. Suwalska Brygada Kawalerii Dowódca brygady gen. bryg. [Zygmunt] Podhorski Szef sztabu mjr dypl. [Edward] Boniecki Oficer operacyjny rtm. [dypl.] Adam Galica Oficer informacyjny por. Kurek38[imię?] 1 Pułk ułanów – dowódca płk [Jan] Litewski39 2 Pułk ułanów – dowódca płk Plisowski Kazimierz 2 Pułk ułanów – zastępca mjr Antoni Platonoff Adiutant por. Tadeusz Rószkiewicz40 Oficer ordynansowy ppor. Tadeusz Loth41 Kwatermistrz rtm. Wiktor Olędzki42 38  Według innych źródeł por. Ignacy Cieplak. 39  Poległ 11 IX 1939 r. pod Zambrowem. 40  W SGO „Polesie” pełnił funkcję adiutanta brygady „Plis”. 41  Oficer do zleceń dowódcy 2 puł. 42  Kwatermistrz 2 puł. Również podani niżej oficerowie pełnili funkcje w kwatermistrzostwie tego pułku.

58

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

Oficer broni Oficer skarbnik Oficer żywnościowy Oficer gazowy Oficer weterynarii Oficer medycyny Kapelan 3 psk 3 psk 4 dak [11] Szwadron łączności [11] Pluton żand. polowej Kwatermistrz

por. [Antoni] Cabanowski por. Franciszek Sieńko chor. Franciszek Madoński43 ppor. Wincenty Rydzewski por. Antoni Zieliński por. Bernard Hinz ks. [Jan] Chrabąszcz44 płk [Edward] Milewski ppłk [Jan] Małysiak ppłk [Ludwik] Kiok por. [Jan] Piekut por. [Jerzy] Majewski kpt. dypl. Mager45

K. Podlaska Brygada Kawalerii Dowódca brygady kaw. gen. bryg. [Ludwik] Kmicic-Skrzyński Szef sztabu mjr [Juliusz] Szychiewicz Oficer operacyjny kpt. dypl. [Stanisław] Burchardt Oficer informacyjny rtm. [Stefan] Majchrowski Oficer ordynansowy ppor. Staniszewski46 5 pułk ułanów ppłk Chomicz47 5 pułk ułanów – zastępca ppłk [Jerzy] Anders48 9 pułk strzelców płk [Tadeusz] Falewicz 10 pułk ułanów płk [Kazimierz] Busler 14 dak ppłk [Tadeusz] Żyborski Oficer taborowy rtm. [w st.spocz.] [Wacław] Działak I faza Wykonanie planu mobilizacyjnego od 30 VIII do 10 IX 1939 r. (szkic nr 3) W sierpniu 1939 r. została ogłoszona mobilizacja. W myśl wytycznych planu mob. otrzymałem zadanie zmobilizować batalion marszowy. Dotychczasowe kompanie: skadrowaną i strzelecką przekazałem wyznaczonym oficerom, a następnie udałem się do oficera mob. po teczkę mob. Na miejscu po pobraniu teczki mob. sprawdziłem jej zawartość i zapoznałem się z czynnościami. Rozkaz o mobilizacji otrzymałem o godz. 16.00, a ludzie prawdopodobnie będą napływali na drugi dzień, więc wbrew wszelkim zasadom zabrałem teczkę mob. do domu. 43  W oryginale: Miodoński. 44  W oryginale: Chrząszcz. 45  Faktycznie – rtm. dypl. Tadeusz Radziukinas. 46  Według innych źródeł – por. rez. Zygmunt Przerembel. 47  Od 14 IX 1939 r. 5 puł dowodził ppłk Jerzy Anders. 48  Od 15 IX 1939 r. zastępcą dowódcy pułku był mjr Zygmunt Strubel.

59

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

Tegoż wieczora odeszły z koszar obsługi ckm do obrony przeciwlotniczej do Małasze­ wicz na lotnisko, do Adamkowa na lotnisko, na stację kolejową, na wieżę ciśnień w rejonie koszar i na plac sportowy. W koszarach panuje ruch. Na każdym kroku odczuwa się jakieś podniecenie i nerwowość. Jest pewne, że wojna będzie z Niemcami, gdyż od marca stoją na zachodzie nasze armie, a z prasy czyta się o różnych incydentach granicznych. Wiadomość o mobilizacji rozeszła się lotem błyskawicy po całym mieście. W powietrzu czuje się zapach prochu. Nie ma czasu zastanawiać się nad sytuacją ogólną i wnikać w jej sedno rzeczy, a trzeba brać się do wyznaczonej pracy. W mieszkaniu przy herbatce i papierosie zaczynam opracowywać plan sposobu wykonania mobilizacji baonu marszowego. Nie miałem do swej dyspozycji żadnych zawiązków. Byłem samiuteńki jak nagi gołek, a zmobilizowanie baonu wymagało nakładu pracy. Po dokładnym przestudiowaniu czynności mob. opracowałem wreszcie plan działania i ze spokojnym sumieniem położyłem się spać. Pod poduszką znajdowała się teczka mob. i pistolet. „Strzeżonego Pan Bóg strzeże”. 31 VIII 1939 r. O godz. 5.00 przeszedłem się do oficera służbowego pułku dowiedzieć się, czy podczas nocy nie zaszły jakieś zmiany, czy wyszły nowe zarządzenia i czy rezerwa już napływa. Zmian ani zarządzeń nie było, a rezerwiści napływali w ciągu nocy bardzo słabo. Napływających rezerwistów kierowano do świetlicy żołnierskiej, w której na podłodze rozłożono słomę (szkic 2). Poranek tego dnia był śliczny. Od bramki nr 1, wzdłuż dowództwa pułku, II bloku i kuchni aż do świetlicy żołnierskiej ciągnęły się grupki rezerwistów przybyłych pociągami. Spacerowałem sobie po placu alarmowym pułku, rozmyślałem nad pracą, która czeka mnie tego dnia, i wsłuchiwałem się w stuki maszerujących rezerwistów po koszarowym bruku. W przepływających grupach nie było słychać rozmów i śmiechu jak to dawniej bywało, gdy przychodzili odbywać ćwiczenia rezerwy. Każdy z szaraczków niósł na plecach węzełek lub walizkę w ręce. Głowy opuszczone ku ziemi. Na ustach zanikł ślad uśmiechu, a myśli unosiły się przy tych najbliższych, których pożegnali i nie wiadomo, czy będzie im dane ujrzeć ich jeszcze raz w swym życiu. Z panującego nastroju wyczuwa się, że każdy jest zajęty myślami o sobie i nie ma zamiaru dzielić się nimi z kolegami. Długi czas obserwowałem korowód ciągnących grupek, a gdy poczułem wrażenie głodu, skierowałem się do domu. Na progu, jak to zwykle bywało – powitał mnie „Mazgaj” mały, nierozłączny piesek. Siostra (Nela) przygotowała już śniadanie, do którego, mówiąc nawiasem, nie mogłem się zabrać, gdyż myślą byłem przy mobilizacji. Zmusiłem się siłą woli, żeby jednak coś zjeść i na czczo nie pracować. Po śniadaniu udałem się do dowódcy pozostałości pułku ppłk. Targowskiego, u którego wywalczyłem sobie trzech podchorążych do pomocy. Odnalazłem w koszarach podchorążych, udałem się z nimi do kasyna podoficerskiego (szkic nr 2), objaśniłem całą sprawę i wydałem im rozkaz do pobierania umundurowania i zwożenia go. Z braku koni, podchorążowie musieli je zastępować przy wozie. Ja tymczasem udałem się do rejonu I baonu, gdzie por. [Kazimierz] Zawada – pełniący obowiązki oficera mob. przyjmował rezerwistów, nadawał przydziały i odsyłał do kąpieli. Mnie chodziło o to, żeby do południa nie przysyłał mi rezerwistów, gdyż jeszcze nie jestem gotów na przyjmowanie. Prośba moja została uwzględniona. Wracając do swego lokalu mob., widziałem maszerujące kompanie młodego rocznika z łopatami na ramionach. Część kompanii poszła na plac sportowy, a inne do ogrodów gospodarskich położonych przy bramce nr 3 (patrz szkic nr 2) do kopania rowów przeciwlotniczych.

60

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

Moi podchorążowie przyciągnęli pierwszy wóz z umundurowaniem i jadą po dalsze sorty. Ja zajmuję się segregacją przywiezionych mundurów i układam w kupki różne wielkości sort. Chodziło mi o sprawną organizację przy wydawaniu [mundurów] dla odpowiedniej wielkości wzrostu. Do południa miałem zwiezione: mundury, spodnie, furażerki, obuwie, onuce, spinacze, bieliznę, chlebaki, plecaki i pasy główne. Na szczęście do południa przydzielono mi kilku oficerów rezerwy, z których stworzyłem szkielet obsad mających powstać kompanii, przydzieliłem im rejony dla kompanii, umundurowałem i kazałem zameldować się im u mnie po południu. W czasie obiadu zmieniłem swój poprzedni plan na nowy, który lepiej mi odpowiadał. Do wieczora chciałem stworzyć zawiązki kompanijne, umundurować je, a następnie wydać im wszystko na stan kompanii, niech oni się martwią o umundurowanie ludzi, których będę przydzielał osobiście. Po południu zameldowali się oficerowie i rezerwiści zaczęli napływać. Z rezerwistów tworzyłem grupki po 20 ludzi, których zaewidencjonowałem, nadałem przydział, umundurowałem i przekazałem wyznaczonym dowódcom kompanii. Podczas tych czynności przyszedł dowódca pułku i to, co widział, nie podobało mu się, gdyż szło zbyt wolno. Nie zwracałem uwagi na jego gadaninę, bo uważałem, że mój plan, o którym on nic nie wie, będzie dobry i usprawni pracę. Tego dnia miałem bardzo mały przydział rezerwistów, tak że ledwie stworzyłem zawiązki kompanijne. Wieczorem kazałem dowódcom kompanii kolejno przychodzić ze swymi zawiązkami do mnie. Każdy dowódca kompanii pobrał wszystko na stan kompanii – prócz uzbrojenia, które miałem wydać w dniu następnym, gdyż jeszcze wszystkiego nie pobrałem. Kompanie w swoich rejonach posiadały magazyny, więc miały gdzie przechować umundurowanie. Cały ciężar umundurowania i uzbrojenia kompanii spadł na barki dowódców, którzy będą dowodzili tymi kompaniami i będą za nie odpowiedzialni. Na mojej głowie leżało teraz wydać w dniu następnym uzbrojenie i zająć się tylko sprawą ewidencyjną oraz nadawaniem przydziałów. Tegoż wieczora nakazałem jeszcze dowódcom kompanii, aby na następny dzień przysłali mi po dwóch ludzi na godz. 7.00, którzy będą przewodnikami grup przydzielanych do ich kompanii. Na tym zakończyłem w dniu dzisiejszym wykonanie czynności, zamknąłem lokal na klucz i na noc kazałem oficerowi służbowemu pułku wystawić wartownika. Teczkę mob. znowuż zabrałem ze sobą do domu. Z przebiegu czynności dzisiejszego dnia byłem bardzo zadowolony, chociaż dowódca pułku gderał na ślamazarność i mówił mi, że jeżeli tak będę mundurował, to przez tydzień nie zmobilizuję baonu. Prócz gderania podał mi rady, jak mam zrobić, aby praca szybko ruszyła z miejsca. Jako stary żołnierz mówiłem utarte w wojsku słowo: „Tak jest, Panie Pułkowniku”, a robiłem nadal po swojemu. Dowódca Pułku chciał, abym ja sam prowadził ewidencję, robił przydziały, mundurował i uzbrajał cały batalion. Chcąc słuchać tych rad, to z trzema podchorążymi nie zmobilizowałbym baonu marszowego przez tydzień czasu, a ja miałem rozkaz wykonać to wszystko w ciągu trzech dni. Na to wszystko machnąłem ręką i powiedziałem sobie w duchu: „Nie tak smykiem, jak językiem”. Ja do wykonania pracy podchodzę zawsze z wyliczeniem i jeżeli powezmę plan, to trudno, żeby mnie miał ktoś zbić. Byłem święcie przekonany, że wykonując mój plan, jutro będę całkowicie gotów z zastrzeżeniem, że wszyscy rezerwiści napłyną na stan baonu. Siostry tego wieczora przyszły dość późno i opowiadały mi, że w mieście nie można już nic dostać z artykułów spożywczych. Odczuwa się brak: soli, cukru, mąki i chleba. Od pocztowego osobistego pożyczyłem bochenek wojskowego chleba i posłałem go siostrze (mężatka – Maria) do miasta. Wszystkie piekarnie w mieście były zajęte do wypieku chleba dla wojska, a przecież Brześć n/B. był dużym garnizonem.

61

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

1 IX 1939 r. Wstałem o godz. 4.00, zjadłem śniadanie i udałem się do swego lokalu. Przeglądając arkusz ewidencyjny, usłyszałem warkot motorów lotniczych. Dla ciekawości wyszedłem przed blok. Z koszar zaczęli wychodzić żołnierze, żeby pogapić się na samoloty tak samo jak i ja. Do uszu mych dochodziły rozmowy na temat mającego się odbyć dzisiaj próbnego ćwiczenia przeciwlotniczego. Warkot staje się coraz silniejszy, aż wreszcie nad dachami 82 i 35 pp przemknęły na 100-metrowym pułapie trzy samoloty o polskich barwach. Ledwie maszyny skryły się za dachami, od strony lotniska Adamkowo rozległ się zgrzytający huk i sponad dachów uniósł się w górę wysoki, czarny słup dymu. Wszyscy gapie oniemieli z wrażenia na widok takich ćwiczeń lotniczych. Nikomu nie przeszło przez głowę, aby widziane maszyny były niemieckie, a słyszany huk był skutkiem zrzuconych bomb. Słyszało się głosy: „Ależ silne petardy”. Nikt z obecnych nie wierzyłby, że to, co widział i słyszał – jest zapowiedzią wojny, a raczej wypowiedzenie nam wojny przez Niemcy. Wszelkie dociekania na temat ćwiczeń przeciwlotniczych zostały przerwane przez dowódcę pułku, który ukazał się na placu alarmowym pułku i z wielkim krzykiem zapędził gawiedź do rowów przeciwlotniczych (patrz szkic 2; A i B). Ja pozostałem w swoim lokalu. Plac alarmowy opustoszał i zanikł gwar. Człowiek odnosił wrażenie, że zamarły całe koszary. Przez plac alarmowy pułku od strony 35 pp biegnie goniec z lotnictwa Adamkowo (patrz szkic nr 4) z meldunkiem. Jest to goniec z obsługi ckm plot. Dowódca pułku znajduje się na placu. Obserwuję przez okno, jak goniec składa meldunek, a następnie wręcza coś dowódcy pułku. Zaciekawiło mnie to wszystko i chciałem coś niecoś wiedzieć o tych nadzwyczajnych ćwiczeniach przeciwlotniczych. Zamknąłem swój lokal i chcę iść do dowódcy pułku, ale tego już nie było na placu alarmowym. Idę do dowództwa. W kancelarii pułkowej spotykam adiutanta ppor. Ukryna, który powiedział mi, że nie ma żadnych ćwiczeń przeciwlotniczych, tylko jest wojna z Niemcami. W tej chwili otrzymano wiadomość z DOK, że Niemcy wypowiedziały Polsce wojnę. Samoloty, które leciały nad naszymi koszarami o barwach polskich – były niemieckie. Z lotniska Adamkowo przyniesiono kawał skorupy od bomby lotniczej. Ze zrzuconych 3 bomb ani jedna nie trafiła w cel. Szkód żadnych nie wyrządzono. Samoloty skierowały się na lotnisko Małaszewicze i znowu było słychać kilkanaście seryjnych wybuchów. Podziemne lotnisko Małaszewicze było ważnym celem, toteż tego dnia przeżyło i odczuło bardzo poważne naloty maszyn niemieckich. Ofiarą bombardowania padło kilka „Łosi” i „Karasi”. Wobec takiej sytuacji dowódca pułku wydał rozkaz dwóm baonom zakwaterowania na pobliskich wsiach (patrz szkic nr 4): Tuchenicze, Moszczonka, Płoska i Brzozówka. W koszarach pozostał baon marszowy, kompania wartownicza, dowództwo pułku i oficer mob., który przyjmował stale napływających rezerwistów. Wracając do mnie, to nadal urzędowałem w swoim lokalu. O godz. 8.00 baony odpłynęły do wiosek, rezerwiści napływają do mnie. Kompanie przysłały po dwóch przewodników. Wciągnąłem do ewidencji po 20 ludzi, nadawałem im przydziały według specjalności, przekazywałem przewodnikom, a ci odprowadzali swoje grupki do rejonów zakwaterowania. Przydzieleni podchorążowie przed południem zwieźli broń, którą po południu wydam na stany kompaniom. Na obiad udałem się do kasyna, gdyż siostry dzisiaj cały dzień miały spędzić w mieście. Po obiedzie Dowódca Pułku zabrał mi przydzielonych podchorążych. Szczęście, że już wszystko miałem załatwione z magazynami mobowymi, toteż w dalszej pracy nie poniosłem uszczerbku. Wieczorem wydałem broń i na tym zakończyłem cał-

62

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

kowicie swoją pracę. Okazało się, że mój plan, na który gderał Dowódca Pułku, był praktyczny i pozwolił mi w ciągu dwóch dni zmobilizować batalion. W domu zamknąłem listę ewidencyjną, uporządkowałem teczkę mob. i napisałem raport o zakończeniu czynności mobilizacyjnych baonu marszowego. Kładąc się do snu, rozmyślałem do późnej nocy o wydarzeniach przeżytego dnia. 2 IX 1939 r. Przeszedłem się wczesnym rankiem do poszczególnych kompanii celem sprawdzenia gotowości bojowej. Dowódcy kompanii meldowali mi, że kompanie są całkowicie umundurowane, uzbrojone i że nie posiadają żadnych braków. Dzięki Bogu, że mobilizacja baonu poszła tak gładko i że mogę zaraz pójść do Dowódcy Pułku z meldunkiem zakończenia nakazanych czynności. Zdziwił się Dowódca Pułku, że mam już gotowy baon marszowy. „Niech Pan zda teczki mob. i baon por. rez. Baranowskiemu. Dzisiaj jeszcze proszę zdać pełnioną funkcję prezesa Spółdzielni Pani Klimczakowej49, a wieczorem zamelduje się Pan u mnie po dalsze rozkazy”. – „Tak jest, Panie Pułkowniku! Czy mogę odejść?”. „– Tak”. Gdy wychodziłem z Dowództwa, rozległo się przeraźliwie wycie syren, które swym jednostajnym jęczącym głosem awizowały zbliżanie się samolotów niemieckich. Na alarm syren kompania wartownicza, baon marszowy i rodziny wojskowe spieszyły do rowów przeciwlotniczych A i B (szkic nr 2). Stałem przed dowództwem, a gdy masa ludzka zniknęła z powierzchni i zniknęła w rowach przeciwlotniczych, podążyłem za nią i ja. Wchodząc do rowu przeciwlotniczego, natknąłem się na por. Baranowskiego, któremu zameldowałem, że z rozkazu Dowódcy Pułku ma objąć ode mnie teczkę mob. i dowództwo baonu. Korzystając z tego, że nie było jeszcze słychać warkotu motorów, zapoznałem go z zawartością teczki mob. i zdałem mu dowództwo. Słychać szum motorów. Po kilku minutach odezwała się nasza artyleria przeciwlotnicza. Oczy biegną za smugami pocisków i na ich kierunkach odkrywają na niebie mknące czarne punkciki. Kierunki pocisków są dobre, lecz niestety zasięg bardzo krótki i nie ma mowy o dosięgnięciu samolotów, które przemknęły na wysokim pułapie nad koszarami. Czarne punkciki zniknęły z oczu i ucichł warkot silników. Po kilku minutach syreny odwołują alarm. Do obiadu mam jeszcze sporo czasu, więc idę do Spółdzielni Wojskowej (szkic nr 2). Pani Klimczakowa jest na miejscu. Nie tracę czasu, a zabieram się zaraz do zdania ksiąg, zapoznaję z czynnościami i daję wskazówki. W ciągu godziny załatwiło się wszystko, a jeżeli będą jakieś wątpliwości, to jestem na miejscu i będę służył wyjaśnieniami. O godz. 3.00 po południu udałem się do Dowódcy Pułku, że wszystko już załatwiłem i czekam na dalsze rozkazy. „No dobrze. Jutro rano pojedzie Pan do Kobrynia i zamelduje się u Dowódcy Dywizji jako kwatermistrz 82 sps. Jeszcze dzisiaj musi Pan zorganizować sobie oddział kwaterunkowy. Niech Pan zadzwoni do wszystkich kompanii będących na wsiach, że z mego rozkazu mają Panu przysłać po 2 podoficerów. Ma Pan tu aparat i niech Pan to załatwi”. „Tak jest, Panie Pułkowniku”. Łączę się telefonicznie z poszczególnymi kompaniami i każę z rozkazu Dowódcy Pułku przysłać mi na godz. 21.00 po dwóch podoficerów kwaterunkowych w pełnym uzbrojeniu i z suchym prowiantem na 4 dni. Po załatwieniu tych czynności, udałem się do mieszkania, żeby przygotować sobie coś do podróży. Jest godz. 17.00. W drodze do mieszkania zastaje mnie przeraźliwy ryk syren. Na alarm jęczących syren biegną żołnierze i rodziny wojskowe do rowów przeciwlotniczych. Po umilknięciu syren powstała pustka w koszarach, a w rowach panowała cisza. Słychać już jęczenie silników lotniczych, 49  Żona mjr. Kazimierza Klimczaka, dowódcy III batalionu 82 pp, poległego 9 IX 1939 r. pod Słupią k. Bełchatowa.

63

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

które z każdą sekundą staje się głośniejsze i zapowiada o swoim zbliżaniu się. Dawniej warkoty motorów były jakieś inne, a obecnie napełniają każdego grozą. To silne brzęczenie mówi, że samoloty są obładowane bombami, toteż silniki wydają nieregularne jęki i zwiastują nieszczęście. Oczy zwracają się ku niebu, ale trudno wykryć nadciągające czarne kruki. Nic nie widać. Warkot przybiera na sile. Odezwała się artyleria przeciwlotnicza. W niebo wznoszą się wąskie smugi dymu, a na ich wierzchołkach powstają czarne obłoczki. Owe obłoczki są pękającymi pociskami. Teraz oczy biegną śladami za wznoszącymi się smugami i na ich przedłużeniach wykrywają cztery klucze czarnych punkcików. Każdy z kluczy liczy po 3 samoloty. Przed kluczami czarnych punkcików w dość dużym wyprzedzeniu błyszczy srebrny, pojedynczy samolot jak rozpoznanie lub jako dowódca wyprawy bombowej. Rozczarowanie wielkie. Czarne sępy nic sobie nie robią z naszej artylerii i spokojnie, wolno szybują po błękicie nieba nad miastem. Czarne obłoczki podobne do roju pszczół powstają i zanikają w połowie drogi. Obsługa ckm przeciwlotniczych nie może nerwowo wytrzymać. Ze wszystkich stron rozpoczyna się trajkotanie karabinów maszynowych. Odległość, a raczej pułap jest bardzo wysoki. Czarne potwory mkną sobie jakby nic nie było. Jedno nas cieszy, że chociaż zasięg naszej pelotki jest krótki, to jednak samoloty czują przed nią respekt i nie lecą tak, jak to wczoraj było, że o mało podwoziem nie jechały po dachach. Bezkarne kruki kierują się na Twierdzę. Powietrze przecina przeraźliwy świst widocznie lecących seriami bomb. Rozlegają się przeraźliwie zgrzytliwe huki i sponad zabudowań z kierunku twierdzy wznoszą się ku niebu czarne pióropusze dymu. Wrażenie i widok napełnia człowieka zgrozą. Bomby padły na Czerwone Koszary w Twierdzy, a odnosiło się wrażenie jakby spadły na naszym boisku sportowym (szkic nr 4). Każdy myśli sobie w duchu – jak dobrze, że minęło nas nieszczęście i że my tego wszystkiego nie odczuliśmy na własnej skórze. Nad Twierdzą zaczyna się przejaśniać. Milknie szum motorów. Niewiasty zanoszą modły do Najwyższego, aby oddalił nieszczęście i żeby drapieżne kruki nie zawróciły nad miasto. W rowach panuje powaga. Żołnierze widzą modlące się niewiasty – idą ich śladami i szepczą modlitwy. Od chwili zrzucenia bomb upłynęła godzina czasu do odwołania alarmu. Godzina czasu napięcia nerwowego była bardzo długa. Słyszy się tylko zewsząd westchnienia. „O Jezu! Kiedyż wreszcie się to wszystko skończy. O Matko, królowo korony polskiej, oddal od nas nieszczęście” itp. Na głos syren odwołujących alarm otwiera się jakoby wieko rowów przeciwlotniczych, z których wychodzi ludzkie mrowie. Każdy oddycha pełną piersią i prostuje skulone członki. Na powierzchni czuje się swobodę, a w rowach ścisk, brak powietrza i skulenie członków. Dowódca Pułku z ppor. Ukrynem jadą do Twierdzy zobaczyć skutki nalotu. Każdy z nas jest ciekawy, co te czarne sępy narobiły w Twierdzy i jak wielkie powstały tam szkody. Po upływie godziny czasu słychać warkot motocykla. Dowódca Pułku powiedział tylko: „Nie macie pojęcia o tym, co stało się w Twierdzy” i poszedł do prywatnego mieszkania. Otoczyliśmy wiankiem ppor. Ukryna, a ten tak mówił: „Po przyjeździe do Czerwonych Koszar ujrzałem makabryczną scenę. Ściany budynku zupełnie wyleciały od podmuchu bomb. Na każdej z kondygnacji wyglądają stosy pokręconych karabinów maszynowych. Cały plac poryty lejami bardzo głębokimi i szerokimi. Leje są uprzczone krwią i strzępami ludzkimi. Tu leży głowa, tam tułów, dalej ręce, nogi itd. Widok okropny. Słyszy się jęki rannych i ich błaganie o pomoc. Na placu jest karetka pogotowia, a lekarz chodzi i robi rannym tylko prowizoryczne opatrunki. Straty w ludziach: 17 zabitych i 35 rannych”.

64

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

Wieść o wypadkach w Czerwonych Koszarach rozeszła się w mieście lotem błyskawicy. Wszędzie widać pracę przy kopaniu i ulepszaniu rowów przeciwlotniczych. Zaledwie minęły trzy godziny od owego nalotu, a tu syrena zapowiada alarm. Rodziny wojskowe zabierają ze sobą do rowów najcenniejsze rzeczy. Już słychać szum motorów. Stoję przy swoim mieszkaniu (szkic nr 2 – Blok oficerski napis: JA) i namyślam się – iść do rowu czy pozostać w domu? Warkot staje się coraz silniejszy. Rozsądek nakazuje iść do rowu. Już odezwała się artyleria i smugami wskazuje jęczące maszyny na błękicie nieba. Trzeba było dobrze wytężać wzrok, żeby dojrzeć samoloty w postaci małych czarnych punkcików. Czarne punkciki wolnym ruchem przesunęły się nad miastem i zniknęły z oczu. Słyszy się głosy: „Nie bombardują, tylko oglądają swoje żniwo”. Inne głosy mówią „To wracają inne samoloty po wykonaniu swego zadania”. Jedno i drugie można przyjąć za pewnik. Niewiasty modlą się do Boga, że raczył oddalić nieszczęście. Syrena zapowiada koniec alarmu. Rowy opróżniają się i każdy kieruje kroki w swoją stronę. Idę do Oficera Służbowego Pułku, żeby przychodzących podoficerów kierował do świetlicy żołnierskiej, a ja przyjdę tam o godz. 22.00. Teraz trzeba pomyśleć trochę nas sobą. W mieszkaniu zastaję obie siostry (Nelę i śp. Jadzię), które idąc do domu, musiały przesiedzieć w jakimś rowie przez cały czas alarmu. Siostry dzielą się ze mną wrażeniami dnia i opowiadają mi nowiny krążące po mieście. Ludność jest przygnębiona wypadkami w Czerwonych Koszarach. Kobiety na alarm lotniczy tracą głowy. Ulice wymarły, gdyż nikt nie chce się oddalać poza własny dom i poza swój rodzinny – sklecony schron. Na wiadomość, że jutro rano opuszczam je – rozpłakały się, że w takim momencie odjeżdżam. Pocieszałem je jak mogłem i mówiłem, że to jest mój obowiązek, że będę stale o nich pamiętał i że każdej niedzieli będę je odwiedzał. Jakoś uspokoiły się i przystąpiły do pakowania walizki, żeby mi nic nie brakowało podczas tygodniowej nieobecności. Przed godz. 22.00 udałem się do świetlicy żołnierskiej zobaczyć swój oddział kwaterunkowy. Wszyscy już byli na miejscu, więc objaśniłem cel naszego wyjazdu i kazałem złożyć się do snu, bo o godz. 2.00 wyjeżdżamy. Po przeprowadzeniu tej krótkiej odprawy poszedłem do domu. Pocztowemu osobistemu kazałem przygotować się do wyjazdu, nastawić budzik na 1.00, zbudzić mnie i przygotować śniadanie. Podczas mojej nieobecności siostry przygotowały dla mnie całą wyprawę. Nigdy one nie przypuszczały, ani też mnie nie przeszło przez głowę, że owa wyprawowa walizka będzie dla mnie cenną rzeczą w niemieckiej niewoli. O godz. 23.00 położyłem się do snu, żeby być trochę wypoczętym w dniu jutrzejszym. 3 IX 1939 r. Pocztowy zbudził mnie o godz. 1.00. Siostry nie spały i jak tylko zostałem zbudzony, wstały i przygotowały śniadanie. Po śniadaniu zacząłem przygotowywać się do odjazdu – nakładając płaszcz, pistolet na pas główny, lornetkę, torbę oficerską i mapnik. Pocztowego z jego i moją walizką wysłałem do świetlicy żołnierskiej, żeby kwaterunkowi nie czekali na mnie, tylko maszerowali zaraz na dworzec. Rozstanie z siostrami było bardzo czułe, serdecznie i pełne łez. Składając pocałunki na ustach sióstr, uczułem zimny dreszcz na ustach śp. Jadzi, a następnie usłyszałem następujące słowa, które do dziś brzmią mi w uszach „Rozproszymy się po całym świecie i już nigdy się nie zobaczymy”. Biedna Jadzia przeczuła swoje nieszczęście, a wypowiedziane jej słowa były prorocze. (W 1940 r. cała rodzina została wywieziona do Kazachstanu. Jadzia za pisanie pamiętnika dostała się do więzienia, w którym przesiedziała 1,5 roku. Na mocy amnestii została zwolniona i zaciągnęła się do Korpusu gen. Andersa. W Teheranie skończyła kurs pielęgniarski z wyróżnieniem. Oddawała wszystko z siebie, żeby ulżyć chorym. Tyfus objął ją w swoje objęcia i zakończyła swe młode życie na obczyźnie – dla

65

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

sprawy Polski50). Wychodząc z mieszkania, prosiłem siostry, żeby jeszcze dzisiaj przeniosły się do miasta (do siostry Marii – mężatki), ponieważ koszary jako obiekt wojskowy będą narażone na bombardowania lotnicze. Czas szybko płynie. Biorę na ręce swego „Mazgajka”, który stoi smutny przy moich nogach i patrzy mi ciągle w oczy. Krótkie pożegnanie wiernego towarzysza – kilka liźnięć po mojej twarzy, mój pocałunek i kilkakrotne pogłaskanie. Teraz siadam na rower i jadę na dworzec. Na dworcu wykupiłem bilet na rozkaz jazdy i czekam na pociąg, którego jeszcze o przepisowym czasie nie było. Łączność kolejowa w trzecim dniu wojny zaczęła nawalać, gdyż sporo dworców i torów kolejowych zostało zniszczonych przez bombardowanie lotnicze. Naprawa torów wymagała sporo czasu, a tym samym powodowała opóźnienia w ruchu kolejowym. O godz. 4.00 zapowiedź przez megafon: „Uwaga! Wychodzić do pociągu w kierunku na Kobryń. Pociąg odchodzi z pierwszego peronu”. Wychodzimy na peron. Przeleciałem się wzdłuż pociągu, wybrałem dwa wolne przedziały czwartej klasy, dałem znak ręką kwaterunkowym i załadowaliśmy się. Rower miałem przy sobie, bo wiedziałem, że on mi odda wielkie usługi. Odjazd pociągu nastąpił o godz. 4.10 (szkic nr 3 – Brześć n/B.–Żabinka–Kowel), a przyjazd do Kobrynia o godz. 5.15. Po wyjściu z pociągu wyprowadziłem kwaterunkowych na zieloną trawkę obok toru kolejowego. Tu kazałem odpoczywać i czekać na mnie. Najpierw trzeba samemu rozejrzeć się w sytuacji i zameldować się w Dywizji. Jadę rowerem do koszar 83 pp. Przejeżdżając obok rampy kolejowej – widziałem, jak wyładowywał się 84 pp, który z Pińska przyjechał koleją. Wzdłuż całej drogi i w koszarach – panowała pustka. W Dowództwie dywizji zastałem oficera inspekcyjnego garnizonu ppor. [rez.] Mansfelda Jana, z którym gawędziłem równą godzinę. Dzieliłem się z nim wrażeniami z nalotów na Brześć n/B., a on opowiadał mi o nalotach na Kobryń. Koszary 83 pp nie były bombardowane, natomiast w mieście padło kilka domów. O godz. 6.30 przyszedł do Dowództwa jakiś major, któremu zameldowałem cel swego przybycia. Po zameldowaniu się, okazaniu swojej legitymacji i doręczeniu pisma Dowódcy 82 sps – otrzymałem grubą, zalakowaną kopertę. Na miejscu rozpieczętowałem i z grubsza zapoznałem się z zawartością oraz treścią instrukcji. Koperta zawierała instrukcję i plan okolic Kobrynia, według której miałem przygotować kwatery dla Ośrodka Wyszkoleniowego pozostałości 82 sps. Znając treść instrukcji, odmeldowałem się i pojechałem do swoich ludzi. W drodze spotkałem chłopski wózek, który wynająłem do przewiezienia rynsztunku, gdyż do nakazanej miejscowości mieliśmy 8 km drogi (szkic nr 3 Kobryń–Legaty). Rynsztunek załadowano na wóz. Wyznaczam jednego z podchorążych służby czynnej (Petrykowskiego) na dowódcę oddziału i każę maszerować do m. Legaty. Wieśniak zna dokładnie drogę, więc nie zabłądzicie. Ja jadę rowerem rozejrzeć się w sytuacji. Po przyjeździe do m. Legaty – zatrzymacie się u sołtysa i czekajcie na mnie. Przez zabranie roweru zyskałem dużo na czasie. W Legatach przeprowadziłem z sołtysem mały wywiad o nastrojach tutejszej ludności, ilości mieszkańców w poszczególnych wioskach, w których będą kwaterowały kompanie i o stanie pomieszczeń gospodarskich. Mając te dane, jadę na nakazane wsie z grubsza zorientować się w pomieszczeniach gospodarskich i zrobić sobie prowizoryczny szkic zakwaterowania dwóch baonów. Ta praca nie zajęła mi dużo czasu. Zaczynam od m. Legaty (patrz szkic nr 5), w których śmiało mogą kwaterować dwie kompanie. Osada wojskowa Legaty nadaje się na dowództwo baonu. W Huckach jedna kom50 Według Wykazu poległych i zmarłych żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Obczyźnie w latach 1939–1946 (Londyn 1952), ochotniczka Jadwiga Kucharczyk, ur. 9 V 1920 r., zmarła w 14 V 1942 r. w Teheranie.

66

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

pania. To samo i w Andronowie. Folwark Łobaczewo nadaje się dla zakwaterowania małego oddziałku, jak np. pluton łączności. Dwór Stryhowo może pomieścić całe Dowództwo Pułku z kwatermistrzostwem i taborem. Właściciel tego dworu książę Puzyna jest w Teheranie, a księżna51 wyjechała do Kobrynia. W mieszkaniu zastaję dwie młode księżne52, którym oświadczyłem, że we dworze będzie kwaterowało wojsko, i że chciałbym obejrzeć wszystkie mieszkania oraz zabudowania dworskie. Księżne ucieszyły się bardzo, że u nich będzie wojsko, a jeszcze większa była radość z tego, że w pałacu będzie kwaterował Dowódca Pułku ze swoim sztabem. Chętnie towarzyszyły mi przy oględzinach zabudowań, a nawet dawały rady, gdzie będzie najlepiej umieścić magazyn sprzętu wyszkoleniowego, gdzie tabor i inne rzeczy. Pomieszczenia były obszerne, bo były dwa puste spichlerze, wozownia, stajnie, stodoły, czworaki, a nawet i kuźnia na miejscu. Zbałamuciłem dość dużo czasu na oględziny i gawędkę, ale miałem już gotowy plan rozmieszczenia. Obiecałem, że wieczorem przybędę na kwaterę do nich, a teraz muszę jechać na dalsze zwiedzanie wiosek. Jadę z dworu drogą do m. Laskowo. W miarę oddalania się od dworu – droga zaczyna zanikać w błotnym terenie i nie było mowy o jeździe rowerem. Doszło wreszcie do tego, że byłem zmuszony nieść rower na ramieniu i skakać z nim z kępki na kępkę. Ten odcinek dał mi się okropnie we znaki. Buty zabłocone po kolana, na koszuli nie było ani jednej suchej nitki, a język ze zmęczenia zwisał po pas. Dobrnąłem wreszcie do m. Laskowo i siadłem sobie przy drodze trochę odpocząć ze zmęczenia i nabrać świeżych sił. Po dziesięciominutowym odpoczynku rozpoczynam pracę. W Laskowie mogę zakwaterować jedną kompanię. Majątek, a raczej dwór Imienin nadaje się dla Dowództwa Baonu: Imienin A i B pomieści dwie kompanie. Mam już z grubsza plan zakwaterowania, więc jadę do m. Legaty. Dwadzieścia minut przed moim przyjazdem przybyli kwaterunkowi, którzy złożyli swój rynsztunek na trawie przed mieszkaniem sołtysa i sami plażują się po przebytej drodze. Kładę się na trawie, wyciągam mapnik, orientuję kwaterunkowych w sytuacji terenowej i zaczynam odprawę. Pułk ma kwaterować w następujących wsiach: Legaty, Osada Wojskowa Legaty, Hucki, Andronowo, Folwark Łobaczewo, Dwór Stryhowo, Laskowo, Dubowo, Dwór Imienin, Imienin A i B. Po przejrzeniu pomieszczeń w tych wsiach, postanowiłem zakwaterować kompanie następująco: w Legatach będzie kwaterowała 6 i 2 ckm, do kwaterunkowych 6 kompani przydzielam wieś od wlotu do szkoły włącznie, plus przygotowanie kwatery dla dowództwa II baonu w Osadzie Wojskowej Legaty. Od szkoły do końca wsi 2 ckm plus Folwark Łobaczewo ma być przygotowany dla plutonu łączności. W Huckach 4 kompania. W Andronowie 5 kompania. Dwór Stryhowo ja sam przygotuję dla Dowództwa Pułku. Laskowo 1 kompania, Dubowo 2 kompania, Imienin A – 3 kompania, Imienin B – 1 ckm plus dwór Imienin przygotować dla dowództwa I baonu. Teraz pójdziecie do wyznaczonych wsi przygotować kwatery dla swoich kompanii. Na kwaterach macie wykonać do jutra południa następujące rzeczy: 1) Przygotować kwatery dla dowódców kompanii, dowódców plutonów i na kompanijne kancelarie. 2) Wyszukać pomieszczenia na magazyny żywnościowe, mundurowe, broni i sprzętu wyszkoleniowego. 51 Róża Puzyna z d. Trębicka. 52  Maria Krystyna ur. 1922 i Maria Izabela ur. 1925.

67

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

3) Wyszukać miejsca dla kuchen polowych tak, żeby były z dala od zabudowań, żeby miały blisko wodę i odpowiedni plac do wydawania strawy. 4) Wyszukać pomieszczenia w stodołach dla drużyn, oznaczyć kredą numerację drużyn i przygotować słomę do spania. 5) Zbadać, które studnie nie nadają się do użytku, która woda nadaje się do picia i umieścić napisy „Woda nie nadaje się do picia”, „Woda nadaje się do picia”. 6) Wyszukać stajnie dla pomieszczenia 8 koni na każdą kompanię strzelecką i na 12 koni dla kompanii ckm. 7) Wybrać miejsca za stodołami na latryny. 8) Zebrać deski na przygotowanie stojaków karabinowych w stodołach. 9) W razie braku słomy u któregoś z gospodarzy, nakazać sołtysowi, żeby ją dostarczył. 10) Przewidzieć place zbiórek dla poszczególnych kompanii. „Czy wszystko macie zanotowane? Tak jest. Podchorąży Sowiński przeczyta to wszystko, co podałem”. Wymieniony podchorąży odczytał swoje notatki punkt po punkcie. Wszystko było zgodne. Moje m.p. znajduje się tutaj u sołtysa, a ja będę znajdował się we dworze Stryhowo i przygotowywał kwatery dla Dowództwa Pułku. U sołtysa będzie mój pocztowy osobisty, a st. sierż. pchor. Petrykowski będzie moim zastępcą. Jutro po południu objadę wasze wioski i sprawdzę rejony zakwaterowania, usunę niedomagania i zobaczę, co wy przez ten czas zrobiliście. To jest wszystko, co chciałem wam powiedzieć, a teraz manatki na plecy i jazda do swoich wiosek. Po skończonej odprawie udałem się do sołtysa zamówić jajecznicę z 10 jaj na słonince, dzban przegotowanego mleka i kilka kromek razowego chleba z masłem – dla mnie i dla pocztowego osobistego. Jest godzina 12.00 i żołądek domaga się podkładu. Z sołtysem załatwiłem sprawę mego pocztowego osobistego, który będzie chwilowo do przybycia pułku u niego kwaterował i stołował się. Zanim zamówiony niby obiad był gotów, ja zasiadłem przy stole i naszkicowałem przez kalkę plan zakwaterowania. Jedząc jajecznicę i popijając mleko – dawałem wskazówki swemu pocztowemu osobistemu. Umówiłem się z Dowódcą Pułku, że moje m.p. Będzie u sołtysa w pierwszej wsi rejonu zakwaterowania od strony Kobrynia. Chcąc być w porządku, pozostawiam tu swego pocztowego ze szkicem, który ma siedzieć u sołtysa, pilnować przyjazdu Dowódcy Pułku, doręczyć mu plan zakwaterowania i skierować do dworu Stryhowo. Wykreśliłem plan identyczny jak szkic nr 5. Po zasileniu żołądka wsiadłem na rower i pojechałem do dworu Stryhowo. Do dworu przybyłem o godz. 16.00. Księżna robiła w mieście wielkie zakupy od samego rana i jeszcze jej nie zastałem. Do przyjazdu księżnej spędziłem czas dość miło z jej córeczkami i z panną Paszkiewicz, która udzielała korepetycji księżnym. Zwiedziłem cały pałac, park z kortem tenisowym, boiskiem siatkówki i sadzawką z dzikimi kaczkami. Księżne nie wiedziały, co mają robić ze mną. Wielkie zadowolenie, że mogą u siebie gościć oficera. Dość późnym wieczorem przyjechała księżna, której przedstawiłem się i wyjaśniłem cel mego przyjazdu. Po wejściu do pałacu, księżna nakazała służbie przygotować kolację, zaprosiła mnie do pokoju gościnnego, poleciła córeczkom zabawiać mnie, a sama udała się do swych apartamentów przebrać się i odświeżyć po podróży. Podczas wieczerzy poruszyliśmy temat wojny, a po zakończeniu wieczerzy przeprosiła mnie księżna, że musi wyjść wydać dyspozycje dla służby celem przygotowania pokoi i zmobilizowania pościeli oraz odpowiedniej ilości łóżek. Dla mnie był już przygotowany pokoik na piętrze obok księżnych. Zmęczony całodzienną jaz-

68

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

dą postanowiłem pójść wcześniej spać. Do pokoiku wprowadziły mnie księżne ze świecą, gdyż światła elektrycznego nie było. Starsza księżna udała się z dzbankiem na dół po wodę, żebym jutro rano nie potrzebował szukać, a młodsza słała mi łóżko. Muszę przyznać się, że młodsza księżna przypadła mi do gustu i jak na 15-letnią dziewczynę była dobrze rozwinięta. Pięknie grała na pianinie, w tenisa, siatkówkę i jeździła konno. Obie księżne uczęszczały do gimnazjum w Kobryniu i jako sztubaczki zaczęły się podkochiwać. Przez cały czas słania łóżka dowcipkowałem, a oczami pochłaniałem jej pięknie rozwinięte kształty. Woda była przyniesiona i łóżko gotowe, więc księżne zażartowały, że teraz one mnie ułożą do snu. Zamiast wykonać plan, na który się zgodziłem – zarumienione życzyły mi dobrej nocy i przyjemnych marzeń w panieńskim łóżeczku. Wychodząc, podkreśliły, że one śpią w sąsiednim pokoju, tuż za tą ścianą. Idąc na górę, obiecywałem sobie, że dzisiaj będę smacznie i twardo spał. Niestety, tak nie było, gdyż do późnej nocy myślami byłem w pokoju za ścianą. Słyszałem jak obie księżne weszły do pokoju, jak szeptały, jak szeleściły ich ubrania i jak układały się do snu. Na myśl przyszła mi rozmowa przeprowadzona z jednym robotnikiem, od którego dowiedziałem się, że książę Puzyna przebywa w Teheranie jako przedstawiciel jakiejś polskiej firmy, że małżeństwo nie było zgrane, że majątek był zapuszczony i oddany Żydom w dzierżawę. Zwiedzając zabudowania, zauważyłem wiele niedociągnięć i zniszczenie, którego od kilku lat nie usiłowano odremontować. Myśl o księżnych za ścianą, o niezgranym małżeństwie i nadzwyczajna cisza panująca w pokoju, która w uszach wywoływała wrażenie bicia dzwonów – nie dawały mi czasu na spokojny i zasłużony sen. 4 IX 1939 r. Słyszałem, jak jedna z księżnych wyszła bardzo wcześnie, ale sen zamknął mi powieki i nie wiem, czy powróciła. Przebudziłem się o godz. 7.00, umyłem się, zabrałem rower z werandy i pojechałem do Legat. Wczoraj wieczorem zapowiedziałem księżnej, że nie będę na śniadaniu, bo wcześniej wstanę i muszę załatwić sprawy służbowe. Wyprowadzając rower przed werandę, zauważyłem na ścieżce leżącą, porwaną uzdeczkę, do której nie przypisywałem większej wagi, bo w gospodarstwie takie rzeczy są na porządku dnia. Zajeżdżam do Legat. Pocztowy spotyka mnie i melduje, że Dowódcy Pułku jeszcze nie było. U sołtysa zjadłem śniadanie wspólnie z pocztowym. Po śniadaniu wstąpiłem do pchor. Petrykowskiego, który był w sąsiedniej kwaterze u kierownika szkoły. Petrykowski był zadowolony ze swej kwatery, gdyż kierownik szkoły jako podwładny jego brata – inspektora szkolnego, dogadzał mu jak tylko mógł. Musiałem tu wypić dwie szklanki herbaty i zjeść kilka kawałków ciasta. Radio nadawało śliczny koncert, ale co chwila przerywany „Uwaga, uwaga, uwaga! Nadchodzi D-24”. Były to zapowiedzi o zbliżaniu się nieprzyjacielskich samolotów na rejony oznaczone ustaloną numeracją. Opowiadano przy herbatce, że wczoraj wieczorem radio podało o naszej wyprawie na obszar Niemiec, ale nie było wzmianki o ich wynikach. Rozmowa potoczyła się na różne tematy. O godz. 11.00 postanowiłem rozpocząć wczoraj zapowiedzianą inspekcję, którą rozpocząłem od Legat. Muszę przyznać się, że wszyscy kwaterunkowi należycie wywiązali się z nałożonego na nich zadania i usterek prawie żadnych nie było. Podkreślam, że oddział kwaterunkowy składał się z samych podchorążych rezerwy, którzy w sprawach zakwaterowania dobrze się orientowali. Jako ostateczny termin wygładzenia spraw kwaterunkowych podałem datę 5 IX 1939 r. W tym dniu każdy ma się osobiście zgłosić u mnie, zameldować całkowitą gotowość zakwaterowania i otrzyma dalsze instrukcje. O godz. 14.00 byłem już w Stryhowie. Tam księżna z obiadem, jak i ja oczekiwaliśmy przybycia Dowódcy Pułku, który zapowiedział mi, że 4 IX 1939 r. mam go oczekiwać. Czekaliśmy do godz. 17.00, a gdy nikogo nie było

69

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

na drodze widać i nie słyszało się szumu silnika samochodowego – zdecydowaliśmy dłużej nie czekać, tylko zasiadać do obiadu. Po spożyciu obiadu ucięliśmy pogawędkę o wojnie i jej okropnościach. Opowiadałem o swoich wrażeniach z nalotów na Brześć n/B. i o szkodach, jakie zostały wyrządzone. Dla odpędzenia tych strasznych myśli i wprowadzenia humoru zjawiła się na stole wspaniała nalewka, przyrządzona przez samą księżną. Wódziunia – że paluszki lizać. Z księżną trzeba było głośno prowadzić rozmowę, gdyż na jedno ucho niedomagała. W tej pogawędce wyjaśniła się sprawa widzianej przeze mnie uzdeczki. Najmłodsza księżna zażywała każdego poranka konnej przejażdżki. Koń zawsze oczekiwał ją przywiązany koło werandy. Tego dnia zamiast konia zastała tylko uzdeczkę. Rozpoczęły się poszukiwania za koniem, lecz o odnalezieniu nie było mowy. Do tego czasu nie słyszało się o wypadkach kradzieży, a w czwartym dniu wybuchu wojny słyszało się coraz częściej. Całe popołudnie spędziłem z paniami na korcie tenisowym. Początkowo graliśmy w siatkówkę, a gdy przyszła księżna – rozpoczął się tenis. Nie grałem w tenisa, toteż moja rola w tej grze ograniczyła się tylko do podawania piłek. Po zakończeniu partii zaczęto mnie atakować, żebym spróbował tego sportu. Pierwszy raz w życiu wziąłem rakietę do ręki i otrzymywałem słowa uznania za piękne uderzenia. Nie chciano mi wierzyć, że dzisiaj pierwszy raz znalazłem się na korcie tenisowym. Tak spędziliśmy czas aż do zapadnięcia zmroku. Księżna poszła do kuchni wydać dyspozycje do przygotowania wieczerzy, a ja z panienkami do salonu. Przysłowie mówi „W starym piecu diabli palą”. Tak też było i ze mną. Na dodatek tego sprzyjała pora i otoczenie, jak np. półmrok, otomana, z jednej strony jedna księżna, a z drugiej druga. Rozpaliłem się, ale trzeba było wziąć się w karby i hamować swoją namiętność. To błogie tête-à-tête zostało przerwane przez panią domu, która zapraszała na kolację. Kolacja składała się z jajecznicy, indyka, kawy i pysznej śliwowicy, którą czuło się aż w piętach. Księżna widać się niecierpliwiła oczekiwaniem na Dowódcę Pułku. W instrukcji było powiedziane, że pułk przybędzie nocnym marszem 5/6 IX 1939 r. Dowódca zapowiedział mi, że dwa dni przed przybyciem Pułku przyjedzie obejrzeć teren zakwaterowania. Musiały zajść jakieś zmiany, które jeszcze do mnie nie dotarły. Przeprosiłem Panie, że idę do swojego pokoiku położyć się do snu, ponieważ jutrzejszej nocy nie będzie mowy o spaniu. Tego dnia w godzinach popołudniowych wymaszerował Pułk z okolicznych wiosek Brześcia w kierunku na Kobryń. I baon osiągnął lasy w miejscowości Rykowicze, a II baon lasy w miejscowości Bulkowo. Oba baony nocują w lesie (szkic nr 3). 84 pp organizuje się na kwaterach w miejscowościach: Lepiosy, Bosiacz, Łucewicze, dwór i wieś Buchowicze. M.p. Dowódcy 84 pp w m. Buchowicze (szkic nr 3). 83 pp organizuje się w Ostromeczu Szlacheckim i w m. Osowce. W m. Ostromecz Szlachecki organizuje się baon kpt. Sroczyńskiego, a w m. Osowce baon kpt. Ścisłowskiego (szkic nr 3). 5 IX 1939 r. Wczesnym rankiem zerwałem się z łóżka i pojechałem do Legat zobaczyć, czy przypadkiem nie nocował Dowódca Pułku. Pocztowy melduje mi, że nikogo tu z Pułku nie było. Kierownik szkoły widział mnie jadącego, wysłał pchor. Petrykowskiego z zaproszeniem na śniadanie. Nie mogłem się wymówić tak sympatycznym ludziom i skorzystałem z zaproszenia – tym bardziej że dzisiaj nie miałem jeszcze nic w ustach. Rozmowa nasza była stale przerywana zapowiedziami radiowymi „Uwaga! uwaga! uwaga! Nadchodzi… ” itd. Przykro było słuchać tych zapowiedzi, które dawały dowód o niemieckiej przewadze lotniczej, której samoloty bezkarnie penetrowały całe połacie naszego kraju. O działaniu naszego lotnictwa nie słyszało się słowa. Całymi dniami dochodziły do uszu wycia syren – zapowia-

70

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

dające alarmy lub odwołujące alarmy lotnicze. Samoloty niemieckie prócz działań bombowych, urządzały sobie polowania na pojedynczych ludzi, pracujących w polu, na pastuszków pasących stada krów i omyłkowo oddawały całe serie z broni pokładowej do kopek zboża, sądząc, że to są żywe cele. Gawędziliśmy przy stoliku do godz. 12.00. Najwyższy czas pożegnać towarzystwo i jechać do Stryhowa. Dzisiaj byłem pewny, że Dowódca Pułku przybędzie. Daremnie wyczekiwała sympatyczna księżna, a zapowiedziany gość nie zjawiał się. Mimo późnej pory, księżna uzbrojona w cierpliwość – czeka z obiadem. Pod wieczór zasłyszeliśmy warkot motoru, a następnie na drodze do dworu ujrzeliśmy sylwetkę motocykla. Jestem pewny, że ppor. [Eugeniusz] Ukryn wiezie na swym motorze Dowódcę Pułku. Nareszcie dobili do werandy pałacu. Rozczarowanie moje wielkie. Zamiast Dowódcy Pułku, drugim pasażerem okazał się ppor. [rez. Bronisław] Wierzchowski. Jednym słowem przybyło dwóch adiutantów, a Dowódcy Pułku nie ma i nic o nim nie wiedzą. Z opowiadania dowiaduję się, że dowódca wyjechał przed nimi w kierunku Kobrynia i oni byli pewni, że on już tu jest. Czekamy dalej, a raczej księżna wyczekuje gościa, bo my zabraliśmy się do naprawy motoru. Uszkodzenie bardzo proste, tylko trzeba mieć kawałek cyny i kolbę lutowniczą. Księżne pobiegły po dworskiego kowala, który przyszedł i w kilka minut linka hamulcowa działała jak złoto. Zmrok zaczyna zapadać, a o naszym wodzu ani słychu, ani dychu. Księżna straciła cierpliwość i zaprasza nas do obiadu. Przed rozpoczęciem obiadu golnęliśmy sobie po 2 głębokie kielichy śliwowicy, a po obiedzie opróżniliśmy obie butelki. W pałacu nie było światła elektrycznego, a oświetlano świeczkami. Śliwowica pobudziła u wszystkich humor i przenieśliśmy się do salonu, w którym księżna zasiadła do pianina i rozpoczęła. Początkowe melodie rozpoczęły się od piosenek patriotycznych, a zakończyły się na Mazurku Dąbrowskiego. Ppor. Ukryn zmienia księżną, uderza w klawisze i zaczyna z innej beczki; tanga, walce itp. Księżne i panna Paszkowska nie mogą usiedzieć w miejscu. Usuwamy z podłogi dywan i uderzamy w tany. Tańczyliśmy do godz. 23.00, a wodza jak nie ma, tak nie ma. Dzisiejszej nocy ma przymaszerować pułk. Kwaterunkowi już się znajdują na miejscach wyczekiwania, żeby zabrać z drogi swoje kompanie, zaprowadzić najkrótszą drogą do miejsca zakwaterowania i rozprowadzić wojsko po kwaterach. W pałacu pozostaje ppor. Wierzchowski, a ja z Ukrynem jedziemy do Kobrynia na poszukiwanie wodza. O godz. 23.00 znajdujemy się przed Dowództwem Dywizji w Kobryniu. W kancelarii zastaję oficera służbowego, od którego dowiedziałem się, że nasz Wódz był tutaj w południe i zaraz odjechał, ale nie wie dokąd. Jedziemy do kasyna 83 pp. W kasynie wszystkie stoliki zajęte przez oficerów. Na stołach widać zakąski i butelki z wódziunią. O naszym wodzu dowiedzieliśmy się to samo, co mówił mi oficer służbowy. Koledzy zaciągają nas do stolika, na którym zjawia się zaraz ciepła zakąska i wódeczka. Towarzyszyłem godzinę czasu, ale nie mogłem przesiedzieć całej nocy, gdyż mam ważne obowiązki. Ppor. Ukrynowi zaszumiało w głowie i nie chce słyszeć słowa o powrocie. Kolega z 83 pp ppor. [Jan] Bergier odwozi mnie własnym motorem, ale nie drogą, tylko polnymi ścieżkami. Co chwila jesteśmy zatrzymywani przez nasze patrole. Szczęście, że to byli ludzie z kompanii ppor. Bergiera, bo inaczej to byłoby trudno jechać, nie mając hasła. Dzięki Bogu, że skończyły się polne ścieżki, po których motor latał na wszystkie strony, skakał do góry i obijał siedzenie. Jesteśmy na trakcie, a w kilka minut znalazłem się przed domem sołtysa. Pocztowy melduje, że Dowódcy Pułku nie było. Pożegnałem się z kolegą i podziękowałem za udzieloną mi przysługę. To wszystko było dla mnie niejasne. Czekam na dworze z pocztowym do godz. 2.00 w nocy, gdyż o tej godzinie miał przybyć pułk. We wsi panowała głucha cisza,

71

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

to samo było i w okolicznych wsiach. Psie szczekanie jest zawsze zwiastunem odbywającego się ruchu we wsi lub na drogach. Tej nocy nie słyszało się ani jednego szczeknięcia. Nie ma co czekać, trzeba iść spać na rozpostartej słomie w mieszkaniu sołtysa. W głowie miałem lekki szumek od wypitej wódki, toteż szybko zasnąłem. Ja smacznie spałem na rozpostartej słomie, a bataliony spały tej nocy w lasach: Bulkowo i Rykowicze. O godzinie 3.00 słyszę stukanie w szybę. Pytam się, kto tam? „Gońcy do Pana Porucznika”. Pocztowy zapala świecę i otwiera drzwi. Wchodzi plutonowy z kapralem. „Meldunek do Pana Porucznika”. Czytam doręczony meldunek: „Zmiana zakwaterowania. Natychmiast ma Pan się udać ze swymi kwaterunkowymi do m. Zawersze i jeszcze w dniu dzisiejszym przygotować kwatery”. Pułk przybędzie w nocy z 6 na 7 IX br.”. Podpisał Dowódca Pułku Targowski ppłk. 6 IX 1939 r. Wysyłam pocztowego na miejsce wyczekiwania z rozkazem, aby kwaterunkowi udali się natychmiast na swoje kwatery, zabrali rynsztunek i zameldowali się u mnie. Drugi meldunek kazałem oddać jednemu z kwaterunkowych z m. Laskowo, aby doręczył go ppor. Wierzchowskiemu we dworze Stryhowo. Nie było mowy o żegnaniu się z księżną i sympatycznymi jej córeczkami, gdyż na to nie było czasu. Ppor. Wierzchowskiego zawiadomiłem tylko o zmianie rozkazu i podałem miejscowość, do której ma przyjechać z ppor. Ukrynem. Zbudziłem teraz sołtysa i dałem mu nakaz przygotowania pięciu podwód dla oddziału kwaterunkowego. Chodziło mi o szybkie przerzucenie kwaterunkowych na nowe miejsce i natychmiastowe przygotowanie kwater. O godz. 5.00 zajechały podwody i prawie wszyscy kwaterunkowi byli na miejscu. Wyznaczam pchor. Petrykowskiego na dowódcę, podałem mu marszrutę, miejscowość i gdzie ma się zatrzymać. Sam siadam na rower i jadę do nowego rejonu. Dla podwód była marna, piaszczysta droga, ale rowerem można było zapylać ścieżką. O godz. 6.00 byłem we wsi Zawersze (szkic nr 3), szybko ją przejechałem, dokładnie zilustrowałem, planowałem, co i kogo mogę tu zakwaterować. Wracając przez wieś, u jej wylotów usłyszałem warkot motorów, a następnie mknące 3 czarne sylwetki samolotów, kontrolujące linię kolejową Żabinka–Orańczyce. Od czasu do czasu słyszałem eksplozje zrzucanych bomb. Stałem oparty o płot i obserwowałem. Po zniknięciu samolotów wyjąłem mapnik, zorientowałem się w terenie i postanowiłem w m. Zawersze zakwaterować Dowództwo Pułku, dwie kompanie strzeleckie i jedną kompanię ckm. Na siodełku od roweru oparłem szkicownik, zrobiłem prowizoryczny plan pobliskich miejscowości, na który będę wpisywał zakwaterowane kompanie. W czasie szkicowania widziałem dwóch biegnących ze wsi chłopców do oddalonego budynku pod lasem na górce. Po zrobieniu szkicu siadam na rower i kieruję się do wsi m. Dziewiątki odległej 2 km. W połowie drogi obejrzałem się do tyłu i ujrzałem cyklistę, który naciskał na pedały ze wszystkich swych sił, aby mnie dopędzić. Zwolniłem tempo. Cyklista wymija mnie, zsiada z roweru i zagradza mi drogę. Naciskam na hamulec i zatrzymuję się. Nieznany osobnik unosi kapelusz na przywitanie i prosi mnie grzecznie o wylegitymowanie się, pokazując swoją książeczkę wojskową – oficera rezerwy. Na to przedstawiam się i pytam o powód, który nakłonił go do legitymowania mojej osoby. Otrzymuję następujące wyjaśnienie: „Jestem kierownikiem tutejszej szkoły, wydałem uczniom i gospodarzom we wsi polecenie, aby meldowali mi o podejrzanych osobach, które kręcą się i szperają bez celu po wsi. Przed kilkoma minutami przybiegło do mnie dwóch chłopców i mówią, że jakiś wojskowy kręci się po wsi, zagląda do podwórek i coś pisze w zeszycie”. Na skutek takiego oświadczenia postanowiłem wylegitymować Pana Porucznika, bo w takim czasie ma się do czynienia z różnymi ludźmi. Podobało mi się zaję-

72

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

cie takiego stanowiska i wydanie takiego zarządzenia, toteż wyraziłem kierownikowi swoje uznanie oraz dla zaspokojenia ciekawości pokazałem mu swoją legitymację. Przysłowie mówi „Nie ma tego złego, które by na dobre nie wyszło”. – Po co ja mam jeździć po wsiach, jeżeli mogę to uczynić na miejscu z pomocą kierownika szkoły, który jest oficerem rezerwy i zna okolice jak własne pięć palców. Na środku drogi w ciągu 15 minut miałem gotowy plan zakwaterowania i zasięgnięte wiadomości o nastroju tutejszej ludności. Porzuciłem plan objazdu miejscowości i udałem się z kierownikiem do jego mieszkania – zaproszony na śniadanie. We wsi była jedna szkoła, a druga w samotnym domku pod lasem na pagórku, w której mieszkał kierownik szkoły. Nie było mowy o dojechaniu na rowerach do szkoły, na piaszczystej i dość wysokiej górce. W mieszkaniu przedstawił mnie żonie i poprosił o przygotowanie śniadania. Rozłożyłem mapę i swój szkic na stole. Zaczynamy obaj studiować miejscowości i odpowiednio do ich wielkości zakwaterowujemy kompanie tak, jak przedstawia szkic nr 6. Śniadanie jest gotowe, toteż zabieramy się do jedzenia, przez okno widzę podwody ciągnące do wsi z moim oddziałem kwaterunkowym. Załatwiamy się szybko z jedzeniem, siadamy na rowery i jazda do wsi. Pierwszą moją czynnością było wypisanie kwitów dla furmanów, odesłanie ich i krótka odprawa. Każda para kwaterunkowych otrzymała przydzieloną wieś, a reszta czynności taka sama do wykonania, jak podałem w Legatach. Ja miałem przygotować tylko kwaterę dla dowódcy pułku i pomieszczenia dla taboru pułkowego. Kierownik szkoły miał przygotować pomieszczenie w szkole we wsi na kancelarię pułkową, w szkole na górce dla kasyna oficerskiego i w szkole m. Świszcze kancelarie mob. Kwaterunkowi rozchodzą się. Słychać warkot samochodu, a za kilka minut zjawia się łazikiem dowódca pułku. Melduję swoje przybycie na nowe miejsce, przedstawiam plan zakwaterowania i przedstawiam obok stojącego kierownika szkoły. „Bardzo ładnie, że Pan tu jest i będzie mi mógł udzielić cennych wskazówek. Teraz siadajcie panowie do łazika i przejedziemy się zbadać teren. Zaczniemy od tej wsi. Przejechaliśmy wieś, zatrzymaliśmy się u jej wylotu, a dowódca patrzy na mój szkic – co ja tu umieściłem. „Duża wieś. Dwie kompanie i dowództwo – pomieszczą się. W tym lesie na północy będzie ćwiczyła sobie kompania kwaterująca w tej części wsi, a druga kompania może sobie ćwiczyć w lasku za szkołą na górce. Ze względu na opl kompanie będą tylko nocowały we wsi, a przez cały dzień muszą siedzieć w lasach. W lasach muszą być przygotowane rowy przeciwlotnicze, w których będą się kryły kompanie podczas nalotów. Kuchnie będą gotowały we wsi, a śniadania, obiady i kolacje będą dowoziły kompaniom do lasów. W lasach kuchnie nie mogą gotować, bo dym może posłużyć lotnikom za cel, a we wsi wszędzie się dymi. Tak będzie najlepiej. Godzina 5.00 rano wszystko idzie w lasy, a o 9.00 wieczorem wracają na kwatery”. To wszystko. Dowódca mówił sam do siebie i stawiał punkty na planie jako miejsca ćwiczeń kompanii w lasach. Skrzętnie słuchałem uwag wypowiadanych głośno przez dowódcę pułku i w swoim planie również nanosiłem takie same punkty. Jeździliśmy od wsi do wsi i wszędzie dowódca pułku przeprowadzał taki sam, głośny proces myślowy. Przed wjazdem do każdej wsi dowódca pułku przeprowadzał o niej wywiad z kierownikiem szkoły, a uwagi notował w szkicowniku. Po dokonanym przeglądzie rejonów zakwaterowania dowódca pułku odwiózł nas do m. Zawersze, zapowiedział, że w nocy [będzie] oczekiwał pułku, i odjechał. Była godz. 15.00. Żona kierownika czekała z obiadem i niecierpliwiła się naszą długą nieobecnością, ale gdy dzieci doniosły jej, że jakiś wojskowy zabrał nas na samochód – przestała się niepokoić. Przejażdżka łazikiem po wiejskich drogach wytrzęsła nam uczciwie żołądki, toteż obiad zjedliśmy z wielkim apetytem. Kierownik z żoną byli bardzo zadowoleni,

73

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

że mogą u siebie gościć oficera, toteż niczego mi nie brakowało. Na półmisku do obiadu zjawiła się soczysta kaczuszka, że aż paluszki lizać. Nie mieliśmy czasu uciąć popołudniowej pogawędki, gdyż w nocy przybywa pułk, a my z kierownikiem jeszcze nie rozpoczęliśmy swoich czynności. Nie ma rady, trzeba siadać na rowery i rozpocząć swą pracę. Jedziemy razem – ja do st. Kiwatycz wydać zarządzenia właścicielce majątku, żeby przygotowała dwa pokoje dla dowódcy pułku, a kierownik do m. Świszcze wydać zarządzenia tamtejszemu kierownikowi szkoły. Wszystko szło jak z płatka, toteż szybko załatwiliśmy się i przyjechaliśmy do kierownika, gawędząc przy oknie, z którego był widok na Zawersze, Kiwatycze i Dziewiątki, ujrzałem pędzący po drodze motocykl z 2 pasażerami. To na pewno ppor. Ukryn i Wierzchowski. Widać, że ppor. Ukryn musiał sobie dobrze zalać robaka, późno przyjechał do Strychowa po ppor. Wierzchowskiego i teraz dopiero pędzą, gdy ja już wszystko załatwiłem. Wyszedłem z kierownikiem przed szkołę, gwizdnąłem na palcach i ściągnąłem obu pasażerów do szkoły. Teraz dowiedziałem się, że księżna Puzyna nie wypuściła ich wcześniej – zanim nie zjedzą obiadu. Zaraz po obiedzie nie wypadało startować, trzeba było opowiedzieć o nocnej eskapadzie itp. Wieczór nadchodził, kierownik przygotował w szkole posłania dla nas trzech, lecz nie mieliśmy chęci do snu, tylko gadaliśmy do przybycia pułku. O godz. 24.30 do naszej wsi przybyło dowództwo i trzy kompanie wojska, ale dowódcy pułku nie było. Ludzie zmęczeni marszem, po wskazaniu im kwater, ułożyli się na słomie i szybko zasnęli. We wsi zapanowała cisza. I nikt nie przypuszczałby, że tu znajduje się wojsko na noclegu. Po zakwaterowaniu wojska udałem się z kolegami do szkoły, aby zażyć snu na miękkich pierzynkach. W tym dniu został zorganizowany drugi batalion 83 pp kapitana Ścisłowskiego. 7 IX 1939 r. Zbudziłem się o godz. 5.30 i poszedłem do kwatery dowódcy pułku, ale jeszcze go nie było. Przez kilka godzin czekałem we wsi na przybycie pułkownika, a gdy się nie zjawił – postanowiłem wydać zarządzenia na własną odpowiedzialność. Na pierwszym miejscu postanowiłem zorganizować łączność drutową z baonami. Do tego celu zawezwałem podchorążego – dowódcę plutonu łączności, wskazałem mu miejsca postoju dowódców baonów, miejsce na centralę w kancelarii pułkowej oraz aparat prywatny do mieszkania pułkownika. Nadchodzi południe, dowódcy nie ma i łączności również nie ma, mimo wybudowanych linii telefonicznych. Jako stary drucik badam przyczynę i okazało się, że telefoniści są rezerwistami szkolonymi na starym sprzęcie łączności i nie umieją obchodzić się z nowym sprzętem polskim. Rozpoczynam kontrolę linii od centrali. Kable były załączone na opak, baterie niezałączone do zacisków, a obsługa nie umie obchodzić się ze szmerami połączeniowymi. Uporządkowałem linie na zaciskach, ponumerowałem przewody, załączyłem aparat stacyjny, aparat w kancelarii pułkowej i przeszkoliłem obsługę w obchodzeniu się ze sprzętem. Mimo to baony nie zgłaszają się. Biorę ze sobą plutonowego z aparatem i jedziemy rowerami na kontrolę linii. Po każdym napotkanym bębnie rozwiniętego kabla sprawdzam linię. Centrala odpowiada, a baon nie. Tak sprawdziłem linię do I baonu, lecz aparat załączony w baonie nie działał, ponieważ linia była załączona do zacisku L1, a uziemienie do ziemi odgromnikowej – zamiast do zacisku L2. Po prawidłowym załączeniu linii dzwonię – aparat nie działa. Przerzucam klucz przełącznika na PR – dzwonek dzwoni, a przedmuchu nie ma. Zaglądam do baterii. Bateria niezałączona do zacisków bateryjnych, a w muszli mikrofonowej nie ma wkładki mikrofonu. Po usunięciu tych niedomagań aparat działał jak złoto i łączność I baonu z centralą nawiązana. Pouczyłem obsługę w obchodzeniu się z nowym aparatem i udałem się z plutonowym do II baonu, a następnie do miesz-

74

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

kania dowódcy pułku. Po drodze nie sprawdzałem linii, bo byłem przekonany, że wina leży w aparatach, które wzięte z mob. – nie były przygotowane przez obsługę do użytku, bo nie znała tego sprzętu. O godz. 14.00 przyjechałem do kancelarii pułkowej. Linia działa, łączność jest już nawiązana, a dowódcy pułku nie ma. Decyduję się na wydanie drugiego zarządzenia, chociaż mam pietra, że dostanę OPR do pułkownika, a on był ostry w języku i bezwzględny. Było nie było trzeba odpowiedzialność wziąć na swoje barki. Siadam na rower i objeżdżam rejony zakwaterowania poszczególnych kompanii i każdemu z dowództw wskazałem rejon ćwiczeń, pracę, jaką ma do wykonania w danym rejonie, w lasku (rowy przeciwlotnicze), drogę dojścia, miejsce na kuchnię polową, która będzie przywoziła strawę, o której godzinie kompanie mają wychodzić ze wsi i o której wracać. Jednym słowem, podałem to wszystko, co pułkownik, objeżdżając ze mną teren poprzedniego dnia, notował na swoim szkicu i półgłosem wypowiadał swój proces myślowy. Te zarządzenia zabrały mi sporo czasu, ale mimo to po powrocie do m. Zawersze pułkownika jeszcze nie było. O godz. 21.00 przyjechał dowódca pułku. Wychodzę do łazika, melduję pułkownikowi o zakwaterowaniu pułku i wydanych przeze mnie zarządzeniach. Otrzymuję odpowiedź „dobrze”. Po wejściu do kancelarii pułkownik każe mi połączyć go z dowódcami baonów, aby wezwać ich na odprawę. Co by było, gdyby łączności z baonami nie było? Na pewno OPR. Kto otrzymałby to? Na pewno ja – chociaż to do mnie nie należało, bo na przygotowaniu kwater moja czynność się skończyła, a następnie miałem objąć swoją kompanię. Mniejsza z tym. Dowódcy baonów zostali powiadomieni i po półgodzinie zjawili się na odprawę. Podczas odprawy, na której nie byłem obecny, poruszona została między innymi przez dowódcę I baonu mjr. Bandołę sprawa kuchni. Baon ten składał się z pięciu kompanii, na które przypadały cztery kuchnie. Jedna z kompanii kuchni nie posiadała i podczas marszu brała strawę wspólnie z 1 kompanią… ja o tej sprawie nie wiedziałem, bo od 2 IX byłem poza pułkiem. Ta kompania bez kuchni otrzymała kwatery na wsi jako samotna, nie z mego rozkazu, tylko dowódcy baonu. Dowódca baonu miał cały dzień do swej dyspozycji i widząc swój błąd – mógł przekwaterować tę kompanię – dając na jej miejsce kompanię z kuchnią. Teraz przed pułkownikiem porusza tę sprawę, a ten skoczył zaraz na adiutanta za niedopatrzenie, a następnie na mnie. Gdzie tu logika? Padają słowa pułkownika do mnie: „Nie dziwi mnie to, że ten zasrany Ukryn nie dopilnował, ale że pan to przeoczył, dziwię się bardzo. Ja panu tego nie zapomnę”. Na to krew mnie zalała i powiedziałem: „Tak jest, panie pułkowniku, ale to wina ani Ukryna, ani moja – tylko mjr. Bandoły, który o tym wiedział i mógł we własnym zakresie załatwić”. Za tę odpowiedź podpadłem i byłem w niełasce u pułkownika. Tegoż dnia dostałem rozkaz zameldować się u por. Olszaka, dowódcy 2 kompanii, jako jego młodszy oficer. W baonach cztery kompanie były obsadzone przez świeżo upieczonych podporuczników, z których mogłem jedną dowodzić, lecz za gorliwą pracę i w nagrodę za moją inicjatywę oraz śmiałą odpowiedź stanowisko dowódcy kompanii nie było dla mnie. 8 IX 1939 r. Wstałem sobie o godzinie 9.00, kazałem pocztowemu zapakować moje rzeczy i przenieść je do wsi Dziewiątki. Nie śpiesząc się do nowej pracy – jechałem sobie wolno rowerem po piaszczystej drodze. Pierwszym moim obowiązkiem było zameldować się u dowódcy baonu, mjr. [Tadeusza] Bandoły, który był z żoną i dwojgiem dorastających dzieci. Tu na pogawędce z żoną majora przesiedziałem do południa, a gdy zabierali się do obiadu, pojechałem na rowerze do lasu, gdzie por. [Stanisław] Olszak ze swą kompanią wykonywał prace ziemne. Las już był poryty dość głębokimi i szerokimi rowami przeciwlotniczymi. Kompania odpoczywała

75

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

sobie po obiedzie w cieniu drzew, drzemała i pochrapywała. Por. Olszak również spał smacznie. Ruszam [go] za ramię. Długo patrzy na mnie, przeciera oczy, a po dłuższej chwili poznał mnie. Melduję swój przydział do jego kompanii. A ty po co mi tu potrzebny? Ja mam oficerów na plutonach, ale jeśli cię przydzielili, to będę miał z kim gawędzić, bo mi się strasznie nudzi. O godzinie 14.00 rozpoczęły się zajęcia nad maskowaniem rowów, mimo że las doskonale je maskował. Nie chodziło tu właściwie o maskowanie, ale raczej o wzmocnienie ścian gruntu piaszczystego przez wykładanie darnią. Pod wieczór nadleciały samoloty nad las, a po kilku minutach dało się słyszeć gwałtowne bombardowanie toru kolejowego Żabinka –Prużana lub Żabinka–Kobryń. Odgłos bombardowania robi dziwne wrażenie słuchowe w lesie, ponieważ odnosi się wrażenie, że bomby padają niedaleko i że słychać trzask łamiących się drzew. Nie siedziałem z kompanią w lesie do późnego wieczora, lecz o godzinie 19.00 pojechałem do dowódcy baonu, aby dowiedzieć się o przydzielonej dla mnie kwaterze. Pocztowy przez ten czas przeniósł moje i swoje rzeczy do kancelarii baonu i czeka na mnie, żebym wskazał mieszkanie. Mjr Bandoła oświadcza mi, abym przenocował w jego kancelarii, ponieważ dowódca pułku dzwonił, abym jutro zameldował się u niego. Usłuchałem tej rady, bo na pewno jutro dostanę nową posadę. Pocztowy przyniósł słomę, rozłożył na podłodze, nakrył kocami i legowisko dla nas obu było gotowe. Gosposi kazałem zrobić jajecznicę z 20 jaj na słoninie, ukroić kilka pajd chleba i postawić dzban mleka. Wszystko to wtrząchnąłem ze swoim pocztowym, nawet palce oblizaliśmy – tak nam smakowało. Dochodziła godzina 23.00, nie wypadało nic innego robić, jak tylko ułożyć się do snu i marzyć o niebieskich migdałach tak długo, zanim sen nie zmorzy znużonych powiek. 9 IX 1939 r. Rano nie chciało się wcześnie wstawać, bo dowódca pułku nie przyjmie wcześniej, jak o godzinie 11.00. Odległość do dowództwa 2 km jest fraszką dla roweru, toteż dużo się naziewałem, zanim zdecydowałem podnieść swe zwłoki z barłogu. Śniadanie zjadłem o godzinie 10.00, a do 10.30 byłem już w kancelarii dowódcy pułku. Pukam do drzwi. „Proszę. Wchodzę. – Panie Pułkowniku, melduję się posłusznie na rozkaz. – Pan porucznik obejmie dzisiaj kompanię 4 od ppor. [Stanisława] Oleńskiego53. – Rozkaz, Panie Pułkowniku. Czy mogę odmaszerować? – Może Pan. Robię w tył zwrot, wychodzę z dowództwa, siadam na rower i pedałuję do kompanii ppor. Oleńskiego, która kwaterowała o 200 metrów. Ta kompania była moją kompanią, którą zdałem, odjeżdżając do Kobrynia jako kwatermistrz pułku, a ppor. Oleński był moim oficerem młodszym. Ponieważ była pora obiadowa – nie przystępowałem do objęcia kompanii, a po południu dowódca pułku zarządził nadzwyczajną odprawę celem przeorganizowania pułku. Z całego wojska utworzono dwa baony pełne + jedną kompanię. Utworzenie tej kompanii przypadło dla mnie z resztek tworzących się baonów. Wszystko to miało być ukończone w dniu dzisiejszym do godziny 24.00. Każda kompania, która zorganizowała się, miała resztki (najgorszych ludzi) odesłać do mnie do m. Dziewiątka i miała maszerować natychmiast do m. Planta (wyznaczoną trasą, jak na szkicu nr 7 – linia z kreskami). Widziałem późnym wieczorem, jak przez Dziewiątki przeszło kilka kompanii, a do mnie ludzie nie napływali. Dzwoniłem do baonów i otrzymałem odpowiedź, że zaraz wysyłają do mnie ludzi. O godzinie 23.00 pojawiło się u mnie kilku

53  W okresie poprzedzającym wojnę dowódca plutonu 82 pp.

76

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

kulawych ludzi. Broń pobrałem zaraz po odprawie od por. [Zygmunta] Sikory54, który miał oddział specjalistów, np. łączność, pionierzy, zwiadowcy konni, artylerzyści itp. Ci wszyscy ludzie bez broni odeszli z por. Sikorą do dowództwa dywizji w m. Kobryń. Widząc słaby napływ ludzi, i to przeważnie samych kalek, którzy nie nadawali się do tworzących się kompanii, gdyż marszem z Brześcia n/B. pozdzierali sobie nogi. Tych ludzi pozbyli się dowódcy kompanii, a ja miałem z nich zrobić wojsko zdolne do dalszego marszu. Nie widziałem innej rady, jak wezwać lekarza I baonu, aby uznał ich za niezdolnych do odbycia marszu, i przydzielić dla nich kilka podwód. Wezwany lekarz uznał w 80% niezdolność do marszu na stan 90 – który przybył do mnie. Mimo to musiałem to wojsko zorganizować, dać obsadę plutonom i drużynom. Pracę organizacyjną wykonywałem przy świetle latarni naftowej, a zakończyłem o godzinie 2.00 w nocy. Przez czas organizowania kompanii jeden z oficerów młodszych wraz z sołtysem chodzili po wsi i ściągali podwody. Dużo kosztowało wysiłku, zanim ściągnięto podwody, ponieważ chłopi z końmi uciekali w pola lub do lasu. Z wielkim trudem mogłem ruszyć dopiero o godzinie 2.30. W tym dniu rozpoczęła się organizować Dywizja „Kobryń” płk. Eplera z 82, 83 i 84 pp. 10 IX 1939 r. Już wczesnym świtem pojawiły się samoloty niemieckie i krążyły nad lasem, którym posuwają się poszczególne kompanie 82 sps. Las całkowicie przesłonił nasz marsz, toteż szczęśliwie dotarliśmy o godzinie 10.00 do m. Planta i chwilowo zatrzymaliśmy się w lesie koło drogi (szkic nr 8). Do mego przybycia już powstała nowa organizacja pułku z przybyłych dwóch baonów i z resztek, które nadciągnęły tutaj z kpt. [Romanem] Samoszukiem55 szosą z Brześcia przez Kobryń. Powstał nowy batalion kpt. [Wacława] Radziszewskiego56, który zaraz odmaszerował do załogi twierdzy Brześć n/B. – utworzonej z ośrodka zapasowego 9 Dywizji. Po odpłynięciu tego baonu przystąpiono do organizowania dwóch baonów: I baon mjr. Bandoły i II baon kpt. Samoszuka. Baon kpt. Samoszuka organizował się w lesie na południe od szosy, w tym miejscu, gdzie dochodzi do niej droga z m. Planta. Po moim przybyciu sytuacja wyglądała następująco: baon obrony twierdzy Brześcia kpt. Radziszewskiego odmaszerował. Kwadrat nr 1 oznacza miejsce tworzenia się baonu kpt. Samoszuka oraz zapasy ekwipunku i amunicji ściągniętych z Brześcia. Po zorganizowaniu się tego baonu, pozostałe wojsko ma odejść do mjr. Bandoły, jako uzupełnienie baonu, ponieważ część wojska odeszła do baonu kpt. Radziszewskiego. Kwadrat nr 5 to m.p. dowódcy pułku w szkole rolniczej i kompanii ckm por. [Mariana] Kamińskiego57 oraz m.p. dowódcy I baonu mjr. Bandoły. Kwadrat nr 3 – kompania kpt. Pawłowskiego, kwadrat nr 4 – kompania por. Olszaka i kwadrat nr 2 – moja kompania. W moim rejonie znajdowała się sadzawka, toteż ludzie zabrali się zaraz do mycia, prania i przewijania ran na nogach. Tutaj spotkałem żonę mjr. Bandoły z dziećmi i żonę por. Kamińskiego, z którymi gawędziłem dość długo. Kuchnia pobrała mięso i gotowała obiad. O godzinie 12.00 podszedł do mnie mjr Bandoła i powiedział mi, abym wybrał 10 ludzi z najbardziej otartymi nogami i odesłał ich do szkoły rolniczej – do adiutanta pułku. Wyznaczeni ludzie odeszli i zostali wyznaczeni na woźniców, toteż byli ucieszeni, że im się 54  Pokojowy dowódca plutonu łączności 82 pp, potem dowódca kompanii telefonicznej Dywizji „Kobryń”. 55  Wcześniej komendant powiatowy PW w Brześciu n. Bugiem (82 Obwód PW przy 82 pp). 56  Wcześniej dowódca kompanii 82 pp. Brał udział w obronie Brześcia. Dostał się do niewoli rosyjskiej, zamordowany w 1940 r. 57  Oficer 82 pp, wcześniej dowódca plutonu Dywizyjnego Kursu Podchorążych Rezerwy 30 DP.

77

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

szybko zagoją rany. Zaraz po obiedzie dostałem 70 ludzi od kpt. Samoszuka, toteż przeorganizowałem kompanię, która liczyła teraz 150 ludzi + 5 oficerów i weszła w skład baonu I mjr. Bandoły. Gorzej przedstawiało się z bronią, bo miałem tylko 4 rkm-y i 40 kb. Tabor składał się z kuchni polowej, jednego wozu parokonnego i 4 poleskich wózków. Po przeprowadzeniu tych czynności otrzymałem rozkaz pozostać na swym miejscu przez noc, jednak trzeba było natychmiast przystąpić do ubezpieczenia się od strony zachodniej (jak szkic). Zadanie ubezpieczenia – zamknąć obie drogi wychodzące z m. Łuszczyki z mostu na rzece Muchawiec. Por. Olszak miał zadanie zamknąć obie drogi idące na północ z mostu na Muchawcu, a kpt. Pawłowski wystawił placówkę oficerską na krzyżówce dróg idących z m. Hultajka (most na rz. Muchawcu) do m. Planta i z m. Łuszczyki na północ do m. Planta. Wyznaczone ubezpieczenia odeszły na wskazane stanowiska i przygotowały tylko wnęki strzeleckie. O godzinie 22.00 otrzymałem rozkaz ściągnięcia kompanii i odmaszerować do zabudowań Muchowłoki (jak na szkicu nr 8), ubezpieczyć pułk od południa – przez zamknięcie mostu na rz. Muchawiec w rej. m. Muchowłoki i folwark. Jeszcze przed odmarszem miałem zdać kompanię por. [rez. Wacławowi] Ruseckiemu, a ja miałem następnego dnia odejść do m. Kobryń, gdzie w Ośrodku Zapasowym Dywizji miałem szkolić specjalistów. Na skutek zmiany nocnych stanowisk pozostałem przy kompanii i miałem czekać na dalsze rozkazy. Po moim odejściu, kpt. Pawłowski zajął moje stanowiska, a por. Olszak pozostał nadal na swoich. Maszerowaliśmy po omacku, taka była ciemnota w lesie, i ledwie dojrzeliśmy nakazane zabudowania. Wyznaczyłem ubezpieczenia, które odeszły na stanowiska (prowizoryczne) okrakiem na drodze, kompania poszła spać do stodoły, a ja z oficerami młodszymi udałem się do mieszkania. Zanim ułożyliśmy się na rozpostartej słomie na podłodze, kazaliśmy przygotować sobie jajecznicę, mleka i chleba, a po zjedzeniu tego ułożyliśmy się do snu. Tej nocy spało mi się jak nigdy – bo poprzednia noc była bez snu i cały dzień do połowy następnej nocy upłynął na stałej bieganinie. W tym dniu I baon 83 pp kpt. [Mariana] Ścisłowskiego maszeruje przez Kobryń do Netreba­ ‑Raczki (szkic nr 9), gdzie już został na postoju ubezpieczonym do dnia 13 IX 1939 r. II baon 83 pp kpt. Sroczyńskiego pomaszerował do m. Kobryń z zadaniem obrony miasta i ubezpieczenia się od kierunku m. Brześć n/B.–Kobryń i m. Włodawa–Kobryń. 11 IX 1939 r. Tego dnia gen. bryg. Kleeberg znajdował się ze swym sztabem w Pińsku. Dywizja „Kobryń” przeprowadzała rozpoznanie z Kobrynia na Brześć n/B., Prużanę, Żabinkę, Tewle i Ogrodniki (szkic nr 9). Wczesnym rankiem udałem się do kpt. Samoszuka celem pobrania brakującego sprzętu i po uzupełnienie ludzi. Ze sprzętu otrzymałem 1 rkm i 50 łopatek polowych. Mimo to byłem zadowolony, że już mam kompanię etatową, a co do broni, to powoli się uzupełni. Do tego dostałem jeszcze pełen wóz drelichów, gdyż ubranie na ludziach było niżej krytyki i wstyd było maszerować z kompanią przez wieś. Po przybyciu do swego m.p., spędziłem wszystkich ludzi do lasu, przebrałem w drelichy, podzieliłem ludzi na drużyny, plutony i w odpowiedniej proporcji podzieliłem posiadaną broń i rkm-y. Po zakończeniu tych czynności wydałem rozkaz drużynowym spisać z ludzi dane ewidencyjne w 2 egzemplarzach – jeden dla mnie, a drugi dla drużynowych. W tym czasie por. Rusecki udał się do dowódcy pułku po instrukcje. O godzinie 8.00 rano kompania była już zorganizowana i gotowa do przekazania por. Ruseckiemu. Wyszło zupełnie inaczej, bo por. Rusecki przybył od dowódcy pułku i przyniósł rozkaz, że nadal pozostaje dowódcą kompa-

78

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

nii i natychmiast mam ruszyć na prom na rz. Muchawiec (szkic nr 9) oraz czekać na dalsze rozkazy. Jako najdalej wysunięty na południe miałem bliską drogę do promu. Zarządzam pogotowie marszowe i maszeruję na nakazane miejsce. Na promie zastaję już dowódcę pułku z adiutantem ppor. Ukrynem. Nie zdążyłem się zameldować, a podniecony dowódca zaczął mi wydawać rozkazy. – Panie! W m. Prużana już jest broń pancerna niemiecka. Dywizja nasza ma bronić Kobrynia na linii rz. Muchawiec. Batalion mjr. Bandoły broni Muchawca w m. Turna. W lewo od nas jakieś wojsko 79 pp. Pan ze swoją kompanią zajmie stanowiska obronne okrakiem na promie z zadaniem obrony przeprawy przez Muchawiec. Na szosie m. Kobryń–Prużana wystawi Pan 2 placówki – jedną na moście, a drugą na szosie w m. Żuchowce. W m. Zaprudy znajduje się placówka oficerska w sile plutonu z kompanii por. Olszaka. Pan musi przygotować odpowiednich ludzi i zaopatrzyć ich w sprzęt do wysadzenia mostu na szosie (rz. Muchawiec) oraz tego promu. Wysadzenie mostu i zatopienie promu wykona Pan na rozkaz dowódcy dywizji! Po wysłuchaniu tego rozkazu odpowiedziałem: – Tak jest, Panie Pułkowniku – chcąc bronić się, trzeba mieć broń i amunicję, a ja tego nie mam. W kompanii mam tylko 50 kb i 5 rkm-ów, a do tego ani jednej sztuki amunicji. – My to zaraz wszystko uzupełnimy, niech tylko nadejdzie kpt. Samoszuk ze swoim batalionem, któremu zabierzemy broń i najpierw uzbroimy Pana kompanię, a po niej resztę baonu mjr. Bandoły. Wystaw Pan zaraz 2 rkm-y na tej górce (wskazał ręką), 3 na tej (wskazał), niech ubezpieczają przeprawę, bo razem z naszymi oddziałami mogą wpaść nam na kark i Niemcy. Rozpocząłem przewóz kompanii promem. Zaczynając od pierwszego plutonu, wydałem mu tymczasowe rozkazy do zajęcia stanowisk, a następnie do pobierania broni, gdy nadejdzie baon kpt. Samoszuka. Po przeprawieniu się pierwszego plutonu wydałem rozkaz dla pozostałych plutonów. Kompania szybko się przeprawiła, zajęła stanowiska, chłop przy chłopie, aby szybko można było pobrać broń. Zanim nadciągnęło wojsko – zorientowałem się w terenie i powziąłem następujący plan obronny rozmieszczenia kompanii na stanowiskach. Wezwani dowódcy plutonów otrzymali rozkazy. I pluton zorganizuje obronę okrakiem na promie na odcinku lewa granica (wskazałem w terenie) – prawa granica (wskazałem w terenie). Zadanie. Na wskazanym odcinku wykonać stanowiska obronne (rowy dla stojącego). Bro­nić przeprawy na promie. Rkm-y na stanowiskach dotychczasowych – bronią ogniem przeprawy. Na odcinku kompanii będzie pluton ckm. Dowódca plutonu wystawi dwa posterunki kontrolne – jeden po tamtej stronie promu, a drugi po tej. Zadaniem tych posterunków będzie kontrolowanie i legitymowanie osób postronnych, a podejrzanych odsyłać do mnie. Ja będę miał swoje m.p. w budce przewoźnika. Ponadto dowódca plutonu wyznaczy 3 obsługi promu w sile 1+4 (każda), które będą obsługiwały prom na zmianę po przeprawieniu się naszych baonów. Obsługi te będą obsługiwały prom dla naszego użytku, np. przeprawa zmian naszych placówek, patroli itp. Po otrzymaniu broni i amunicji przystąpić natychmiast do wykonania powyższego zarządzenia oraz do wykonania prac ziemnych, tj. każdy strzelec kopie najpierw rów dla stojącego dla siebie. Tu wziąłem pod uwagę lotnictwo i broń pancerną, które wg mego zdania przy tym sposobie obronnym wyrządzają mniejsze straty. II pluton zajmie stanowiska obronne okrakiem na jazie (wskazałem lewą i prawą granicę oraz podałem sąsiada w lewo – 79 pp). Broń rkm i ckm skierować na jaz – zamykając ogniem przeprawę. W zabudowaniach kilometr od jazu na zachód – wystawić czujkę podoficerską. W zabudowaniach na szosie (wskazałem) wystawić placówkę. Placówki z I i II plutonów oso-

79

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

biście wystawię i podam im zadania w terenie. Po uzbrojeniu się I plutonu, uzbroi się II pluton i uda się natychmiast na wskazane stanowiska. III pluton zajmie stanowiska obronne w prawo od I plutonu na odcinku (prawą i lewą granicę wskazałem w terenie). Zadanie – bronić rz. Muchawiec od północnego zachodu. Dowódca plutonu wyznaczy placówkę w sile drużyny, która będzie wystawiona na moście – na szosie na rz. Muchawiec. Drużyna ta po otrzymaniu broni zamelduje się u mnie. Po uzbrojeniu się plutonu zająć nakazany odcinek i przystąpić do wykonania prac ziemnych. Dowódcy plutonów po zajęciu nakazanych odcinków przyślą do mnie po jednym gońcu. W prawo od nas kompania por. Olszaka, w lewo wojsko z 79 pp, 3 kompania kpt. Pawłowskiego, jako odwód w m. Turna – tamże m.p. dowódcy baonu. M.p. dowódcy pułku w m. Netreba­ ‑Raczki. M.p. dowódcy dywizji w lasku na północ m. Zalesie + kawaleria dywizyjna. Po wydaniu tych zarządzeń zaczęło nadchodzić nasze wojsko. Od kpt. Samoszuka pobrałem broń, rkm-y i amunicję + 3 granatniki i plutony natychmiast odeszły na nakazane odcinki celem przygotowania obrony. Tabor i kuchnię skierowałem do m. Turna – celem lepszego zamaskowania. Zgłosiły się dwie drużyny strzeleckie z I i III plutonu, z którymi udałem się na szosę Kobryń–Prużana. Placówka nr 1 otrzymała zadanie strzeżenia mostu i zamknięcia ruchu kołowego oraz instrukcje do przygotowania materiału palnego, którym na rozkaz dowódcy dywizji będzie most spalony. Placówka nr 2 w m. Żuchowce z zadaniem zamknięcia drogi z m. Łuszczyki (most na rz. Muchawiec) oraz zamknięcia szosy w kierunku m. Kobryń. Placówki otrzymały rozkaz wykopać okrągłe doły strzeleckie i w razie pojawienia się broni pancernej niemieckiej bronić się na miejscu, strzelając z kb i rzucając granaty. Czołg może przejechać się po takim rowie i nic nie zrobi strzelcowi. Zarządzenie prywatne dla obu placówek było takie, aby od przechodzących szosą żołnierzy, którzy szli z bronią i dobrze umundurowani na wschód Bóg wie gdzie (prawdopodobnie do domów) – zabierać broń, amunicję, maski, hełmy, ładownice, łopatki, bagnety i zamieniać swoje drelichy na ubrania sukienne. W ten sposób w ciągu dwóch dni miałem uzbrojoną i umundurowaną kompanię na ostatni guzik. Widziałem, co się święci, i to wojsko, które maszerowało znad Warty – szło do własnych domów – a tym samym te rzeczy, które im zabierałem, dla nich nie były potrzebne, a mnie były potrzebne. Następną moją czynnością było zaciągnięcie placówki i czujki na odcinku III plutonu. Ta praca na przedpolu zużyła mi dużo czasu, ale pańskie oko konia tuczy – mówi przysłowie – toteż powróciłem do kompanii o godz. 18.00. Sprawdzenie stanowisk na odcinku kompanii odłożyłem na dzień następny. Kuchnia otrzymała rozkaz podwożenia strawy pod stanowiska plutonów na wskazane miejsca. Tegoż dnia I/84 pp maszeruje do lasku na północ m. Zalesie, a II/84 pp odszedł na obronę Muchawca. Batalion kpt. Samoszuka przeprowadza organizację w lasku na południowy wschód m. Turna w m. Lipowo. Pułkownik Dworenko-Dworkin otrzymał rozkaz zorganizowania kawalerii dywizyjnej. Jako stary zagończyk gen. Bałachowicza szybko zorganizował swój oddział KD z rozbitków 4 pułku ułanów i okolicznych krakusów. Mówiąc prawdę, to płk Dworkin do osiągnięcia m. Włodawa działał jako oddział partyzancki, a następnie wszedł w skład Dywizji „Kobryń” i był wymieniany w rozkazach. (I/84 pp odmaszerował do lasku na północ m. Zalesie, a II/84 pp odszedł na obronę Muchawca). Mniej więcej w tym czasie powstała dywizja ppłk. [Kazimierza] Gorzkowskiego z Ośrodka Zapasowego 20 Dywizji i grupa płk. [dypl. Wilhelma] Paszkiewicza z oddziałów wartowniczych i Flotylli Pińskiej.

80

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

Oddział zwiadowców por. [Zygmunta] Kawy58 rozpoznawał: a) patrol nr 1 cyklistów szosą na Brześć n/B., Żabinkę i Ogrodniki, b) patrol nr 2 konny na m. Tewle i Prużanę. Zmęczony całodzienną bieganiną chciałem się zdrzemnąć w budce przewoźnika, ale mowy o tym nie było, bo telefon stale dzwonił, co chwila otrzymywałem dodatkowe zarządzenia oraz zapytywano o sytuację na moim odcinku. O godz. 1.00 zbudziłem por. Ruseckiego – mego zastępcę, aby podyżurował przy telefonie, a ja na chwilkę zdrzemnę się i nabiorę trochę sił do dalszych prac na odcinku kompanii. 12 IX 1939 r. Przebudziłem się o godzinie 6.00 i zaraz udałem się na przeprowadzenie kontroli stanowisk obronnych kompanii od lewego skrzydła, tj. od II plutonu, sekcji granatników i 2 ckm, które dano mi na tym odcinku. Osobiście sprawdzałem każde stanowisko strzeleckie rkm, ckm i granatnika. Wszelkie niedociągnięcia kazałem natychmiast usunąć. Wydałem rozkaz oczyszczenia terenu na przedpolu, aby mieć dobrą widoczność i dobre pole obstrzału. Do tego celu dowódcy plutonów musieli wysłać ludzi po siekiery do m. Turna, wyciąć drzewa, a gałęzi użyć do maskowania stanowisk. Czas do południa zszedł mi na przeprowadzaniu kontroli. W tym czasie nadchodziły rozkazy, aby przedstawić wykazy brakującego sprzętu, broni i amunicji. (szkic nr 9). Podobne żądania nadchodziły drogą telefoniczną po kilka razy dziennie, a rezultatu nie było. Po obiedzie pojechałem na kontrolę placówek. Szosą i drogami bocznymi odbywał się ruch ewakuacyjny kołowy i pieszy urzędów, ludności cywilnej i wojska walczącego na zachodzie. Cała masa ewakuacyjna pchała się na kierunek Nowogródka, Wilna i Pińska. Wśród płynącej masy rozbitków – jak ich zwano – spotkałem pocztowego osobistego por. [Stefana] Zdolińskiego59, który był z pułkiem koło Wielunia. Od niego dowiedziałem się, że pierwszego dnia walk zginął mjr [Zygmunt] Rosiński60 i por. Zdoliński (ten ostatni żył). Granat artylerii wpadł do schronu i obaj mieli być zabici, tylko wspomniany pocztowy ocalał i teraz maszeruje – sam nie wie dokąd. Każdy tak zwany rozbitek opowiadał straszne rzeczy o swych oddziałach, które zostały całkowicie zniszczone, tylko on sam jeden ocalał i maszeruje na wschód, bo tam ma się tworzyć jakaś nowa armia. Nie wierzyłem w te bajeczki i byłem święcie przekonany, że wszystko to ucieka do swych domów i szkoda tylko sprzętu, który niosą, a którego brak my odczuwamy. Po przyjeździe na odcinek kompanii, wydałem rozkaz dowódcy I plutonu, aby co dwie godziny wysyłał drużynę na placówkę z zadaniem umundurowania się i uzbrojenia. Po I plutonie wystawiał drużynę co 2 godziny pluton II, a następnie pluton III. W ciągu tego dnia miałem już całkowicie umundurowaną kompanię w ubrania sukienne i uzbrojoną w polską broń, a nie jakieś niemieckie, francuskie i angielskie karabiny. Na zarządzenia tyczące się uzupełnienia braków w kompanii gwizdałem i żadnych papierków nie wysyłałem. W kompanii miałem teraz 9 rkm, 5 granatników i 3 kb przeciwpancerne oraz 5 rakietnic i dużą ilość rakiet, maski i łopatki były na cały stan, natomiast brakowało mi hełmów na połowę stanu, gdyż rozbitki uważali to za zbyteczny balast i mało który niósł go przy sobie. Pod wieczór samoloty niemieckie zrzuciły 95 bomb na most kolejowy 58  W okresie pokojowym dowódca plutonu w 82 pp. 59  Dowódca 1 kompanii ckm 82 pp. 60  Dowódca I batalionu 82 pp. Poległ 2 IX pod Bobrownikami k. Działoszyna. Okoliczności jego śmierci – A. Wesołowski, Walki 30 Poleskiej Dywizji Piechoty pod Parzymiechami i Działoszynem w dniach 1–2 września 1939 r. (w:) A. Wesołowski, J. Tym, Mokra–Działoszyn 1939. Działania wielkich jednostek Grupy Operacyjnej „Piotrków” w pierwszych dniach kampanii 1939 r., Warszawa 2012, s. 493–495.

81

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

na rz. Muchawiec koło m. Horodec. Kpt. Samoszuk organizuje swój baon w lasku na południe m. Lipowo. Por. Goldman na czterech warszawskich autokarach przywiózł z Dęblina61: ckm-y, rkm-y, moździerze i pistolety automatyczne. Dowódca pułku przeniósł swoje m.p. do m. Kamień Królewski. W nocy kompania por. [Kazimierza] Zawady odchodzi z baonu kpt. Samoszuka – pod rozkazy dowódcy samodzielnego baonu 79 pp mjr. [Michała] Bartuli i zajmuje stanowiska okrakiem – tor kolejowy i szosę na kierunku m. Horodec. Kompania ta posiadała tylko kb – bez amunicji (szkic nr 9). Dzisiejszą noc spędzam w ziemiance za budką przewoźnika wraz z aparatem telefonicznym, telefonistą i trzema gońcami. Służbę pełnię do północy, a od północy por. Rusecki. Co godzinę muszę przekazywać meldunki o sytuacji na przedpolu do dowódcy baonu. Noc przeszła bez żadnych niespodzianek ze strony nieprzyjaciela. Rozmieszczenie I baonu jak szkic nr 10. 1 kompania kpt. Pawłowskiego jako odwód w m. Turna, 2 kompania por. Olszaka lewa granica ujścia m. Muchawiec do kanału Muchawiec – prawa załamanie kanału Muchawiec na południe m. Podrzecze–Sieledówka [szkic nr 10]. Moja kompania – prawa granica ujścia rz. Muchawiec do kanału Muchawiec – lewa – jaz na kanale Muchawiec włącznie. Ubezpieczenia z mojej kompanii: jedna drużyna na placówce most na szosie Muchawiec, druga drużyna jako placówka w m. Żuchowce dozoruje drogę na m. Łuszczyki, Ostromecz Królewski i szosę na Kobryń, trzecia drużyna w m. Podberje62 dozoruje szosę Kobryń–Prużana. Punkty obserwacyjne: na placówkę Podberje – na dachu budynku jaz i na placówki: most na szosie i w m. Żuchowce – na dachu majątku Mielniki. Z punktów tych było widać placówki oraz ruch na szosie i bocznych drogach. 13 IX 1939 r. Rano zameldował mi się pchor. Demecki z workiem na plecach jako zdobyczą na placówce. Szosą jechało kilka wozów z rozbitkami, które przejrzał, i na jednym z nich znalazł przyniesiony worek z machorką, trochę zapałek i kilka książeczek bibułki. Ucieszyłem się tym bardzo, bo strzelcy od kilku dni palą zamiast tytoniu – nać kartofli. Podzieliłem to na kompanię i wypadło na każdego po paczce machorki, pół książeczki bibułki i po pudełku zapałek na czterech. Uciecha tego dnia była wielka i każdy z namaszczeniem zaciągał się machorką. Na twarzach zadowolenie wielkie – gęba roześmiana od ucha do ucha, a dym dochodził aż po sam pępek. Na jedzenie nie mogli narzekać, bo dowódcy kompanii otrzymywali zaliczki na zakup żywności, więc biło się prosiaki, robiło się wypiek chleba i zakupywało się inne produkty. Jedzenie było tłuste i pożywne. Podoficer kuchenny dokonywał uboju, robił wypiek u gospodarzy na wsi. Tego dnia pobrałem gażę u płatnika baonu, zaliczkę na zakup żywności i żołd dla kompanii. Na odcinku kompanii wydałem rozkaz przygotować (ogniska) stosy z suchych gałęzi na przedpolu każdej drużyny, które na wypadek pojawienia się nieprzyjaciela w nocy – podpalić i oświetlić przedpole. Z baonu podoficer gospodarczy pobrał benzynę i ze wsi zebrał sporą ilość butelek. Butelki zostały napełnione benzyną – do środka wsadzono knot i przydzielono po 10 na drużynę, które w razie pojawienia się czołgów npla należało podpalić i rzucić na czołg. Butelka przy zderzeniu się z masą czołgu rozbijała się, benzyna oblewała czołg i płomieniem zapalała go. Rozmieszczenie plutonów jak szkic nr 11. Ugrupowanie 83 pp w tym dniu 61  Główna Składnica Uzbrojenia Dęblin-Stawy. 62  Inna nazwa miejscowości: Podborze.

82

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

było następujące: 1 kompania ppor. [Kazimierza] Wagnera63 w m. Rykowicze – okrakiem do Muchawca i brodu. 2 kompania por. [rez. Józefa] Rybickiego w m. Czerwaczyce ubezpiecza kierunek od m. Żabinka. 3 kompania por. [Stanisława] Maksimowicza w m. Pajewszczyzna. 1 kompania ckm ppor. Sowińskiego64 i m.p. dowódcy baonu kpt. Ścisłowskiegow m. Perki65. Placówka kolarzy dywizyjnych na cmentarzu tuż przy szosie. Oddziały niemieckie są meldowane w m. Piotrowicze (wszystko jak szkic nr 12). Por. Kawa zdobył tego dnia motocykl. Wzięto jeńca – podoficera z 49 pac, przy którym znajdowały się rozkazy i instrukcje w mapniku. Podczas kontroli placówek nasłuchałem się od rozbitków i ludności cywilnej o wyposażeniu wojska niemieckiego, o broni pancernej, lotnictwie, o rozbiciu naszych miast i zniszczeniu naszej armii. Wieczorem przechodził przez prom braciszek zakonny i opowiadał, że oddziały niemieckiej broni pancernej buszują po szosie Włodawa–Brześć–Kowel. Na krzyżówce tych szos zostały zbombardowane nasze oddziały i ewakuująca się ludność cywilna. Leżą tam dymiące się stosy pojazdów i rozchodzi się swąd palących się ludzi. Wieczorem pojawiły się samoloty niemieckie – obrzuciły most kolejowy na Muchawcu koło m. Horodec. Na 100 zrzuconych bomb – ani jedna nie trafiła w most. 14 IX 1939 r. Przez 4 dni została zorganizowana na stanowiskach obronnych Dywizja „Kobryń”. Od tego dnia rozpoczęła się intensywna praca patroli na przedpolu i częstsze sprawdzanie stanowisk kompanii oraz placówek. Przed południem przyjechał na mój odcinek dowódca pułku, a po przejrzeniu stanowisk wytknął mi jedną uwagę co do umieszczenia jednego ckm. Nie chciałem sprzeczać się o ten metr czy 50 cm odległości od punktu taktycznie silnego. Według mego zdania ckm był dobrze zabudowany i całkowicie spełniał swoje zadanie, ale starszy zawsze musi mieć rację. Dzisiaj dowiedziałem się, że samodzielny baon 79 pp przyjechał ze Słonimia do m. Orańczyce, a następnie marszem drogami leśnymi dołączył do naszej dywizji. Do kompanii przyjąłem dwóch harcerzy z Poznańskiego, którzy pieszo dobrnęli aż w tę stronę, i przydzieliłem ich do taboru. Młodzi harcerze trzymali się dobrze, a odeszli dopiero w m. Włodawa, bo nie chciałem ich brać ze sobą – spodziewając się walk, i rozkaz był, aby ludność cywilna odłączyła się od wojska. 83 pp wysyła w tym dniu jeden pluton 1 kompanii do fw. Ateczyzna i Piotrowicze – z zadaniem wyparcia Niemców z tych miejscowości. Pluton ten jest jednocześnie osłoną wypadu baonu kpt. Bilewicza66 z 84 pp, który z flaszkami benzyny wszedł w lasy koło m. Żabinka. Przez całą noc trwała strzelanina. Tej nocy baon kpt. Samoszuka przechodzi na południe m. Kobryń i melduje się u mjr. [Józefa] Żeleskiego67, który został wyznaczony na dowódcę oddziału wydzielonego do m. Krzyżówka. Oddział ten został wysłany na rozkaz gen. Kleeberga, ponieważ w tym dniu broń pancerna niemiecka zaatakowała ośrodek zapasowy artylerii OK IX i całkowicie go zniszczono. Major Żeleski ze swym baonem (84 pp), baonem kpt. Samoszuka i kompanią saperów dywizji miał zadanie stworzyć redutę na krzyżówce, zamykając wszystkie drogi przez wykonanie zawał i stanowisk obronnych. W tym celu kompania por. [rez. Piotra] 63  Przed wojną dowódca plutonu w 82 pp. 64  Według innych źródeł, dowódcą kompanii ckm w batalionie kpt. Mariana Ścisłowskiego był ppor. Franciszek Magiera, oficer służby stałej 83 pp. 65  Według innych danych, batalion kpt. Ścisłowskiego nosił numer drugi, co oznacza również inną numerację kompanii (4–6). 66  Chodzi o kpt. Franciszka Bilczewskiego. 67  Dowódca 84 pp.

83

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

Jacuń­skiego (z baonu kpt. Samoszuka)68 z plut. saperów została przerzucona samochodami na krzyżówkę z zadaniem ubezpieczenia domarszu oddziału wydzielonego mjr. Żeleskiego. Samodzielny baon 79 pp zajął stanowiska obronne w rejonie m. Kamień Szlachecki (szkic nr 9) i nawiązał łączność z oddziałem ppłk. Gorzkowskiego. Na wszystkich drogach zostały wystawione zapory wojskowe i policyjne. Do zadania zapór wojskowych należało zbieranie ochotników do wojska, a zapory policyjne zawracały tych, którzy omijali zapory wojskowe i kierowali się na wschód. W m. Dywin powstała stacja zborna w miejscowym areszcie, w którym przyjmowano rozbitków, rozbrajano i odsyłano do uzupełnienia Dywizji „Kobryń”. 15 IX 1939 r. Tego dnia otrzymałem rozkaz spalenia mostu na szosie i zatopienia promu na rz. Muchawiec, ponieważ na przedpolu pojawiła się broń pancerna niemiecka. Koło południa rozpoczęła się wielka kanonada na linii moich placówek. Działka i broń maszynowa grały bez przerwy przez całą godzinę. Słysząc odgłos walki, sądziłem, że z obu moich placówek nie wyjdzie ani jeden żywy. Po zamilknięciu ognia nadleciał goniec z meldunkiem, że 4 wozy pancerne nadjechały szosą i otworzyły ogień na obie placówki. Placówki wbrew otrzymanemu rozkazowi rozpoczęły wycofywanie się. Ruch ten śledziłem ze swego punktu obserwacyjnego i włosy mi na głowie dęba stanęły, że wycofują się w terenie całkiem otwartym wśród takiego ognia. Cztery wozy pancerne jeździły sobie od m. Żuchowce do mostu spalonego, a następnie pojechały drogą Żuchowce–Ostromecz Królewski. Wsiadłem na rower i pedałuję w kierunku szosy. W zabudowaniach Dubryjanka69 spotkałem obie placówki. Pierwszym moim pytaniem było, ilu ludzi stracili. Odpowiedź była, że ani jednego. Zaciągnąłem obie placówki i wydałem kategoryczny rozkaz, aby siedzieli w swych lejach, w których broń pancerna nic im nie zrobi, a oni mogą skutecznie rzucać granaty pod gąsienice. Podczas walki na placówkach – nad stanowiskami mojej kompanii przeleciał samolot na niskim pułapie i skierował się na Planteczkę I (szkic nr 10), pod którą wystrzelił rakietę i do której skierowały się 4 wozy pancerne. Po powrocie z placówek wezwałem do siebie dowódcę I plutonu ppor. [rez. Tadeusza] Buykę i kazałem mu wybrać z plutonu 5 ludzi na ochotnika, którzy pójdą z nim na patrol. Ciekawy byłem, co znajduje się w Planteczce I, gdzie skierowały się 4 wozy i gdzie została wystrzelona rakieta. Po zgłoszeniu się ochotników, kazałem im zabrać tylko kb z amunicją pancerną i chlebaki z granatami i dałem zadanie rozpoznać m. Planteczka I. Patrolu nie krępowałem wyznaczeniem drogi dojścia, lecz dałem swobodę w poruszaniu. Patrol wrócił o godz. 17.00 i przyniósł kilka łusek od wystrzelonych rakiet oraz kilka świec samochodowych z opakowaniem papierowym. Od ludności cywilnej patrol dowiedział się, że w lasku koło wsi przez całą noc stało około 100 wozów. Dzisiaj rano żołnierze niemieccy: jedni golili się, drudzy grali w siatkówkę, inni samochodami po wsi wozili dzieci, dawali chłopom papierosy, a kilka wozów wyjechało sobie na drogi w różnych kierunkach. Po strzelaninie na szosie, którą słyszano we wsi, [nadjechały] 4 samochody, a za nimi nadleciał samolot. Załoga Planteczki I wystrzeliła rakiety i rozłożyła płachtę tożsamości. Samolot zatoczył koło, wystrzelił rakietę, obniżył się i zrzucił [meldunek]. Po przeczytaniu meldunku zapuszczono wszystkie maszyny i udano się, jak Niemcy mówili, do ludności na obiad do Strychowa. Czy było tyle wozów pancernych – trudno powiedzieć, dość że cały lasek był poorany gąsienicami, zaśmiecony papierami i puszkami od konserw. Wśród tego śmiecia ppor. 68  Potem adiutant baonu kpt. Samoszuka. 69  Inna nazwa miejscowości: Dobryjanowicze.

84

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

Buyko znalazł przyniesione łuski wystrzelonych rakiet i kilka świec z [etykietami] pisanymi w języku niemieckim. Złożyłem telefoniczny meldunek do dowódcy baonu, a pisemny z załączonymi łuskami i świecami – przesłałem przez gońca. Od południa było słychać ogień artylerii na szosie Kobryń–Brześć nad Bugiem. Niemcy uderzyli na cmentarz przy szosie Chwedkowicze – spędzili placówkę [kolarzy] dyw. – zajęli stanowiska i artylerią ostrzeliwują Ateczyznę (szkic nr 12). Pod naporem broni pancernej i ognia artylerii niemieckiej – kpt. Ścisłowski wycofuje się o godz. 16.30 na m. Perki–Suchowszczyzna. Niemcy zajmują opuszczone nasze stanowiska i ostrzeliwują artylerią przedmieście Kobrynia. Palą się zabudowania m. Perki i m. Piaski. Kpt. Ścisłowski odpływa ze swym baonem do m. Kisielowce (szkic nr 9). Kolarze dywizji rozpoznają po szosie Kobryń–Zaprudy (szkic nr 3), a konni m. Perki wzdłuż Muchawca. Wraca kpt. Bilczewski z wypadku, który przez walkę rozpoznał siły nplu, zamiar przeprawy przez Muchawiec z oddziałem: Baon bronią maszynową, kilka wozów pancernych i bateria 100 mm. Dowódca dywizji podporządkował baon kpt. Bilczewskiego dowódcy 83 pp płk. [Władysławowi] Sewerynowi do ubezpieczenia lewego skrzydła dywizji w rejonie i lasów Hajkówka na szosie Kobryń–Włodawa (szkic nr 9). Wyżej wspomniane oddziały pancerne niemieckie wdarły się na szosę Brześć n/Bugiem–Kobryń z rej. m. Żabinka po sforsowaniu brodu Chwedkowicze. W m. Perki natknęły się wozy pancerne na nasz ogień ckm i artylerii, tracąc 3 czołgi. Niemcy, widząc, że na tym kierunku nic nie wskórają – kierują się na m. Jahołki, lecz znowu otrzymują silny ogień ze skraju lasków m. Hajkówka z baonu kpt. Bilewicza70. O zmroku Niemcy wycofują się na całej linii w kierunku Brześć n/Bugiem. Noc przeszła spokojnie, tylko z kierunku m. Brześć n/Bugiem widać było łuny pożarów, które świadczyły, że tam znajduje się broń pancerna niemiecka na postoju. 16 IX 1939 r. Batalion kpt. Ścisłowskiego pod osłoną nocy przeszedł do odwodu do m. Kisie­ low­ce. Samodzielny baon 79 pp wpływa z Kamienia Szlacheckiego przez Kamień Królewski, a następnie przez Lipowo do m. Sławki na stanowiska obronne pomiędzy II/84 pp a II/83 pp. Ugrupowanie dywizji tego dnia wyglądało następująco (szkic nr 9): na kanale w m. Turna I/82 pp, oddziały dyspozycyjne dowódcy dywizji, kawaleria dywizyjna i artyleria mjr. [Stanisława] Olechowskiego (skład 1 bateria 100 mm haubic, 6 samodzielnych działonów, w tym 2 haubice 100 mm i 4 armaty 75 mm w rejonie m. Zalesie). I/83 pp broni zachodniego wylotu m. Kobryń od Muchawca – mostu kolejowego po obie Gubernie. W mieście urządzono barykady. Samodzielny baon 79 pp w m. Sławki. II/84 pp w m. Hajkówka ubezpiecza dywizję od południa. II/83 pp jako odwód dywizji w m. Kisielowce. Na krzyżówce II/82 pp + I/84 pp + kompania saperów dywizji. Na to ugrupowanie obronne rozwija się natarcie niemieckie o godz. 9.00 rano. Niemcy rozpoczęli rozwijać się na szosie Brześć n/Bugiem–Kobryń i na południe od niej. Odezwały się nasze ckm-y i artyleria. Niemcy zostali zatrzymani i rozpoczęli wycofywać się. Batalion II/84 pp z m. Hajkówka melduje, że słyszy warkot motorów i nadciągającą piechotę. Artyleria niemiecka rozpoczęła ostrzeliwać m. Kobryń i stanowiska obronne I/83 pp w rejonie fw. Gubernia. O godz. 12.00 ruszyło natarcie piechoty niemieckiej wsparte czołgami i silnym ogniem artylerii, lecz załamało się w ogniu naszej artylerii i piechoty. Niemcy wycofują się, pozostawiając na polu kilka rozbitych wozów pancernych, i rozpoczęli ostrzeliwać artylerią miasto Kobryń, które zaczęło 70  Chodzi o kpt. F. Bilczewskiego z 84 pp.

85

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

się palić. To samo było z obu folwarkami Gubernia. Po południu, po wprowadzeniu większych sił, rozpoczęło się natarcie na oba folwarki Gubernia, które zdobyto. Piechota nasza nie miała dostatecznego wsparcia artylerii, w dodatku 2 działka zostały rozbite, a [haubica] 100 mm uszkodzona i obsługa doszczętnie wybita. W natarciu tym [bombowce] niemieckie bombardowały nasze stanowiska, lecz [szkód] nie wyrządziły. O godz. 18.00 otrzymałem rozkaz od dowódcy [batalionu] ściągnąć swoje ubezpieczenia, opuścić stanowiska obronne, [jako] kompania przednia baonu maszerować polnymi drogami do szosy, a następnie od m. Kamień Królewski na m. Lipowo. Czułem, że sytuacja niewyraźna, bo przez cały dzień słyszałem ogień artylerii i broni maszynowej od strony Kobrynia. Wydałem rozkaz do opuszczenia stanowisk i wyznaczyłem miejsce zbiórki przy moim taborze w m. Turna. Por. Ruseckiemu wydałem rozkaz ściągnięcia ubezpieczeń, pobrania podwód w m. Jurna i jak najszybciej dogonić mnie na wyznaczonej trasie marszu. Po wyjściu z m. Turna maszerowałem ze szperaczami [na czele baonu]. Mjr Bandoła ponaglał do szybkiego marszu, żeby przypadkiem nas nie odcięto. Wchodząc na szosę, trafiliśmy na barykadę z samochodów ciężarowych, którą musieliśmy wyminąć polem. Szosą od Kobrynia wycofywali się cykliści. Artyleria prowadziła ogień ze stanowisk koło szosy. W mieście Kobryń łuny pożaru. Dookoła widać ruch odwrotowy na wszystkich drogach. Po stronie zachodniej Kobrynia rozgrywa się zacięta walka. II/84 pp z m. Hajkówka melduje, że Niemcy wprowadzili do walki nowych 90 czołgów i ponad 200 samochodów bojowych. O godz. 16.00 na całym odcinku rozpoczęło się natarcie. Dlatego dowódca dywizji, obawiając się odcięcia I/82 pp, wydał rozkaz spłynięcia na południe. II/84 pp i II/83 pp otrzymały rozkaz uderzenia na npla od południa wzdłuż kanału Królowej Bony i okrakiem szosą Włodawa–Kobryń. Samodzielny baon 79 pp pozostał w odwodzie do wsparcia obu baonów. Całością natarcia dowodził ppłk Seweryn. Z chwilą ruszenia tego natarcia załoga Kobrynia otrzymała rozkaz uderzenia z miasta. To natarcie miało być generalną próbą zmuszającą Niemców do wycofania się z pola walki. O godz. 17.00 ruszyło natarcie z patriotycznym okrzykiem na ustach: „Niech żyje Polska!”. Zatrajkotały karabiny maszynowe i zahuczały nasze skromne działka – przy akompaniamencie których rwie się do przodu z bagnetem na karabinie nasz piechur. Samoupór, odwaga i okrzyk: „Niech żyje Polska” – czynią z naszego żołnierza bohatera, przed którym ustąpiły niemieckie pancerze. Cel natarcia został osiągnięty – Niemcy opuścili pole walki, prócz folwarku Gubernia I, w którym bronili się do późnej nocy. Słońce zaczęło zachodzić, rzucając swe ostatnie promienie na ziemię. Zmrok połączony z mgłą opadał na błota kobryńskie, poprzez które widać było czerwieniące się jak krew łuny pożarów miasta i daleko na zachodzie płonące stogi siana. Wśród tej czerwieni na zachodzie widoczne były dziesiątki rakiet oświetlających przedpole i kołyszących się na spadochronach. Niemcy po nieudanej walce mieli wielkiego pietra, aby przypadkiem nasze oddziały nie sprawiły im manta na postoju, toteż dzisiaj jak nigdy urządzili wielką iluminację na swym przedpolu. Z rejonu Błoty Wielkie, [gdzie] odpoczywałem ze swą kompanią, obserwowałem zachód słońca, wsłuchiwałem się w odgłos dogorywającej walki i śledziłem za iluminacją przedpola Kobrynia. Późnym wieczorem dołączył do kompanii por. Rusecki ze ściągniętymi placówkami. Biedak miał dużo kłopotu z podwodami, ponieważ chłopi po opuszczeniu wsi przez nasze wojsko i na skutek walk w Kobryniu pochowali się z końmi w pobliskich lasach. Z wielkim trudem zdobył dwie podwody, na których złożono rynsztunek. Ściąganie placówek z przedpola trwało dość długo, toteż przez całą drogę podpędzano koniki, a żoł-

86

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

nierze biegli za wozami, aby dopędzić batalion. Wszyscy przyszli zziajani i mokrzy od potu. Baon do samego świtu przesiedział w lesie. W tym momencie, gdy Niemcy stracili panowanie na przedpolu, a nasz żołnierz opanował przedpole walki – nadjechał oficer łącznikowy od gen. Kleeberga z rozkazem spływania na południe od bagien rz. Prypeci. Przez noc do świtu nadchodzili żołnierze grupkami z przedpola Kobrynia, które tak krwawo zdobyli. Kpt. Ścisłowski otrzymał rozkaz oderwania się nocą i spłynięcia do m. Nowosiółki, a kpt. Sroczyński do m. Błoty Wielkie. KD wycofała się traktem do m. Dywin. (szkic nr 13). Przez całą noc nie mogłem zasnąć mimo zmęczenia, gdyż przed oczyma stał obraz pola walki Kobrynia i w dodatku cały czas padał drobny deszcz. Do głowy cisnęły się różne wiadomości zasięgnięte za dnia, jak np. podobno był telefon z m. Prużana, że do naszej grupy ma dołączyć jakaś grupa „Narew”. Jak okazało się później, były to jakieś oddziały, które szukały drogi do przebicia się na południe. Zaczęto przebąkiwać, że Rosja wypowiedziała nam wojnę itp. Co do tego ostatniego, to się sprawdziło. Do rana panował gwar w lesie. Strzelcy z pułków szukali swych oddziałów i opowiadali swoje wrażenia z pola walki. 17 IX 1939 r. Na skutek otrzymanego telegramu z Berezy Kartuskiej o przekroczeniu naszych granic przez wojska sowieckie, w dniu dzisiejszym była możliwość zetknięcia się z nimi. Dywizja otrzymuje rozkaz przejść do lasów m. Dywin i zamknąć drogi pomiędzy mostem kolejowym Brześć n/B.–Kowel i Kanałem Orzechowskim. Jest to jednocześnie ubezpieczenie gros sił gen. Kleeberga od strony zachodniej ponieważ opuszcza m. Pińsk i przechodzi do rejonu Lubieszów. Do osiągnięcia rejonu prowadziły dwie drogi: a) Kobryń– Nowosiółki i b) Kamień Szlachecki–Lipowo. Pierwszą drogą maszerował 82 i 83 pp, a drugą ze Sławek 79 pp II/84 pp z Hajkówki maszerował szosą na Kowel przez Krymno, m. Mokrany z zadaniem zamknięcia dróg wiodących do Brześcia. Samodzielny baon 79 pp otrzymał zadanie zamknięcia drogi z lasów m. Dywin prowadzące na rz. Prypeć. 82 pp miał (I/82 pp) zamknąć drogi w m. Nowosiółki na południu i zachód. W m. Dywin, m.p. dowódcy dywizji, oddziały dyspozycyjne, a KD pomaszerowało przez Płoskę i Chobowicze do m. Lelików. Artyleria została rozparcelowana do oddziałów piechoty (szkic nr 13). Na skutek tego rozkazu I/82 pp ruszył do m. Nowosiółki. Droga uciążliwa – początkowo przebiegała w terenie bagnistym, a następnie poprzez piaski. W jednej wsi dowiedziałem się od ludności, że bolszewicy przekroczyli nasze granice. W godzinach popołudniowych dobrnąłem do m. Nowosiółki jako pierwszy. Kompanie I/82 pp maszerowały drogami wg rozeznania dowódców kompanii – ze względu na jakość dróg. W m. Nowosiółki pop powtórzył mi słyszany komunikat radiowy o przekroczeniu naszych granic przez wojska sowieckie. W tutejszej szkole znajdowało się dużo uchodźców, a wśród nich ujrzałem żonę kpt. Piwowara – z naszego pułku. Wieś była cała skomunizowana i złowrogo nastawiona tak do wojska, jak i do ludności cywilnej. Zatrzymałem kompanię koło cerkwi na odpoczynek, a ja uciąłem sobie pogawędkę z uciekinierami. Po upływie pół godziny nadjechał mjr Bandoła i wydał następujący rozkaz – po dołączeniu powstałych kompanii batalion zamknie wszystkie drogi wiodące z południa i zachodu. W tym celu kompanie zajmują stanowiska obronne (jak szkic nr 14). Do wieczora wykopać doły przeciwpancerne, zbudować barykady i wnęki strzeleckie. Ja na swym odcinku po przestudiowaniu terenu wydałem [rozkaz] zajęcia stanowisk obronnych i wykopania na nich tylko wnęków strzeleckich. Do kopania rowów przeciwko broni pancernej i budowania barykad zwerbowałem ludność cywilną. Barykady kazałem zrobić ze starych wozów, bron i pługów. Do północy chodziłem po stanowiskach

87

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

plutonów, a następnie ułożyłem się do snu pod stogiem siana. Dowódca 82 pp miał swoje m.p. w m. Jagminowo + kpt. Sroczyński + II/84 pp. W m. Doropiejewicze71 [było] m.p. kpt. Ścisłowskiego. Niemcy tego dnia, po naszym spływaniu na południe, weszli do m. Kobryń w godzinach południowych, a na m. Horodec wysłali tylko rozpoznanie. W mieście powiewały chorągwie – jedna ze swastyką, a druga sowiecka. Niemcy dostarczyli komunistom broń, aby ci tworzyli oddziały dywersyjne na naszych tyłach. 18 IX 1939 r. Cały dzień spędziłem na kontrolowaniu plutonów, placówek, osobistym zetknięciu się z sąsiadującymi dowódcami kompanii, uzgadniając z nimi powiązanie ogni na przedpolu i zapoznając się z miejscami, w których były ich placówki. O nplu nie było nic słychać. Ludność cywilna, która przesiąkała tutaj z zachodu, opowiadała, że oddziały niemieckie odpoczywają po wsiach, wystawiając na drogach ubezpieczenia, i nie prowadzą żadnych działań. Podczas sprawdzania obiadu przy kotle zetknąłem się z inżynierem, który zawędrował tutaj z Kutna i zaczął mi opowiadać swoje perypetie. Dziesięć kilometrów przed Nowosiółkami dojechał własnym wozem, lecz na skutek braku paliwa zmuszony był pozostawić limuzynę w stodole u chłopa i dalszą drogę odbyć na wózku poleskim. Narzekał na obecne pomieszczenie, gdzie nie można było ani wykąpać dziecka, ani też utrzymać czystości. Muchy, komary, pluskwy i pchły nie pozwalały na spokojne przespanie nocy. Ludność miejscowa jest wrogo nastawiona do uciekinierów i odgraża się, że po odejściu wojska oraz policji dobierze się im do skór. Nie ma innej rady, jak tylko jechać za wami, bo inaczej to grozi nam śmierć. Przyznałem mu rację i poradziłem, aby już wynajął furmankę i pojechał dalej na południe, bo jak my będziemy opuszczali Nowosiółki, to za żadne pieniądze nie wynajmie furmanki. Usłuchał mej rady i jeszcze tegoż dnia odjechał do m. Włodawa. W tym dniu dowódca dywizji wysłał 3 patrole na rozpoznanie: a) patrol oficerski nr 1 (konny) ppor. [Eugeniusza] Ukryna72 na kierunek Brześć n/B., b) patrol oficerski nr 2 (konny) ppor. Olesińskiego73 na kierunek Kobryń, c) patrol oficerski nr 3 (konny) ppor. [Władysława] Włodarza na kierunek Kamień Szlachecki. Wieczorem zaczęły krążyć pogłoski przynoszone przez ludność cywilną od strony Kowla, że płk [dypl. Leon] Koc rozpuścił swoje oddziały, że każdy żołnierz otrzymał po 100 zł i mógł wrócić do swego domu. Dowódca dywizji dla sprawdzenia tych pogłosek wysłał samochodem oficera, który do Kowla nie dojechał, bo w lesie został ostrzelany, auto uszkodzone, a oficerowi przestrzelono mosznę. Batalion kpt. Ścisłowskiego odmaszerował do m. Ratno przez Mokrany. Mimo tylu najrozmaitszych pogłosek żołnierze nie stracili ducha i sumiennie pełnili swoje obowiązki. Noc dzisiejszą przespałem pod stogiem siana, mimo chłodu lepiej tu niż w wiejskiej chacie wśród panującego smrodu i robactwa. 19 IX 1939 r. W rejonie Nowosiółki panuje spokój i nie słychać o żadnych działaniach tak ze strony niemieckiej, jak i sowieckiej. Wyjechałem daleko na przedpole poza linię placówek. Ludność spokojnie pracuje w polu – tak jakby nic się nie działo. Po powrocie do71  Doropiejewicze znajdowały się w ówczesnej gm. Nowosiółki, w pow. kobryńskim. W oryginale autor wymienia Doropiejewo, położone było w pow. kowelskim. 72  Oficer łącznikowy 82 pp, przed wojną dowódca plutonu w tym pułku. 73  Prawdopodobnie chodzi o ppor. Stanisława Oleńskiego.

88

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

wiaduję się, że patrole oficerskie, które wczoraj były wysłane na przedpole – zawróciły, lecz z patrolu nr 3 nie wrócił ppor. Włodarz. Patrol ten, podjeżdżając pod m. Kamień Szlachecki, otrzymał ogień broni maszynowej ze wsi. Patrol zawrócił do lasu, lecz złowroga kula dosięgła ppor. Włodarza, który resztkami sił trzymał się szyi konia, gdy jego siły opadły z nadmiernego upływu krwi – spadł z konia. Sprawcami śmierci ppor. Włodarza byli miejscowi chłopi, którzy przedwczoraj jeszcze nas przyjmowali, a dziś stali się naszymi wrogami. Wieczorem przyszedł rozkaz do opuszczenia stanowisk i maszerowania na kierunek m. Ratno. Trasa marszu prowadziła przez m. Bielsk–Dywin (szkice 13 i 14). Noc była ciemna, a droga bardzo piaszczysta. Przez m. Dywin przemaszerowaliśmy o godz. 22.00, w którym roiło się od wojska. Ulice zapchane wojskiem i taborem czekającym na swoją kolejkę przemarszu. Żandarmeria reguluje przemarsz przez miasteczko. Jestem zmęczony i mam gorączkę, toteż proszę por. Ruseckiego o prowadzenie kompanii, a sam idę do swego taboru na wóz. Marsz trwał przez całą noc. W tym dniu batalion kpt. Ścisłowskiego znajdował się już na stanowiskach obronnych w m. Ratno. 20 IX 1939 r. Wczesnym świtem zszedłem z wozu i udałem się do kompanii zmienić por. Ruseckiego. Poranek mglisty, rosa i zimno. Przyjechał do mnie mjr Bandoła i idziemy drogą razem ze szperaczami. Trudno maszerować w takim terenie, posługując się tylko mapą kolejową, którą wydarłem w domu (Brześć n/B.) z rozkładu jazdy pociągami. Przed południem natknęliśmy się w dolinie na drodze piaszczystej koło gajówki na podziurawioną kulami limuzynę. Domyśliliśmy się, że była to limuzyna wysłana z oficerem do m. Kowel, który został tutaj ostrzelany i ranny. W gajówce nie było nikogo, więc nie mogliśmy się dowiedzieć szczegółów. Po dziesięciominutowym marszu od tego miejsca spotkaliśmy cywila, który jak się okazało po wylegitymowaniu, był sekretarzem wojewody brzeskiego. Mimo wszystko dla pewności przeszukaliśmy jego kieszenie, w których miał dwa pistolety, toteż odesłaliśmy go z 2 strzelcami do dowódcy pułku. W samo południe osiągnęliśmy bagna Prypeci i otrzymaliśmy rozkaz zatrzymać się w lesie. Dowódca baonu poszedł na odprawę, a gdy powrócił, otrzymaliśmy rozkazy do zajęcia stanowisk obronnych (jak szkic nr 15). Jaki był cel zajęcia stanowisk, nie powiedziano, tylko był rozkaz, aby otwierać ogień, gdy nadejdą bolszewicy i nas ostrzelają – a jeżeli nie będą strzelali, my mamy siedzieć spokojnie. Na tych stanowiskach batalion przesiedział do zmierzchu. Zajęcie stanowisk odbyło się w szybkim tempie i z dość dużej odległości, toteż taborowi kazałem pozostać na miejscu. Po zajęciu stanowisk wsiadłem na konia, aby ściągnąć tabor z kuchnią i nakarmić wojsko. Taboru na poprzednim miejscu nie znalazłem, bo wszystkich odesłano do tyłu, ale po dłuższych poszukiwaniach odnalazłem, podciągnąłem pod stanowiska i wydałem obiad. O godzinie 16.00 nadszedł rozkaz, aby niepotrzebny sprzęt i broń zakopać w lesie, a przez to uzyska się odciążenie w taborze, bo przed sobą będziemy mieli drogi piaszczyste (szkic nr 14). Na wozach przewożono niepotrzebne drelichy, karabiny francuskie, zbędne łopatki, kilofy itp. O tak, teraz słyszało się, że my pomaszerujemy do granic Rumunii, więc po co to wszystko wozić i mordować konie. Połowa balastu znikła z wozów i została zakopana w lesie. W kompanii miałem trochę żołnierzy – Białorusinów i Ukraińców, którzy trzymali się kupkami, coś radzili, a nocami podczas marszu ulatniali się bezpowrotnie. Przejrzałem sobie ewidencję, wynotowałem 40 chłopa, którzy pochodzili z terenów wschodnich, a reszta kompanii z Poznańskiego i Pomorza. Dowódcom plutonów kazałem przysłać tych ludzi, których zebrałem w stodole, odebrałem broń, amunicję i rynsztunek. Koło stodoły wysta-

89

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

wiłem posterunek, aby nikogo nie wypuszczono. Wieczorem był spodziewany odmarsz, więc powiedziałem tym ludziom, że jak nasze wojsko przejdzie, mogą sobie iść, gdzie chcą. O godzinie 21.00 baon rusza do marszu, a moja kompania jako przednia baonu. Wartownik opuścił wartę przy stodole i w ten sposób pozbyłem się niepewnego elementu, a po drogach spotykało się żołnierzy z Poznańskiego i Pomorza, którzy chętnie szli na uzupełnienia, bo nie wiedzieli, co dalej mają robić. Znaleźli się teraz jakby w worku zamkniętym przez wojska rosyjskie od wschodu i niemieckie od zachodu. Element ten był pewny, patriotycznie nastawiony, a broń i rynsztunek miałem, więc braki szybko uzupełniłem. Maszerowaliśmy na kierunek m. Ratno drogą brukowaną, od czasu do czasu udekorowaną sterczącymi białymi kominkami, po zbombardowaniu pojedynczych zabudowań. O godz. 2.30 dobrnęliśmy do m. Ratno i tu czekaliśmy przeszło dwie godziny, ponieważ na szosie powstał korek. Z kierunku Kowla maszerowały kolumny wozów na kierunek Brześć i Kobryń, tarasując całą szosę. [Kompanie] włożyły dużo pracy, ale wreszcie korek został usunięty i powstała wolna droga dla naszych oddziałów. Oddziały policji zostały skierowane na m. Dywin, a rozpuszczone wojsko z Kowla do m. Kortelisy. Ludność cywilną zepchnięto na pola, względnie na boczne drogi. Ci ostatni przeszli ciężkie chwile życia, ponieważ w pierwszych dniach walk uciekali na wschód, a obecnie uciekają przed bolszewikami na zachód. Wśród ludności wielkie rozczarowanie z powodu udania się nowego rządu do Rumunii i kierowania naszych wojsk na Rumunię i Węgry. Mówiono o zdradzie naszych dowódców, o hańbie garnizonu kowelskiego, który bez oddania jednego strzału oddał miasto bolszewikom i sam się im poddał. Pomimo tych dziwnych opowiadań [żołnierz] gen. Kleeberga nie załamał się i szedł dalej z myślą o zwycięstwie. W Ratnie miałem okazję zafasować sobie kuchnię z końmi, ponieważ moja była starego typu i starym gruchotem. Po godz. 24.00 dywizja mogła już kontynuować swój marsz na południe. Początkowo jechaliśmy szosą, a następnie skierowaliśmy się na boczną drogę w lasy. Gorączka dokucza mi, toteż proszę por. Ruseckiego o prowadzenie kompanii, a sam jadę na wozie przykryty sianem i kocami. Nad świtem przebudziłem się na odgłos strzelaniny leśnej. Jak się okazało, to jakiś cywil strzelał do naszej kolumny, którego schwytano, na miejscu osądzono i rozstrzelano. W pobliżu gajówki odległej o 2 kilometry od m. Piaseczno dywizja zatrzymała się celem wydania śniadania i zaczerpnięcia oddechu po całonocnym marszu. Przy wydawaniu śniadania stwierdziłem, że stara kuchnia podczas nocnego marszu odczepiła się od jaszcza i pozostała gdzieś na drodze. Zadowolony byłem poniekąd, bo po co ciągnąć ten stary grat, więc kazałem jaszcz pozostawić, a konie przydzielić do wozów taborowych, aby ulżyć wymęczonym konikom (szkic nr 15). Po godzinnym postoju dywizja rusza. Muszę dodać, że w m. Ratno dołączył do dywizji mjr Żeleski z dwoma baonami z Krzyżówki, a po przejściu dywizji dołączył kpt. Sroczyński jako ubezpieczenie dywizji w m. Ratno. KD znajdowała się na ubezpieczeniu dywizji od strony Kowla w m. Bucyń. 21 IX 1939 r. Dalszy marsz dywizji ubezpieczał w straży przedniej 83 pp, a w siłach głównych szły 82 i 84 pp. Dochodząc do wsi Piaseczno, straż przednia otrzymała ogień z broni maszynowej ze wsi i na skutek tego rozwija się do natarcia. Na odgłos walki nadleciała nasza KD od strony szosy – groblą. Natarcie ruszyło na całego, toteż od pocisków zapalających zajęła się wieś, a ludność zaczęła uciekać do pobliskiego lasu na zachód od wsi. Jak się okazało, to mieliśmy już pierwsze zetknięcie się ze zorganizowaną bandą ukraińską. Po przejściu natarcia przez wieś, ruszyły siły główne. Widok był okropny. Wieś doszczętnie spalona. Na podwórkach i w rowach przydrożnych leżą popalone świnie i bydło. Widziałem, jak osma-

90

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

lona świnia z pękniętym brzuchem ciągnęła za sobą wnętrzności. W jednym miejscu wyglądały ze zgliszczy popiołów osmalone buty żołnierskie z kośćmi goleniowymi. Dalej na drodze stała para staruszków rzewnie płacząca i błagająca o pomoc. Staruszka pokazywała głowę swego męża podobną do wielkiej dyni i trzymała go pod rękę. Owa głowa nie wskazywała śladu twarzy ani nie posiadała włosów. Od silnego opalenia stała się żółta jak wosk i cała wzdęta jak balonik. Co się stało z owym staruszkiem, nie wiem. Jestem pewny, że tego bólu biedak nie przetrzymał, ale nie było czasu litować się, ponieważ kolumna maszerowała. Po przejściu wsi zatrzymaliśmy się celem wydania obiadu i zaopatrzenia się w mięso, bo świń leżała moc, tylko brać je na wozy. Na uboczu wsi pod laskiem znajdowało się kilka zabudowań naszych osadników, którzy uprosili dowódcę dywizji, aby pozwolił im jechać za wojskiem, bo gdyby pozostali na miejscu, czekała ich niechybna śmierć. Osadnicy szybko załadowali swoje wozy najniezbędniejszymi rzeczami i żywnością, a resztę kazali zabierać wojsku, np. świnie, bydło, groch, kaszę, owies, mąkę itp. Używaliśmy sobie na postoju, smażąc kury, kurczaki, gęsi, szynkę i moc miodu. Osadnicy opowiadali, że wczorajszego dnia przyszła tu uzbrojona banda, weszła do sołtysa osadnika, który słuchał komunikatu radiowego, i zabili go na miejscu, nie podając powodu. Ciało zabitego sołtysa pochowali sąsiedzi pod oknem mieszkania (widziałem tę mogiłę). W tej wsi zaobserwowałem ciekawy obraz mentalności niewiasty Ukrainki. Jeden z żołnierzy naszych zauważył wałęsającego się konia na łące, którego złapał i przyprowadził do swego wozu taborowego. Po kilku minutach przybiegła młoda niewiasta z wielkim lamentem, że zabrano jej konia. Ile łez wylała ta kobieta, ile się namodliła i zaklinała na różne świętości, żeby tylko zwrócić jej konia, który dla niej w życiu jest prawą ręką. Żołnierz zwrócił jej konia, a kobieta z tego powodu była tak uradowana, jakby skarby nieba posiadała. Prowadząc swego konika, wskazała nam ręką na dwa męskie trupy leżące na polu tuż przy drodze. „Panoczku, zdieś mój dzied i muż ubityje”. Po tych słowach poszła dalej i nie padła już ani jedna łza, ani jedno słowo modlitwy na widok zabitego ojca i męża. Po całej wsi i na polach leżały chłopskie trupy, a przy nich broń, którą strzelali, i przy boku przypięta czerwona kokardka. Osadnicy dołączyli do nas ze swym dobytkiem, ruszyliśmy dalej na południe. W dalszym marszu przechodziliśmy przez spaloną wieś Brunetówka, w której nasza KD stoczyła walki z bandami Ukraińców. Koło traktu leżą trupy z bronią i czerwonymi kokardkami, a wśród nich Żyd ubrany w czerwoną rubaszkę z czerwoną gwiazdą na czapce. Przechodziliśmy koło tych truposzów bez żadnego wrażenia, bo wiedzieliśmy, co oni robili i że spotkała ich zasłużona kara. Za wszystko, co nasze państwo dawało Ukraińcom, teraz odwdzięczają się naszemu żołnierzowi i podstępnie wbijają mu nóż w plecy. O zmierzchu doszliśmy do m. Wyżwa Nowa (przez m. Borzowa). Miasteczko puste. W domu ani jednej osoby. Stodoły, chlewy i mieszkania pozamykane. Ludność słyszała już o Piasecznie i Brunetówce, toteż mając nieczyste sumienie, pochowała się w pobliskim lesie. Wielkie było dla nich zdziwienie, ponieważ zamiast wyczekiwanych wojsk sowieckich, dla których była zbudowana brama tryumfalna udekorowana zielenią i czerwonymi flagami, przybyło wojsko polskie. Nie było innej rady, jak wyważać drzwi i ułożyć się do snu. Utkwił mi jeden obrazek, który widziałem pomiędzy m. Brunetówką a Borzową. Por. Olszak zabrał jakiemuś taborycie dwie skrzynie z konserwami. Nie wiem, do kogo one należały, dość że po przyjściu do m. Wyżwa Nowa rozpoczęło się śledztwo w tej sprawie. Ściągnięto kilku oficerów do konfrontacji, ale woźnica nie mógł rozpoznać, względnie nie chciał. Widziałem, kto był sprawcą tego, lecz nie w mojej naturze było donosicielstwo i pchać kolegę pod sąd polowy

91

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

za dwie skrzynki konserw. Zamiast położyć się wcześniej do snu, straciłem kilka godzin przy głupich badaniach o kradzieży konserw. 22 IX 1939 r. O świcie zostałem zbudzony i doręczono mi rozkaz dowódcy dywizji, który należało natychmiast wykonać. Rozkaz ten jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności zaginął mi w trzecim roku niewoli. Wszystkie rozkazy i notatki przechowywałem w sienniku, ponieważ gestapo często urządzało rewizje. W rozkazie tym były poruszone następujące sprawy: a) zmniejszenie taboru do 50% przez zamianę wozów jednokonnych na parokonne celem skrócenia kolumny taborowej, b) do wozów mają być zaprzężone tylko dwa konie, a reszta odesłana do punktu zbornego, c) zmniejszyć obciążenie wozów przez zakopanie niepotrzebnego sprzętu, d) zwolnić mniejszość narodową z pododdziałów, wysyłając ich do lekarza, który będzie wydawał zaświadczenia stwierdzające „Niezdolność do wykonania rozkazu”, e) wprowadzić dyscyplinę w pododdziałach i dbać o [wygląd zewnętrzny] żołnierza, f) wprowadzić z dniem dzisiejszym odmawianie modlitwy porannej i wieczornej oraz odśpiewywać „Boże, coś Polskę”, g) pochwała dowódcy dywizji za dzielną postawę żołnierską wobec demoralizacji, którą wokół widzieli na własne oczy, h) wojsko nasze maszeruje z odsieczą oblężonej Warszawie. Rozkaz ten miał być przeczytany przed frontem wszystkich pododdziałów. Postąpiłem, jak rozkaz nakazywał, tj. zarządziłem zbiórkę kompanii, odmówiliśmy modlitwę, odśpiewaliśmy „Boże, coś Polskę” i odczytałem rozkaz. Żołnierzy do zwolnienia nie miałem, gdyż uskuteczniłem to na własną rękę. Przy likwidowaniu taboru byłem osobiście, znalazłem 3 wozy parokonne, a poleskie wózki pozostawiłem (6 wózków). Niepotrzebny sprzęt kazałem zakopać i tabor teraz składał się z: 1 kuchnia (4 konie), wóz przykuchenny (2 konie), wóz amunicyjny (2 konie) i wóz podręczny (2 konie – dla podwożenia rynsztunku oraz żołnierzy z silnie otartymi nogami) i koń wierzchowy dla mnie, którego dopiero teraz otrzymałem. Do dnia dzisiejszego posługiwałem się własnym rowerem, względnie maszerowałem pieszo. Cztery pozostałe konie odesłałem na punkt zborny. Ta organizacja zajęła mi czas do południa. W miasteczku wszystkie ulice i ogrody były wypełnione gęstą masą wojska i taborów. Tak małe miasteczko nie było w stanie pomieścić całej dywizji. Po południu ukazały się nad miasteczkiem 2 sowieckie samoloty, które zatoczyły kilka kół i odleciały. W miasteczku powstał popłoch, wrzało od gwaru i nawoływań. Przystąpiono do maskowania taboru, a żołnierze chowali się do zabudowań. Wielkie szczęście od Boga, że samoloty nie zrzuciły bomb, bo zrobiłyby z nas masę mięsa. Zaraz po odlocie samolotu nadszedł rozkaz do wystawienia ubezpieczenia. Batalion mjr. Bandoły (I/82 pp) został wysłany na czatę do m. Borzowa z zadaniem zamknięcia drogi do m. Czeremszanka dozorować linię kolejową do m. Kowel. Ugrupowanie batalionu przedstawiało się następująco: 3 kompania (moja) zamknąć drogę do m. Czeremszanka i wystawić czujkę podoficerską w lasku przy drodze. 2 kompania por. Olszaka – zamknąć kierunek od strony Kowla na torze kolejowym i wystawić placówkę w lasku przy torze. 1 kompania kpt. Pawłowskiego jako odwód, wystawi 2 czujki podoficerskie w laskach – jedną w prawo na drodze, drugą w lewo i zamknąć bronią maszynową w prawo do lasku do m. Wyżwa Nowa, tor kolejowy i cypel lasku. (szkic nr 16)

92

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

Było to ugrupowanie jeżowe – ubezpieczające dywizję od Kowla, a batalion ze wszystkich stron, mające na uwadze dywersję band i noc. Do zapadnięcia zmroku skończyłem pracę przy rozmieszczaniu plutonów, broni maszynowej, placówki, czujek i wysłałem patrole, które stale krążyły na przedpolu kompanii. Moje m.p. było w folwarku u rządcy majątku, który cieszył się dobrą opinią u okolicznej ludności i gdy była tu banda, chciała go powiesić, lecz ludność tutejsza nie pozwoliła. Był to inteligentny człowiek, wyglądu starego, wąsatego szlachcica, wesoły i gadatliwy. Żoną była szczupła, siwiutka i bardzo miła niewiasta. Przyjęto mnie gościnnie i co mieli najlepszego – znalazło się na stole. Odczuwali brak palenia, które ja miałem i przez to sprawiłem im wielką uciechę. Na drogę dali mi kilka ugotowanych jaj, bochenek białego chleba i dość duży woreczek z suszonymi gruszkami i śliwkami. Przyjemnie gawędziło się do północy i przed pójściem spać wyszedłem na drogę, ponieważ w tym czasie moi żołnierze rozmawiali z plutonem konnym. Dowódcą patrolu był plutonowy, a po wylegitymowaniu okazało się, że to wracał patrol śp. ppor. Włodarza, który zginął w Kamieniu Szlacheckim. (szkic nr 17) Plutonowy opowiedział mi szczegóły i pokazał konia, który był pokryty skrzepłą krwią śp. kolegi. Była już późna pora, toteż poszedłem do mieszkania i położyłem się w ubraniu na sienniku, gdyż w każdej chwili mogła wpaść banda ukraińska. Noc przeszła spokojnie. Tego dnia prócz naszego baonu w godzinach popołudniowych 83 pp odszedł również na czatę i miasteczko przerzedziło się. 24 IX 1939 r. O godzinie 7.00 rano przyszedł rozkaz do opuszczenia stanowisk i maszerowania na kierunku m. Krymno przez Wyżwę Nową–Smolary. Jako ubezpieczenie dywizji została wysłana KD, która w m. Smolary została ostrzelana przez dywersantów ukraińskich. Kawaleria wykonała szarżę na szkołę, w której banda osaczyła patrol konny ppor. Zatorskiego74. W szarży tej zginął z naszej strony instruktor rolny [na powiat] Kobryń – Mich, a trupa wrzucono pod most. Schwytano trzech chłopów – reszta zniknęła w lesie. Do naszej kolumny dołączył tabor uciekinierów znajdujących się w m. Smolary, ponieważ po naszym przemarszu obawiali się zemsty chłopstwa. Późnym wieczorem dotarliśmy do m. Krymno na nocleg. W drodze mijał nas jakiś tabor kawalerii, przy każdym wozie były przywiązanych po 2–3 konie luzem. Tabor był lekki, a na wozach drabiniastych mieli trochę siana i po dwie skrzynie z żywnością, toteż mogli jechać kłusem. Nasi piechurzy zazdrościli ułanom, którzy nie potrzebowali maszerować tak, jak oni. Z tego powodu zaczęto docinać słówkami w żartobliwej formie. Ułani na to rzucali im z wozów chleb i papierosy ze swych skrzyń. Przy jednym z wozów padł koń, którego odwiązano i pozostawiono na drodze. Zatrzymałem się nad wynędzniałym biedakiem, który szybko robił bokami, urwałem trochę trawy, powąchał i zaczął jeść. Powtórzyłem to kilka razy, poklepałem, wziąłem za uzdę i cmokając, zmusiłem go do powstania. Biedaczysko podniósł się, ale wyglądał jak szkielet. Mimo wszystko zabrałem go ze sobą. Po przyjściu do m. Krymno zająłem się najpierw zakwaterowaniem kompanii, dopilnowałem wydania kolacji, a następnie poszedłem pod stóg siana, przy którym mój koń już się opychał. O godz. 23.00, gdy koń najadł się siana, dałem mu trochę wody, a następnie owsa i położyłem się obok niego przy stogu. Noc była chłodna, ale zmęczony całodziennym marszem szybko zasnąłem. 24 IX 1939 r. O godz. 5.00 rano otrzymałem rozkaz przygotowania kompanii do odmarszu na godz. 8.00. Przed samym odmarszem przejeżdżało koło mnie kilkanaście wozów ułańskich 74  Prawdopodobnie chodzi o ppor. Zaturskiego z Kawalerii Dywizyjnej.

93

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

z uprzężą, od których dostałem uzdę i siodło. Koń mój po przespanej nocy wypoczął i odżywił się, toteż założyłem na niego siodło i nową uzdę. Podobała mi się jego sylwetka, chociaż był chudy, a w drodze pytano mi się, skąd zdobyłem tego araba. Koń ten, jak się okazało, był ujeżdżony i nie istniały dla niego przeszkody, tak pięknie brał, a w kłusie i galopie był wspaniały. Przywiązałem się do swego rumaka i dogadzałem mu jak „ksiądz Magdzie”, a on chodził za mną jak pies z wodzami zarzuconymi na siodło. Kolumna do odmarszu formowała się godzinę czasu, a przy wylocie wsi stała komisja badająca wielkość taborów kompanijnych i ilość koni. Kto miał więcej jak 4 wozy w kompanii – zabierano. Do wozu mogły być zaprzężone tylko 2 konie – resztę również zabierano. Po przejściu wsi, droga przebiegała pomiędzy dwoma jeziorami i w tym to miejscu pojawiły się dwa samoloty sowieckie. O kryciu się nie było mowy, toteż na naszą kompanię otworzono ogień z broni pokładowej. Całe serie poszły w jezioro, jakby ktoś groch rzucił na jego powierzchnię. Kolumna wyszła bez strat, a samoloty po oddaniu kilku serii odleciały. Przy jeziorach spotkałem z mego pułku plut. Żuka, który był podoficerem żywnościowym w pułku i od niego dostałem pajdę białego chleba ze słoniną, konserwą. Jadłem z wielkim apetytem, bo o chleb było bardzo trudno, kompania żywiła się własnym przemysłem i z powodu ciągłych marszów nie było mowy o zrobieniu wypieku chleba. Maszerowała cała dywizja, więc trudno było, aby jakaś wieś dokonała wypieku chleba na taki stan. Żołnierze wysyłani na ubezpieczenia baonu lub na postojach chodzili nocami do sąsiednich wiosek zaopatrzyć się w chleb, bo tam gdzie stało wojsko, szkoda marzyć o kawałku chleba. Na obiady nie narzekano, bo kaszy, grochu i świniaka zawsze można było kupić. Dalszy marsz odbywał się drogami leśnymi, nie było piasku, spiekoty słonecznej, no i było się zamaskowanym przed lotnictwem. W jednym z kawałków leśnych przechodziliśmy koło sztabu gen. Kleeberga, składającego się z taboru kołowego, samochodów ciężarowych i limuzyn. Wychodząc z lasów do m. Wilica, była otwarta przestrzeń i łąki, toteż w obawie przed obserwacją lotniczą każdy z żołnierzy niósł dużą gałąź nad sobą, a przy nalocie lotniczym był rozkaz zatrzymać się (maszerowaliśmy gęsiego w odległości 50 metrów jeden od drugiego) i gałęzie nad żołnierzami miały imitować rosnące drzewa. Przechodząc przez most na kanale Prypeci, ujrzeliśmy kilka olbrzymich lejów, które powstały od wybuchu bomb lotniczych. Bomby jednak nie trafiły w most, a leje były tak wielkie, że chałupa chłopska mogłaby się w nich pomieścić. Z m. Wilicy weszliśmy znowu w las i pod wieczór wchodziliśmy do m. Szack. W drodze koło m. Szack spotkałem por. Kamińskiego, który jechał w wymoszczonej poduszkami taczance nakryty kożuchem. Przykro mi się zrobiło na ten widok, a jeszcze bardziej, gdy poza plecami słyszałem słowa: „Temu sk…synowi powodzi się dobrze. Jedzie sobie jak baron. Niech sk…syn weźmie rynsztunek i maszeruje tak jak my, a nie leżeć w pierzynie i drzeć mordę, żeby szybciej maszerować” itp. rzeczy. Muszę przyznać całkowitą słuszność żołnierzom, ponieważ ze strony oficerów nie było należytego zrozumienia i opieki nad strzelcem. Każdy z oficerów dbał o własne wygody i o własny żołądek. Nie spotkałem w swym baonie ani jednego oficera, który by zatroszczył się o żołnierza na odpoczynku, po przyjściu na kwatery szukano od razu dla siebie mieszkania, myto się i golono, zamawiano dobre jedzenie i wygodne spanie. Żołnierz był zdany na łaskę losu, sam szukał legowiska i kuchni polowej. Moi oficerowie robili to samo, toteż często brałem ich do galopu i krzyczałem za takie praktyki. Moim obowiązkiem po przybyciu na nocny odpoczynek było zawsze ulokowanie kompanii w stodołach, a następnie być obecnym przy każdym wydawaniu posiłków. Od 11 IX 1939 r. do zakończenia działań, tj. 6 X 1939 r., nie zdejmowałem z siebie ani ubrania, ani obuwia, a spałem przeważnie w stodole lub

94

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

pod stogiem siana na podwórku. Żołnierz jest dobrym obserwatorem, to nic na mnie nie mówił, bo zawsze widział mnie tak w marszu, jak i na postoju. W marszu, zanim nie miałem konia, szedłem pieszo, a gdy miałem konia, częściowo jechałem na nim, a przeważnie wsadzałem na niego żołnierza z obdartymi nogami. Jadłem z menażki przy kuchni tę strawę co żołnierz, toteż tym postępowaniem zaskarbiłem u swych żołnierzy szacunek, a swoje rozkazy wykonywali bez szemrania i ociągania. Były wypadki, że żołnierze dostali ode mnie słuszną naganę, ale koledzy na nich wpływali i zmuszali, aby poszli przeprosić pana porucznika. Czasem byłem rozczulony prostotą żołnierza i gdy przychodził mnie przepraszać, łzy cisnęły mi się do oczu i zamiast przemówić, nie mogłem wydusić słowa z siebie, tylko poklepałem go po ramieniu i wskazałem ręką kierunek, aby odmaszerował. Marsze były bardzo ciężkie, żołnierze ze zmęczenia lub otartych nóg rozciągali się do kilometra, ale na całym tym odcinku widzieli mnie żołnierze, bo raz byłem na początku kompanii, drugi raz w środku, to na tyle itd. W marszach ubezpieczonych szedłem zawsze ze szperaczami, a w natarciu jako patrol bojowy z trzema gońcami i obserwatorem. Często słyszałem głosy: „Panie Poruczniku, niech Pan nie idzie w przedzie, bo zabiją Pana i nie będziemy mieli dowódcy”. No, ale trzeba dalej coś o marszu. Przed m. Szack kolumna zatrzymała się w lesie, ponieważ nasze ubezpieczenia i KD kończyli tłumienie band dywersyjnych, która je ostrzelała. Wejście do miasteczka zdobiła brama udekorowana zielenią i czerwonymi chorągwiami, remiza straży ogniowej napełniona zbożem i mąką, a część ludności uciekła do lasu. Jeszcze przed południem banda Ukraińców zamordowała leśniczego, aresztowała kilku uchodźców z zachodu i dokonała nad nimi sądu. Nasze przyjście położyło kres ich panoszeniu się, a kilkanaście trupów leżało rozciągniętych przy drodze i na cmentarzu cerkiewnym. Po wejściu dywizji do m. Szack na odpoczynek, wyszły natychmiast rozkazy do ubezpieczenia postoju. Moja kompania otrzymała zadanie zamknąć drogę wychodzącą z lasu do m. Szack. Rozmieszczenie kompanii jak szkic nr 18. I pluton + pluton ckm + 1 działko przeciwpancerne jako placówka oficerska na stanowiskach obronnych okrakiem na trakcie z zadaniem zamknięcia drogi do m. Szack. II pluton w rejonie stodoły wystawi jedną drużynę + 3 obsługi rkm z zadaniem położenia ognia na mostki (na trakcie). Reszta ludzi na kwaterach, gotowa w każdej chwili do zajęcia stanowisk. Każdy strzelec znał swoje stanowisko, bo za dnia był na nim. W lewo ode mnie kompania por. Olszaka, a w prawo za jeziorem kompania z 83 pp. Moje m.p. przy drodze w pierwszym budynku, tuż [obok] aparat telefoniczny do baonu. O zmroku przyszedł na stanowiska gen. Kleeberg. Na odcinku nie zastał ppor. [rez.] Maczkowskiego75, który się oddalił do zabudowań – nie zostawiając zastępcy. Generałowi zameldowali się tylko drużynowi i celowniczy działka. Tę scenę widziałem przez okno z mego m.p., ale nie przypuszczam, że to generał odbywa inspekcję. Tegoż wieczora dostałem zawiadomienie, aby na drugi dzień stawić się do raportu do gen. Kleeberga o godz. 10.00. Wiedziałem, w czym sprawa stoi, bo po dokonaniu inspekcji przez generała przyszedł jeden z drużynowych i zameldował mi, że generał był niezadowolony, bo na stanowiskach nie było oficera. Nie przejmowałem się tą sprawą, zająłem się sprawą zaopatrzenia kompanii, zakupiłem dużą tłustą świnię, którą jedliśmy przez 5 dni. Noc przespałem w stodole ze strzelcami. 75  Dowódca II plutonu w kampanii autora.

95

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

25 IX 1939 r. Przebudziłem się dość wcześnie i przystąpiłem do golenia, wyczyszczenia butów, a następnie do mycia. O godzinie 9.30 założyłem pistolet, mapnik, torbę oficerską i udałem się do kwatery gen. Kleeberga. W kancelarii zameldowałem się u jakiegoś pułkownika, objaśniłem, za co staję do raportu. Uważam, że do raportu powinien stanąć dowódca plutonu za swą nieobecność. Pułkownik wysłuchał wszystkiego, co mu opowiedziałem o wczorajszej inspekcji, i poszedł do kancelarii generała. Po kilku minutach wyszedł i powiedział: „Pan generał kazał mi powiedzieć, aby Pan dał naganę dowódcy plutonu, a dowódca kompanii musi pamiętać o tym, że porządek musi być i wszystko musi widzieć”. Na tym zakończył się raport. W Szacku przesiedzieliśmy cały dzień, a po południu przyszedł rozkaz w sprawie zmniejszenia taboru. Przejrzałem wozy, niepotrzebny sprzęt kazałem wyrzucić i zakopać. Najgorszy wóz całkowicie zlikwidowałem, a parę koni odesłałem do baonu. Po południu przeszedłem się po miasteczku, znalazłem szewca-Żydka i ten musiał mi na poczekaniu przybić podeszwę, która odłaziła, a do środka zaczął sypać się piasek. Podczas wkroczenia naszego do miasteczka w remizie straży ogniowej zastaliśmy zboże i mąkę – zebrane przez ludność na przyjęcie wojsk sowieckich, toteż w dniu dzisiejszym wszystkie piekarnie otrzymały mąkę celem wypieku chleba, którego brak żołnierz odczuwał najbardziej. Od wyruszenia z Kobrynia nasza prowiantura po raz pierwszy zaopatrzyła nas w chleb. Każdy żołnierz otrzymał 1 kg chleba i po 20 papierosów „Junaków”, a oficerowie po 20 sztuk „Płaskich”. Przez cały okres działań grupy był to pierwszy i ostatni przydział papierosów. Żołnierze palili samosiejki lub najrozmaitsze liście. W rejonie mej kompanii w jednej ze stodół żołnierze odkryli sześć [skrzyń] amunicji, 6 rkm, kilkanaście dubeltówek, kb i granaty ręczne. O powyższym zameldowałem dowódcy baonu, a ten dalej. Po upływie dwóch godzin od złożenia meldunku, otrzymałem rozkaz od dowódcy dywizji, że przy opuszczaniu miasteczka mam podpalić te zabudowania. Trudno mi było wykonać ten rozkaz, ponieważ z jednej i drugiej strony znajdowały się domy, i to piętrowe. Rozkaz został wykonany, ale w inny sposób. Zebrałem wojsko jeszcze tego samego dnia i kazałem tak stodołę, jak i dom rozwalić na drobne kawałki. Po dwóch godzinach dom i stodoła były rozebrane, a ludność polska porozbierała drzewo na opał. Sumienie miałem czyste, bo rozkaz został wykonany, tj. dom i stodoła zniknęły – a ludność nasza była spokojna o swe zabudowania. Wieczorem na odprawie u dowódcy pułku zameldowałem, jak wykonałem rozkaz dowódcy dywizji, i ten mi przyznał słuszność. Odprawa ta tyczyła się naszego odmarszu, podając godzinę odmarszu, kolejność marszu oddziałów i cel domarszu do m. Włodawa. Tego dnia por. [rez. Piotr] Brzozowski76 poznał 3 chłopów, którzy w Smolarach zabili instruktora rolnego, i nad nimi odbył się sąd polowy – skazując ich na rozstrzelanie. Szwadron por. Brzozowskiego otrzymał zadanie rozpoznania m. Włodawa. W Szacku dołączyli do nas: grupa ppłk. Gorzkowskiego, Flotylla Pińska kmdr. [Witolda] Zajączkow­skiego oraz gen. [Ludwika] Kmicica-Skrzyńskiego i gen. [Zygmunta] Podhorskiego. 26 IX 1939 r. Dzień ten spędziliśmy nadal w Szacku, poświęcając go na uporządkowanie taboru, doprowadzenie broni do należytej czystości i na odpoczynek przed czekającym nas marszem. Na Włodawę zostały wysłane rozpoznania: a) gen. Kmicic-Skrzyński na m. Włodawa, b) Dywizja „Kobryń” na Koszary i Olszankę, c) ppłk Gorzkowski – Grabów–Zbereże. 76  Dowódca szwadronu Kawalerii Dywizyjnej Dywizji „Kobryń”.

96

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

Na wschodnim brzegu Bugu na północ od Włodawy rozpoznanie gen. Kmicica pod m. Komarówka77 natknęło się na czołgi sowieckie, z którymi wywiązała się walka. W rezultacie walki kilka wozów pancernych sowieckich zostało zniszczonych. Ubezpieczenie 84 pp, osłaniając dywizję od północy – odrzuca w m. Piszcza zmotoryzowane oddziały sowieckie. Rozpoznanie ppłk. Gorzkowskiego natknęło się w m. Grabów na zmotoryzowane oddziały sowieckie, które nie wdały się w walkę i odeszły na południe. Wieczorem tego dnia Dywizja „Kobryń” opuszcza Szack i maszeruje na kierunek Włodawa przez: Świtaź, Zalesie, Orchów. Od godz. 1.00 do 5.00 rano jechałem na wozie, ponieważ miałem silną gorączkę. Droga marszu była fatalna, ponieważ raz jechało się drogą, drugi raz trzeba było zjeżdżać i przejeżdżać małe strumyki w bród, bo mosty były zniszczone. O godz. 6.00 rano zaczęło mżyć. Kolumna zatrzymała się o godz. 10.00. 27 IX 1939 r. Rozpoznanie doniosło, że Włodawa jest wolna oraz że mosty kołowy i kolejowy są zniszczone. To było powodem [zatrzymania] się kolumny, ponieważ saperzy przystąpili do [budowy] kładki pontonowej przez Bug. Po wykonaniu kładki przeprawa miała się odbyć następująco: grupa ppłk. Gorzkowskiego przez spalony most kolejowy, a Dywizja „Kobryń” – tabor brodem, wojsko po zbudowanym moście pontonowym. Kompania stoi od godz. 10.00 do 18.00, deszcz pada na zmianę ze śniegiem, toteż wszyscy jesteśmy przemoknięci i drżymy z zimna. Wstąpiłem do przydrożnego żydowskiego domu, gdzie gościnnie mnie przyjęto śniadaniem (herbata, chleb z masłem i jajecznica z cebulą). Pierwszy raz po tak przebytym marszu spostrzegłem tę serdeczność i przychylne nastawienie ludności do wojska. Od Kobrynia do Włodawy spotykaliśmy ludzi złowrogo nastawionych i bandy starające się tamować nasz ruch i przysłużyć się przez to Sowietom. Zdawało mi się, że teraz wkroczyliśmy do Polski, do swoich rodaków. Od Włodawy słyszeliśmy tylko polską mowę i wszędzie nas serdecznie witano. Polesie, które tyle lat należało do nas, było niegościnne i zza każdego krzaczka czy opłotka trzeba było być przygotowanym na różne niespodzianki. Pod wieczór kolumna ruszyła konno piaszczystą drogą. Po przejściu toru kolejowego Brześć–Włodawa przechodziliśmy koło cmentarza, na którym widniały świeżo usypane mogiły z zatkniętymi niemieckimi hełmami na krzyżach. Od ludności cywilnej dowiedziałem się, że po jakiejś bitwie, której słyszeli tylko odgłos, Niemcy przywieźli samochodami moc zabitych i tu pochowali. Z kim była ta bitwa – nie dowiedzieli się. Koło Orchówka Niemcy mieli swoje lotnisko i dwa dni temu zostało zwinięte. Na to lotnisko przyleciał samolot, przywiózł meldunek, który odczytano wojsku. Wojsko było strasznie oburzone, zrywano naramienniki, swoje odznaczenia i rzucano na ziemię. Po godzinie czasu lotnisko zostało opuszczone przez wojsko, które przez Włodawę udało się na zachód. Dochodzimy do Bugu. Ciężki tabor został skierowany na bród, a biedki wraz z wojskiem przeprawiły się mostem pontonowym. Jesteśmy we Włodawie, ale jak wyglądało miasto, tego nie wiem. Przedmieście koło mostu kolejowego, gdzie przeszedłem z wojskiem, aby maszerować do m. Adampol, świeciło zgliszczami. Ta dzielnica dużo ucierpiała, bo Niemcy, bombardując most, trafiali w pobliskie zabudowania. Przeprawa trwała dość długo i już było ciemno, gdy batalion zabrał się do dalszego marszu. (Tabor długo się szwendał, zanim nas odnalazł). Początkowo maszerujemy szosą, a następnie zeszliśmy na błotnistą trawę. Brniemy po kolana w błocie w ciemnościach i przy dość dobrym deszczyku zatrzymujemy się w lesie, bo nie wiadomo, gdzie będziemy kwaterowali. Żołnierze palą ogniska, grzeją się i suszą swoje ubrania – mimo rozkazu, by ognisk nie palono ze względu na lotnictwo. 77  W oryginale Komorów.

97

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

(szkic nr 19) Po długim oczekiwaniu nadszedł rozkaz do marszu na kwatery do folwarku Adampol. Cały batalion kwaterował w suszarni chmielu. O godz. 23.00 wydałem kolację i wojsko zaraz poszło spać po uciążliwym marszu i deszczowej kąpieli, aby się troszkę rozgrzać. Grupa ubezpieczyła się na noc: 83 pp ubezpiecza przeprawę, która trwa prawie do rana. Samoloty sowieckie nadleciały na przeprawę, ale nie atakowały (I/83 pp ubezpiecza w Koszarach, II/83 pp na noclegu w szkole w m. Włodawa). I/84 pp w m. Adampol, II/84 pp w m. Suszno dozoruje drogi Włodawa–Chełm i Włodawa–Lublin. 82 pp w folwarku Adampol. KD późnym wieczorem ostrzeliwała czołgi sowieckie, które zbliżały się do naszej przeprawy. Samoloty sowieckie zrzucały ulotki. Dowódca grupy we dworze Adampol, dowódca dywizji i 82 pp w folwarku Adampol. Cała noc była poświęcona na przeprawę, wydanie rozkazów do ubezpieczenia, przegrupowania i przeorganizowania grupy ze wszystkich oddziałów, które znalazły się w rejonie m. Włodawa. Zachowałem sobie treść jednej z ulotek, które były zrzucane przez samoloty sowieckie: „Rzołnierze Armii Polskiej! Pańsko-burżuazyjny Rząd Polski, wciągnąwszy Was w awanturystyczną wojnę, pozornie przewaliło się. Ono okazało się bezsilnym rządzić krajem i zorganizować obrona. Ministry i generałowie schwycili nagrabione złoto, tchórzliwie uciekli, pozostawiając armię i cału lud Polski na wolę losu. Armia Polska pocierpiała surową porażkę, od której ona nie wstanie się. Wam, waszym żonom, dzieciom, braciom i siostrom ugraża głodna śmierć i zniszczenie. W te ciężkie dni dla was potężny Związek Radziecki wyciąga Wam ręce braterskiej pomocy. Nie przeciwcie się Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej. Wasze przeciwienie bez kożyści i przeczono na całą zgubę. My idziemy do Was nie jako zdobywcy, a jako wasi bracia po kłasu, jako wasi wyzwoleńcy od ucisku obszarników i kapitalistów. Wielka i niezwalczona Armia Czerwona niesie na swoich sztandarach pracującym braterstwo i szczęśliwe życie. Żołnierze Armii Polskiej! Nie poliwajcie daremnie krwi za cudze Wam interesy obszarników i kapitalistów. Was przymuszają uciskać białorusinów, ukraińców. Rządzące koła Polskie sieją narodową różność między polakami, białorusinami i ukraińcami. Pamiętajcie! Nie może być swobodny naród, uciskający drugie narody. Pracujące białorusini i ukraińcy – Wasi pracują a nie wrogi. Razem z nimi budujcie szczęśliwe, dorobkowe życie. Rzucajcie broń! Przechodźcie na stronę Armii Czerwonej. Wam zabezpieczona swoboda i szczęśliwe Życie. Naczelny Dowódca Białoruskiego Frontu Komandarm Drugiej Rangi Michał Kowalow

17 września 1939 r.78”. Inna ulotka, którą czytałem w niewoli, nawoływała żołnierzy Armii Polskiej, aby zaprzestali walk i wystrzelali wszystkich oficerów. 28 IX 1939 r. Z opowiadań kilku oficerów ze sztabu śp. gen. Kleeberga dowiedziałem się, że generał otrzymał rozkaz od Wodza Naczelnego Rydza-Śmigłego, który znajdował się 78  Zachowano oryginalną pisownię ulotki.

98

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

w Brześciu n/B. (Twierdza) od 6 do 10 IX 1939 r., zorganizować obronę na linii Brześć n/B.–Kobryń–Szack (szkic nr 1) z kierunkiem na północ. Pod przewagą silnego naporu broni pancernej niemieckiej wycofać się w kierunku granic Rumunii. W tym celu gen. Kleeberg 10/11 IX 1939 r. opuszcza Brześć n/B., udaje się ze sztabem do Pińska i wydaje rozkaz organizowania się oddziałów na miejscu i przystąpienia do zorganizowania linii obrony na ww. odcinku. Na wiadomość o przekroczeniu naszych granic przez wojska sowieckie, sztab grupy opuścił folwark koło Pińska i maszeruje na (Kobryń) Kowel przez Lubieszów–Pniewno–Kamień Koszyrski. Z Pniewna otrzymał generał meldunek od rotmistrza z ubezpieczenia, że on rozmawiał telefonicznie z Kowlem i że miasto zostało zajęte przez wojska sowieckie. Przy telefonie znajdował się komisarz sowiecki, który żądał złożenia broni przez grupę i wyznaczył miejsce na spotkanie się parlamentariuszów. Z naszej strony podobno był wyznaczony gen. [Ludwik] Kmicic-Skrzyński i ppłk [Bohdan] Bujwid, którzy udali się na oznaczone miejsce, lecz ze strony sowieckiej nikt się nie zjawił79. Płk Koc jako komendant m. Kowel otrzymał podobno rozkaz od gen. Kleeberga ubezpieczyć od strony wschodniej spływanie grupy na południe. Wobec wytworzonej sytuacji, gdzie płk Koc rozpuścił swoje oddziały i garnizon oddał w ręce sowieckie bez jednego strzału, gen. Kleeberg zmienia swoją decyzję spływania na południe – na zmianę kierunku ku zachodowi z odsieczą Warszawie. Taka decyzja miała zapaść w dniu 20 IX 1939 r. Z dalszych działań grupy widzimy zmianę marszu na zachód przez Wyżwę Nową–Ratno lub Krymno na Włodawę–Kock. W czasie nowej zmiany kierunku dowiadujemy się w drodze przez radio o bohaterskich czynach naszych oddziałów na zachodzie. Marsz odbywa się w uciążliwych warunkach po drogach poleskich, piachach i lasach. Oddziały nasze są napadane przez bandy dywersyjne, przez broń pancerną niemiecką i lotnictwo sowieckie. Maszeruje przez północne wsie i walczy się na wszystkie strony. Sztab grupy został zaatakowany przez samoloty niemieckie, ale z tej ciężkiej opresji wybawiają go samoloty sowieckie, które stoczyły walkę z Niemcami i strąciły im jeden samolot. Po osiągnięciu m. Włodawa gen. Kleeberg podporządkował sobie wszystkie znajdujące się tam oddziały i wydał rozkaz do zorganizowania grupy. Organizacja ta została ubezpieczona: 83 pp ubezpiecza m. Włodawę od strony północnej i południa. 82 pp obsadza lasy Adampol, zamykając dojście od m. Parczew i m. Piaski Luterskie. W m. Suchawa samodzielny baon 79 pp, 84 pp jako odwód dywizji na wschodnim skraju lasów Adampol, grupa „Brzoza” na trakcie Włodawa–Parczew. M.p. dowódcy grupy i Dywizji „Kobryń” we dworze Adampol. Dywizja „Brzoza” W dniu 7 IX 1939 r. ppłk Gorzkowski jako dowódca ośrodka 20 DP opuszcza Słonim i maszeruje do m. Huszcza Wielka. 20 IX 1939 r. na rozkaz gen. Kleeberga tworzy dwupułkową dywizję w składzie: 1 pułk „Rarańcza” ppłk [Mieczysław] Gumkowski80 2 pułk „Łowczówek” mjr [Franciszek] Pająk81 Trasa marszu: Janów Poleski–Lubieszów–Kamień Koszyrski–Mielce–Synowo –Piaseczno–Krymno–Szack–Włodawa. 79  Patrz – relacje gen. L. Kmicica-Skrzyńskiego i mjr. dypl. Tadeusza Grzeszkiewicza o przebiegu tych rozmów, zamieszczone w części pierwszej. 80  79 pp. 81  80 pp.

99

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

28 IX 1939 r. płk emerytowany [Ottokar] Brzoza-Brzezina znalazł się w Małorycie, gdzie podporządkował sobie znajdujące się tam oddziały i zameldował się z nimi u gen. Kleeberga. W tym czasie gen. Kleeberg organizuje swoją grupę z oddziałów, które były w m. Włodawa, daje więc rozkaz staremu legioniście stworzyć dywizję z oddziałów, które przyprowadził z Małoryty, i oddziałów ppłk. Gorzkowskiego. Dywizja ta składała się z dwóch brygad dwupułkowych. Wojsko wchodzące w skład Dywizji „Brzoza” było różnorodne, np. piechota, artyleria, saperzy, junacy, PW, policja itp. Uzbrojenie było najróżnorodniejsze, np. kb polskie, francuskie, angielskie, rosyjskie itp. Baon „Kowel” Po przyjeździe delegata sowieckiego do Kowla, [płk dypl. Leon] Koc zwołał odprawę dowódców batalionów, na której przedstawił oddanie miasta wojskom sowieckim. Na tej odprawie wystąpił mjr [Adam] Wilczyński82 w swoim imieniu i oficerów swego baonu, że nie zgadza się na złożenie broni. Po odprawie przyszedł major do baonu, zarządził zbiórkę i podał przebieg odprawy u pułkownika Koca. Baon poparł słuszność sprawy majora, postanawiając opuścić Kowel i maszerować w kierunku Brześcia n/B. przez Zielona, Włodzimierz Wołyński omija, gdyż tam stacjonuje wojsko sowieckie i we wsi Werba zarządza postój ubezpieczony. Następnie trasa prowadziła na Luboml i postój ubezpieczony we wsi Julianów. Ponieważ Niemcy obsadzili most w Uściługu – dalszy marsz odbył się wzdłuż Bugu na Dubienkę–Chełm–Łęczną i koło Parczewa dołączył do brygady gen. Podhorskiego83. Wczesnym rankiem I/82 pp został zaalarmowany celem zaciągnięcia czaty w m. Żuków (szkic nr 19). Pierwszy raz podczas całego marszu nie miałem chęci wstać, ponieważ po całodziennej kąpieli deszczowej nie miałem ani suchej nitki, podczas nocy rozprężyło się ubranie od ciała, a na dworze przymrozek. Baon szybko się zebrał do kupy i szczękając zębami z zimna, maszerował do m. Żuków. Dwie kompanie i dowódca baonu z dowódcą kompanii ckm pozostali w m. Żuków, a mnie wysłano na czatę na skraj lasu koło gajówki. Gajówka była uwidoczniona na mapie, a w lesie pozostał po niej tylko fundament. Po zaciągnięciu czaty doprowadzono do mnie telefon, a co się tyczy żywienia – to trzeba było zdobyć własnym przemysłem. Wysłałem do wsi czy też folwarku Kapłonosy swego podoficera gospodarczego z wozem, który zakupił grochu i ziemniaków. Posiadałem jeszcze połowę świniaka z m. Szack. Ziemniaki obrał pluton odwodowy i mieliśmy wspaniały obiad ze śniadaniem. Żołnierze na placówkach w głębi lasu palili ogniska i na zmianę suszyli ubrania. Po zjedzeniu całej gorącej grochówki i osuszeniu ubrań zapanował w kompanii zupełnie inny humor. Wysyłałem bardzo często patrole do lasu, ponieważ stale ktoś strzelał, a nikogo nie było można złapać. Poniżej zachowana treść fonogramu w sprawie zaciągnięcia czaty. Telefonogram z Dowództwa Dywizji z dnia 28 IX 1939 r., godz. 17.00 Baon odwodowy 82 pp przesunie się do rej. m. Żuków, gdzie zluzuje kawalerię. Zadanie: osłonić kierunek m. Wisznice–Włodawa. Baon ten pozostaje w składzie 82 pp. 82  Wcześniej komendant KRU Małkinia. 83  Marszruta batalionu „Wilk”, którego dzieje ukazane zostaną w kolejnej części wydawnictwa, przedstawiała się inaczej niż podana przez autora tego opracowania. Po opuszczeniu Kowla batalion forsownymi marszami osiągnął Bug, który przekroczył brodem w rejonie Dorohuska. Następnie skierował się północny wschód, napotykając 28 IX Dywizję Kawalerii „Zaza” i wchodząc w jej skład.

100

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

KD rozpoznaje na m. Sławatycze. KZ rozpoznaje na kierunki: Adampol–Żuków–Krasówka i na północ z kierunku na Helenów. Bateria dak w pełnym składzie przechodzi do brygady kawalerii gen. Kmicica. Punkt przeznaczenia w m. Żuków godz. 7.00. Bateria przechodzi całkowicie na stan brygady. Odebrał ppłk Targowski Nadał szef sztabu Dowódca Dywizji dn. 27 IX 1939 r. godz. 17.00 /-/ Schoener mjr /-/ Epler płk Drugi fonogram jako dodatek do rozkazu marszowego na dzień 29 IX 1939 r. Dowództwo Dywizji „Kobryń” m.p. dn. 28 IX 1939 r. Dodatek do rozkazu marszowego na dzień 29 IX 1939 r. Meldunek lotniczy z godz. 13.00 dn. 28 IX 1939 r. Armia niemiecka – zgrupowanie broni pancernej w rej. m. Firlej na zachód od Wieprza (patrz szkic nr 1). Armia sowiecka – w m. Łomazy zgrupowanie piechoty – na drodze Łomazy–Rossosz –Wisznice w marszu oddziały piechoty i kawalerii. W rej. Radzyń na rozpoznaniu drobne oddziały pancerne i samochody ciężarowe. Podając do wiadomości meldunek lotniczy – zwracam uwagę na wszelkie prawdopodobieństwo związania się walką z wojskami sowieckimi. Należy przygotować oddziały do zdecydowanej walki. Rozdzielnik jak rozkaz do marszu L.dz. 2/17/OP Dowódca Dywizji /-/ Epler płk Za zgodność Szef Sztabu /-/ Schoener mjr Dowództwo Dywizji „Kobryń” L.dz. 2/17/OP m.p. dn. 28 IX 1939 r. godz. 20.00 Rozkaz do marszu na dzień 29 IX 1939 r. (potwierdzenie wydanych rozkazów ustnych) Mapa: 1 : 300 000 Lublin

Mapa 1 : 100 000 Włodawa–Parczew

I – Położenie: Wiadomości o nieprzyjacielu. Armia sowiecka zarysowuje się dwa kierunki działania wojsk sowieckich (prawie wyłącznie broń pancerna). Na kierunku Chełm–Lublin w sile około 50 wozów pancernych. Na kierunku Biała Podlaska––Siedlce słabsze oddziały. Z tych kierunków grupki po kilka wozów bojowych z piechotą są skierowane na nasz rejon (Lubartów– Wisznice). Działań zaczepnych w stosunku do naszych oddziałów na zachodnim brzegu Bugu dotychczas nie stwierdzono. Armia niemiecka wg posiadanych wiadomości wycofuje się na Wieprz.

101

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

Zadanie dywizji: Przejść marszem ubezpieczonym po osi Włodawa–Żuków–Mosty–Opole–Jabłoń i opanować rejon Jabłoń jako podstawę do dalszego działania na zachód. W razie pojawienia się na osi marszu sił nieprzyjaciela, które by wykazywały tendencje zaczepne, starać się je oskrzydlić, współdziałając z Podlaską Brygadą Kawalerii. W czasie marszu i na postoju ubezpieczyć się od północy i zachodu. Sąsiedzi: w rejonie m. Parczew Podlaska Brygada Kawalerii. Na południu maszeruje Dywizja „Brzoza” po osi Adampol–Wyryki–Uhnin–Parczew (szkic nr 17). Wykonanie: a) 82 pp + baon morski (do podjęcia w m. Wyryki–Adampol) + działko przeciwpancerne + kompania saperska + 2 działka 75 mm [przejdzie] całością jeszcze w dniu dzisiejszym do m. Żuków, skąd jutro dnia 29 IX 1939 r. o godz. 4.00 przejdzie marszem ubezpieczonym po osi jak pkt II i przejdzie na postój ubezpieczony w m. Jabłoń, ubezpieczając się od zachodu i północy. W czasie marszu usuwać przeszkody na osi i wykonać zniszczenia na północ osi marszu. b) 84 pp + działko przeciwpancerne + bateria 100 mm + Kwatera Główna przejdzie dzisiaj jednym batalionem do folwarku Połód (Natalin) (szkic nr 19), skąd całością dnia 29 IX 1939 r. o godz. 5.00 ruszy po osi jak pkt II i osiągnie m. Puchowa Góra, gdzie postój ubezpieczony z głównym naciskiem od kierunku północnego. Punkt przejściowy k. 190 na trakcie. Wydzielić kompanię strzelecką + jeden ckm jako straż tylną i osłonę taboru. Punkt wyjściowy taboru – las zach. Lipówka. Dowódca kompanii melduje się u mjr. Leszczaka. c) 8 pp + 1 działko przeciwpancerne + dwa działony 75 mm przejdzie po osi jak punkt II, jako straż tylna dywizji, ubezpieczając się równocześnie od północy, i przejdzie na postój ubezpieczony w m. Kolano. Punkt przejścia – Włodawa, część zachodnia, godz. 4.00. d) Kwatera Główna – maszeruje w środku ugrupowania dowódcy 84 pp. Punkt przejścia k. 190, godz. 5.00. Postój w m. Kolano. e) Samodzielny baon 79 pp wejdzie w kolumnę dywizji drogą Suchawa–dwór Adampol–folwark Połód, gdzie dołączy w odległości 1 km za 84 pp. Oś marszu kolumny jak w pkt II. Postój w lesie płd. Jabłoń. f) Zgrupowanie taboru dywizji – tabor żywnościowy i bagażowy dywizji i tabor żywnościowy i bagażowy 82 pp, 83 pp, baonu 79 pp i artylerii przejdą dzisiaj na postój do lasu zach. Lipówka, skąd w dniu jutrzejszym pod dowództwem mjr. Leszczaka w zgrupowaniu taborów SGO przejdzie po osi Wyryki–Lipówka–Krzywowierzba–Kodeniec–Marianówka–Przewłoka –północny skraj m. Parczew. Różne: 1. Rannych i chorych w czasie marszu ewakuować do chwili osiągnięcia m. Mosty do m. Włodawa, a po osiągnięciu m. Mosty do m. Parczew. 2. Podkreślam obronę przeciwlotniczą czynną i bierną. Obronę czynną w wypadku zaczepnego działania lotnictwa.

102

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

3. Przerwa obiadowa dla 82 pp w rej. m. i lasku Mosty–kol. Piechy, dla pozostałych oddziałów w lasach wzdłuż osi marszu. Rozdzielnik jak rozkaz organizacyjny L.dz. 1/17/OP z 28 IX 1939 r. Dowódca dywizji /-/ Epler płk Za zgodność: Szef sztabu /-/ Schoener mjr […]84 Przed Dywizją „Brzoza” rozpoznaje brygada kawalerii gen. Podhorskiego: Włodawa –Parczew–Kock. Przed Dywizją „Kobryń” rozpoznaje brygada kawalerii gen. Kmicica­-Skrzyńskiego od strony północnej na Łuków. Cel grupy: osiągnąć linię Kock–Żelechów jako podstawę do działania na Warszawę lub na Dęblin, jako źródła zaopatrzenia grupy w amunicję. W myśl podanych rozkazów przygotowałem kompanię do odmarszu. Zbędnego taboru i ludzi chorych nie miałem. Kazałem ugotować dobrą kolację, żeby żołnierze nabrali sił do marszu. Przeszedłem się po placówkach, a następnie ułożyłem się do snu obok ogniska w lesie. Z jednej strony bije ciepło od ogniska, z drugiej podwiewa chłodny wiatr, a do oczu wciska się dym i nie było mowy o spaniu. Taka to już jest dola żołnierska: „Choć chłodno i głodno, żyjem sobie swobodno”. 29 IX 1939 r. O godz. 3.00 ściągnięto linię telefoniczną. Kompanię ściągnąłem z przedpola, pozostawiając tylko 4 słabe patrole. Po wypiciu gorącej kawy uszykowałem kompanię do odmarszu i czekałem na lukę, w którą miałem wejść, ponieważ kolumna już przechodziła koło mnie. Przechodząc koło pozostawionych patroli, dałem znak do dołączenia. Marsz odbywał się bardzo cicho, a żołnierze, maszerując, drzemali. Po lesie odbijały się tylko dźwięki brzęczącego oporządzenia. Koło godz. 7.00 dołączył baon morski do naszej kolumny i odtąd był w składzie naszego pułku, jako trzeci baon. Około godz. 10.00 czoło I baonu dochodzi do m. Puchowa Góra. Słychać początkowo słabą strzelaninę, a po niej zaczęły ujadać karabiny maszynowe. Muszę zaznaczyć, że w m. Kolano zwolniłem ppor. Buykę do m. Parczew, gdzie mieszkał. Chciał przynieść sobie trochę drobnych rzeczy i dla mnie mapę, bo nie miałem żadnej i szło się zawsze na ślepo. Owa strzelanina to zetknięcie się naszego rozpoznania konnego ppor. [rez. Zygmunta] Tarasa, które na skutek silnego ognia wycofało się z m. Jabłoń do m. Puchowa Góra. Jako kompania przednia straży przedniej I baonu była kompania 1 kpt. Pawłowskiego, która rozwinęła się i naciera na majątek (pałac) Jabłoń. Na drodze wzdłuż kolumny powstał popłoch, bo zaczęto powtarzać: „Broń pancerna”. Wojsko i tabor wchodzą do lasu, a przy tym hałas i przeklinania woźniców. Znalazłem się z kompanią tuż przy stanowisku dowódcy dywizji płk. Eplera. Bez żadnego rozkazu wydałem rozkaz dowódcom plutonów zająć stanowiska ogniowe w kierunku na most na trakcie Kolano–Puchowa Góra I pluton, w kierunku na Jabłoń II pluton i na m. Paszenki III pluton. Do każdego plutonu przydzieliłem po 3 ckm, 84  Opuszczono treść rozkazu organizacyjnego Dywizji „Kobryń” L.1/17/Op. z 28 IX 1939 r. opublikowanego w części 1, s. 272–274.

103

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

bo stały przy drodze jak sieroty i nie wiedzieli, co mają robić. Po wydaniu rozkazu poszedłem do punktu obserwacyjnego dowódcy dywizji, na którym już był telefon do 1 kompanii kpt. Pawłowskiego i dowódcy I baonu. Tuż koło p.o. dowódcy dywizji znajdowało się działko 75 mm i kierowało lufę na szosę Jabłoń–Wisznice, po której jeździły czołgi sowieckie. Dowódca tego działka ppor. [rez. Stanisław] Żarski mówi, że nie może strzelać, bo nie ma przyrządów celowniczych. Na to podchodzę do niego i pokazuję, że z braku przyrządów celowniczych celuje się po lufie. Dowódca dywizji, który był artylerzystą, popatrzał na mnie i powiedział: „piechur wie, jak strzelać do czołgów, a artylerzysta nie wie”. Następnie płk Epler wydał rozkaz telefoniczny do dowódcy I baonu, aby natarł dwiema kompaniami na m. Jabłoń, a jedną kompanią osłonił się od m. Paszenki. Zameldowałem płk. Eplerowi, że to już jest wykonane. Rusza natarcie i strzelanina wzrasta na sile. O godz. 11.00 wzywa mnie do aparatu dowódca baonu i daje rozkaz podciągnąć kompanię pod m. Puchowa Góra, a sam mam natychmiast zameldować się u niego po rozkaz. Kazałem por. Ruseckiemu ściągnąć kompanię ze stanowisk (szkic nr 20) i maszerować do m. Puchowa Góra, zatrzymać się i czekać mego przybycia. Sam wsiadam na rower, naciskam na pedały i maszeruję do dowódcy baonu. Dowódca baonu znajdował się w pierwszych zabudowaniach, zameldowałem się i otrzymałem następujący rozkaz: batalion ma zadanie natrzeć na m. Jabłoń, zająć ją i czekać na dalsze rozkazy. Czołgi sowieckie wycofały się za wieś, a piechota sowiecka znajduje się w zabudowaniach majątku. Na drodze z Horodyszcza przez Kudry jedzie piechota sowiecka samochodami do m. Jabłoń. Kpt. Pawłowski, jak Pan widzi, naciera na majątek. Por. Olszak poszedł przez 158 i 155 na środek wsi, a Pan natrze w lewo od niego przez stóg, kępkę krzaków na lewy skraj wsi. Po zajęciu wsi ubezpieczyć się i czekać na dalsze rozkazy. Moje m.p. po zajęciu wsi w majątku Jabłoń. Tabor kompanii skierować w lewo do lasu Smuga, a następnie podciągnąć go za sobą do wsi. Na razie wszystko Panu powiedziałem. Podobno nasze prawe skrzydło ma przedłużyć baon morski. Siadam na rower i jadę na przeciwny skraj wsi rozpoznać teren, zanim nadciągnie kompania. Kompania do podstawy wsi mogła się swobodnie poruszać, ponieważ od wsi zaczynała się góra, która osłaniała i chroniła. Plutony i tabor doszły do wsi. Wołam dowódców plutonów, podaję to, co słyszałem u dowódcy baonu, oraz podaję dla każdego plutonu odcinek w terenie do zajęcia podstawy wyjściowej do natarcia i kierunki natarcia. Ogień na przedpolu wzmaga się. Dowódcy plutonów odchodzą i podciągają plutony do podstawy wyjściowej do natarcia. Wzywam do siebie ppor. Okińczyca, który jest dowódcą taboru kompanijnego, wskazuję mu w lewo las, w którym ma podciągnąć tabor za kompanią i stale utrzymywać łączność wzrokową ze mną. Rozkazy wydane, wojsko leży na podstawie wyjściowej do natarcia, teraz nacisnąć na guziczek, a wszystko ruszy do przodu. Nie mam tego magicznego guziczka, trzeba wydać rozkaz „Kompania na wysokość lasku przed nami, skok… Biegiem marsz!”. Rozkaz podano po linii, ale ani jeden strzelec nie poderwał się do skoku. Patrzą w prawo – kompania kpt. Pawłowskiego leży przygwożdżona ogniem ckm do ziemi, a na moim przedpolu kurzy się od serii pocisków i przed naszymi głowami świst kul, które powodują dreszcze na całym ciele. Jest to pierwszy chrzest bojowy całej kompanii, bo pojedyncze drużyny już były w ogniu, toteż każdy drży o swe życie. Sam nie miałem ochoty pchać się w tę gęstą sieć gwiżdżących pocisków i migających nitek od pocisków smugowych, jednak rozkaz jest rozkazem i musi być wykonany. Podnoszę się, wychodzę ze 20 metrów przed kompanię i mówię: „Widzicie chłopcy, to nie jest tak źle, jakby się wam wydawało. Ta kula, którą słyszałem, jak przelecia-

104

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

ła mi koło ucha ze świstem, albo ta, która się zaryła koło mojej nogi, pozostawiając trochę kurzu, nie są dla mnie niebezpieczne. Niebezpieczna jest taka kula, której nie słyszę, a która mnie dosięgła. No chłopcy! Jazda za mną!”. Biegnę na przedzie, a cała kompania za mną. Na wysokości stogu (i kępki krzaków) otrzymaliśmy bardzo silny ogień ckm, i to boczny, więc padliśmy w kartoflach, aby odetchnąć pod osłoną stogu i krzaków. Bolszewikom chodziło prawdopodobnie, żeby nie dopuścić do oskrzydlenia, więc tak silnie ostrzeliwali. Stóg i krzaki dały nam tylko osłonę, a ochrony żadnej – mimo to człowiek czuł się moralnie pewny, że jest ukryty przed obserwacją nieprzyjaciela i że trzeba ten ogień przeczekać. Po 5 minutach umilkły brzęczące pszczółki i teraz trzeba jeszcze wykonać skok 100 metrów do lasu, aby złapać tchu i rozejrzeć się w terenie znajdującym się po przeciwnej stronie języka leśnego. Kompania robi skok, a pszczółki zaczęły znowu bzykać, lecz nie zwracamy [na nie] uwagi i wpadamy do lasu. Po osiągnięciu języka leśnego broń maszynowa sowiecka umilkła, a wojsko zaczęło się skupiać koło mnie. Strzelcy meldują mi, że w lewo w lesie widzieli bolszewików. Wykonując ostatni skok do lasu, widziałem w lewym rogu lasu jakichś żołnierzy, którzy kiwali do nas rękami. Po kilku minutach przybiega do mnie kpr. Piasecki – podoficer gospodarczy z kompanii por. Olszaka – i pyta się, gdzie jego kompania, bo on stoi z taborem w lesie i nie wie, gdzie ma dalej jechać. Mówię mu, żeby poczekał na mój tabor i razem pojadą na środek wsi. Rozmowę przerwali mi krzykiem, że jakiś strzelec ranny. Podchodzi ten strzelec do mnie, trzymając się ręką za krtań, która była zbroczona krwią. Wyciągnąłem z torby oficerskiej bandaż, wytarłem krtań i dostrzegłem tylko draśnięcie, na które nałożyłem plaster. Teraz przechodzę z kompanią na drugą stronę języka leśnego, spotykam tu spalony samochód, który wczoraj był spalony przez naszych ułanów. Ułani zaskoczyli bolszewików, sprali im skórę, zniszczyli ten samochód, a na szosie koło dworu stał unieruchomiony samochód pancerny, w którym była kasa z pieniędzmi. Pieniądze w banknotach zabrało nasze wojsko, a drobniaki, które potem ludność pozbierała, rozrzucono na szosie. Tę wiadomość zasięgnąłem od chłopa, który wraz z rodziną siedział w rowie za chałupą na drugiej stronie języka leśnego. Z przeciwnego skraju lasu ujrzałem kilka chałup rozrzuconych po polu, a w prawo zakrzaczenia. Te zakrzaczenia i palący się stóg (szkic nr 1) zakrywały ruch kompanii przed obserwacją npla znajdującego się w pałacu. Widziałem dochodzącą już do wsi kompanię por. Olszaka. Na środku pola stoją dwie biedki otoczone chmurą kurzu od serii sowieckich pocisków z ckm. Mam przy sobie dowódców plutonów. Pierwszym plutonem dowodzi por. Rusecki, ponieważ ppor. [Tadeusza] Buykę zwolniłem do Parczewa. Drugim plutonem dowodzi ppor. Maczkowski, a ppor. [rez. Witold] Okińczyc – jako nienadający się nawet na drużynowego – prowadzi tabor kompanii. Trzecim plutonem dowodzi plutonowy zawodowy Lisiewicz, ponieważ ppor. [rez. Mieczysław] Szparkowski zachorował jeszcze w Nowosiółkach i odszedł do szpitala polowego. Ppor. [rez. Jan] Wójcik tegoż dnia zachorował na żołądek. Zebranym dowódcom plutonów podaję dalsze kierunki natarcia i cel do osiągnięcia wsi, ubezpieczenia się i czekania na dalsze rozkazy. Natarcie na wieś odbyło się po zoranym polu na odległości 1,5 km, toteż wszyscy byli wyczerpani, bo nacieraliśmy w płaszczach, głodno i dochodziła godzina 12.00 przy skwarnej pogodzie. Idę w natarciu jako patrol bojowy z kapralem obserwatorem i gońcem. Po osiągnięciu wsi por. Rusecki wystawił placówkę w kierunku zachodnim, a ppor. Maczkowski za stodołami w kierunku północnym na lasek. Obiad będzie wydany we wsi, kolejno plutonami. Kompania rusza schodami w lewo, plutony w ugrupowaniu trójkąt w przód. Ruszając z natarciem, dowiedzia-

105

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

łem się jeszcze od chłopa w rowie, że szosą przejeżdżało 10 samochodów pancernych, które pojechały do majątku, a w tym lasku, z którego wyszedłem, była piechota sowiecka, która przed godziną uciekła również do majątku. Po drodze zastanawiałem się, dlaczego na tak wysokim terenie są pokopane te głębokie rowy, i doszedłem do wniosku, że majątek zdrenował te pola, a rowy są do odprowadzania wody. Przechodzimy szosę, na której widać ślady gąsienic. Słońce piecze, pot się leje i wielkie pragnienie. W połowie drogi podbiega do mnie strzelec i prosi, żeby mu pozwolić skoczyć pierwszemu do wsi, bo on akurat mieszka na tym kierunku. „Możesz iść, tylko uważaj, bo bolszewicy mogą być we wsi”. „Jak Pan Porucznik idzie na czele i nie obawia się, to ja w swojej wsi też się ich nie boję”. Strzelec wszedł na polną drogę i biegiem poleciał do wsi. Strzelanina zaczęła wszędzie milknąć. Podczas całego natarcia plut. Lisiewicz, który szedł z plutonem za mną, wołał: „Panie Poruczniku, niech Pan nie idzie w przodzie, bo mogą Pana zabić i kto będzie nas prowadził”. „Jak zabiją, będzie jednego mniej, a do dowodzenia są jeszcze oficerowie kompanii”. „Tak są, ale oni nie będą wiedzieli, dokąd prowadzić i co robić”. Te uwagi słyszałem kilkakrotnie, a w niewoli przy zetknięciu się w obozie w 1941 r. również mi przypominał je plut. Lisiewicz. Jedną moją odpowiedzią na to było, że musiałem dać przykład swoim żołnierzom, bo żołnierz szedł wtedy, jak widział ze sobą swego dowódcę. Na to plutonowy odpowiadał mi: „Czy pamięta Pan Porucznik, jak to było na ćwiczeniach polowych w garnizonie, dowódca szedł zawsze z tyłu, żeby widzieć swą kompanię i dowodzić nią”. No tak, ale garnizon był garnizonem, a rzeczywistość w polu wymagała czegoś innego. Dość o tym. Wieś – czyli cel natarcia – została osiągnięta. Teraz trzeba się ubezpieczyć i nawiązać łączność z dowódcą baonu i z kompaniami baonu. Ubezpieczenie wystawiono, wojsko zmęczone natarciem odpoczywa w przydrożnych rowach lub pod płotami, część już szpera po chałupach za chlebem i mlekiem. Wieś głucha, ani jednego człowieka na drodze. Strzelanina całkowicie zamilkła. Myślę sobie – tak spokojnie, to przejdę się z gońcem do majątku i sam nawiążę [łączność] z nim, a może po drodze i z dowódcami kompanii. Do majątku miałem z 800 metrów. Gdy uszedłem z 200 metrów, natknąłem się na 4 wyrostków, którzy wyszli z chałupy i przyglądali się odpoczywającemu wojsku. Podchodzę do nich i pytam się: „Byli tu bolszewicy?” „We wsi dzisiaj ich nie było, ino czołgi jeździły po szosie. W majątku to byli dzisiaj rano, złapali naszego sierżanta i plutonowego z KOP-u, zaprowadzili do parku, przywiązali ich do sosen i rozstrzelali. Wczoraj to nasi ułani dali bolszewikom wciry”. „Jak to, tu byli nasi ułani?” „A ino. Wczoraj przyjechali. Bolszewicy zaczęli strzelać. Ułani wsiedli na konie i pojechali na nich takim zagonem, a ci w nogi do lasku, że aż hej. Na szosie ułani przestrzelili im samochód pancerny. Przez całą noc ułani nocowali i dzisiaj rano zwinęli drut telefoniczny i pojechali”. „A czy dzisiaj szło przez wieś jakieś wojsko?” „Pół godziny temu szła kupka piechoty do majątku”. Myślę sobie, to na pewno por. Olszak. Trzeba iść do majątku i dowiedzieć się o dalsze zarządzenia. Zwracam się do wyrostków, żeby poszli do tej chałupy (wskazałem palcem), tam jest wasz kolega, który przyszedł z moją kompanią. Chłopaki puścili się biegiem do wskazanej chałupy i wypowiadali imię: „To na pewno Franek”. W tym momencie jakby ktoś z bicza strzelił nad moim uchem. Co to może być? To pękanie zaczyna być coraz częstsze, a z drzew sypią się liście topoli. Pierwszy raz zetknąłem się ze strzelaniną w zabudowaniach. Człowiek nie wie, skąd strzelają, i zamiast świstu kul słyszy się suchy trzask, jakby ktoś z bicza trzaskał. Zszedłem z drogi pod płot i patrzę w stronę kompanii. Na drodze widzę ruch, a przydrożnymi rowami biegną grupki strzelców

106

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

w moim kierunku. Pod osłoną budynków i poprzez ogrody, wyrywając sztachety w płotach, idę do kompanii. Po kilku minutach takiego przebijania napotykam pomiędzy chałupami w przerwie ppor. Maczkowskiego z dwoma plutonami (II i III), który biegnie w kierunku majątku. Wyjmuję pistolet, zatrzymuję całe wojsko i daję rozkaz: „Całość padnij i ani ruszyć się z miejsca, czekać na moje dalsze rozkazy”. Pytam się ppor. Maczkowskiego, co się takiego stało. „Bolszewicy są we wsi”. „Dobrze, czekaj pan tu z wojskiem tak długo, zanim nie przyślę rozkazu”. Biegnę do przodu. W następnych zabudowaniach spotykam por. Ruseckiego z plutonem: „Panie poruczniku, w następnym podwórku są bolszewicy i zabrali nam 3 ckm z biedkami”. Nie namyślając się wiele, daję rozkaz: „bagnet na broń” i z wielkim okrzykiem hurra!!! pędzimy do zabudowań. Bolszewicy w nogi i nasze ckm z biedkami pozostawili. Obsługa zdejmuje ckm z biedek, które każę rozmieścić następująco: jeden ckm z prawej strony drogi zwalcza cele po lewej stronie drogi. Drugi ckm poza stodołami zwalcza cele na wprost w opłotkach i na lewo w lukach pomiędzy zabudowaniami. Trzeci ckm z lewej strony drogi zwalcza cele z prawej strony drogi i w laskach pomiędzy zabudowaniami. Z lewej strony drogi jako osłona ckm jedna drużyna strzelecka, z prawej strony drogi dwie drużyny strzeleckie. Wojsko przyjmuje nakaz ugrupowania, a ja wysyłam dwóch gońców do ppor. Maczkowskiego, żeby przyszedł z wojskiem (dwa plutony). Gońcy wrócili i meldują, że nigdzie nikogo nie widzieli aż do samego majątku. Wysłałem drugich gońców z podchorążym, gdyż poprzednim nie wierzyłem. Dla pewności zaznaczyłem podchorążemu, że ma dojść do majątku, a na pewno znajdzie ppor. Maczkowskiego lub inne nasze wojsko. Teraz rozpoczynam natarcie tym wojskiem, które mam pod ręką. W zabudowaniach nawet jest wygodniej nacierać plutonem niż kompanią, której nie dałoby się rozwinąć. Padają pierwsze zabudowania, w których bolszewicy pozostawili kilku zabitych, kb, amunicję i taśmy z amunicją do ckm. Bolszewicy zastosowali strzelców wyborowych spoza drzew przydrożnych lub węgłów domów oraz ckm spoza węgłów stodół. Z następnymi zabudowaniami było gorzej, ponieważ bolszewicy podciągnęli na moje lewe skrzydło ckm-y rowami odwadniającymi, a na prawym moim skrzydle odezwały się ckm-y z lasku. Teraz trzeba było wykonywać skok w ogniu bocznym i czołowym. Przestrzenie od zabudowania do zabudowania dochodziły od 50 do 100 metrów. Porucznik Rusecki z kilkoma strzelcami skutecznie radzili sobie ze strzelcami wyborowymi ukrytymi poza drzewami. Nasi strzelcy z prawej strony sprzątali bolszewików ukrytych po lewej stronie i odwrotnie – z lewej strony strzelali na prawą stronę. Nasze ckm-y przykrywały swym ogniem ckm-y sowieckie w rowach odwadniających w lasku i poza zabudowaniami. Po każdym wykonanym skoku przy przydrożnych drzewkach leżały trupy bolszewików, tzw. strzelców wyborowych, a wśród nich kapitan. Moje straty wynosiły dwóch zabitych: jeden celowniczy ckm, a drugi strzelec z plutonu (zdaje się Staff), który położył swymi celnymi strzałami kilku bolszewików. Wraca podchorąży ze strzelcami i melduje, że był w samym majątku i nigdzie nie spotkał ppor. Maczkowskiego ani żadnego żołnierza z innej kompanii. Cała wieś jakby wymarła. Może nasze wojsko otrzymało rozkaz do odmarszu, mnie nie zawiadomili, a ja w trakcie zaciętej walki nic nie wiem. Ta myśl zaczęła mnie nurtować w myśli, że ja tylko walczę, ale z tej walki nie mogę się wycofać, bo poniósłbym więcej strat, opuszczając wieś niż w ciągu walki. Postanawiam walczyć do zmroku, a gdy nie będę miał żadnej łączności i pomocy – wycofam się ze wsi pod osłoną nocy. Nadlatują trzy samoloty sowieckie, obrzuciły nas wiązkami granatów ręcznych, ogniem ckm, zatoczyły kilka kółek i odleciały. Stałem przez ten czas z por. Ruseckim na klepisku

107

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

w stodole, której wrota były otwarte na oścież, i obserwowaliśmy samoloty. Pada seria pocisków przez dach do stodoły, ale nic nam nie zrobiła. Następna seria pocisków zapalających padła w chałupę niedaleko dworu, która natychmiast stanęła w płomieniach. O gaszeniu pożaru nie było mowy, bo po wsi latały stada brzęczących pocisków kb i ckm. Wysyłam trzecią parę gońców z zadaniem pójścia do majątku i szukania wojska, bo tam miał być ten baon. Umawiam się z por. Ruseckim, że on poprowadzi natarcie po prawej stronie, a ja po lewej stronie drogi. U por. Ruseckiego już grają rkm i 2 ckm-y, a on sam strzela z kb (bolszewickiego) do wysuniętego ckm przed stodołą. Karabinowy wywrócił się ugodzony kulą, ckm na chwilę milknie, ale celowniczy zastępuje miejsce karabinowego i znowu sypią się pociski. Por. Rusecki strzela, celowniczy podnosi się i pada. Ckm milknie. Celowniczy drugi raz podnosi się, robi w tył zwrot i biegnie w kierunku stodoły. Po kilku krokach dosięga go celna kula porucznika i pada. Ckm przez ten czas milczał, ale o dziwo sam jedzie do stodoły! (Podstawa Sokołowa ma dwa kółka). Spoza stodoły widzę wyciągniętą rękę, linkę i połowę wystającej twarzy. Widzi to również mój porucznik, składa się, celuje, pada strzał. Ckm zatrzymał się, a spoza stodoły runął na ziemię bolszewik. Po zlikwidowaniu ckm, który prowadził ogień na wprost, pozostał jeszcze jeden boczny ckm w lasku, na który oba ckm-y por. Ruseckiego położyły ogień, a strzelcy wykonali skok do zabudowań. Po mojej stronie mam przestrzeń 150 m, którą muszę przeskoczyć, a tu spoza stodoły praży jeden ckm, a z lewej strony z rowu dwa ckm-y. Po prawej stronie około 100 metrów mam już por. Ruseckiego, któremu daję znak, aby skierował swoje ckm-y na moją stronę w kierunku rowu. Moje ckm i rkm otrzymują zadanie położyć ogień na dwa ckm-y w rowie, aby je przygwoździć, a ja zabieram się do zlikwidowania ckm przy stodole. Muszę zaznaczyć, że jestem bardzo dobrym strzelcem, a w pułku przez 5 lat szkoliłem strzelców wyborowych i w każdym roku brałem z nimi pierwsze miejsce w strzelaniach o mistrzostwo dywizji. Zanim przystąpiłem do strzelania, mój celowniczy ckm melduje, że u niego nastąpiło zerwanie łuski, nie ma wyciągu łusek i nie może strzelać. Każę wnieść ckm do stodoły i mówię: „Jak nie masz wyciągu łusek, to masz bagnet”. „Tak, Panie Poruczniku, ale nas uczono, że bagnetem nie wolno”. Odpowiadam: „Nie wolno, tylko szybko się robi, bo to nie garnizon, tylko wojna i ckm musi strzelać. Zresztą fujaro, masz tu lufę zapasową”. Nie chciało mi się dłubać bagnetem, wyjąłem starą lufę, założyłem nową i wysłałem obsługę na stanowisko prowadzić ogień. Postanowiłem wybić obsługę przy ckm przy stodole, toteż musiałem wybrać sobie w zabudowaniach takie miejsce, z którego mógłbym widzieć chociaż bok obsługi, bo od przodu osłaniała i chroniła ich płyta pancerna. Wreszcie dostali się pod moją rękę i już nie uszli z życiem. Daję teraz rozkaz do ckm i rkm, aby silnie ostrzelali dwa sowieckie ckm-y w rowie, na które również strzelają 2 ckm-y por. Ruseckiego (swym ogniem będą wspierały mój skok do połowy przerwy pomiędzy zabudowaniami), a z drużyną wykonuję skok. Dobiegam do bolszewickiego ckm-u, kieruję go na 2 ckm-y w rowie, które już są w tyle poza nami. Przy ckm-ie są jeszcze 4 taśmy amunicji, toteż gram na nim jak na automatycznej maszynce. Bolszewickie ckm-y umilkły i widać, że zaczynają się wycofywać, bo są z tyłu i obawiają się odcięcia. Daję znak mojemu ckm-owi i rkm-owi do wykonania skoku. Celowniczy z lufą znalazł się koło mnie, a karabinowy z podstawą miał jeszcze z 30 kroków do przebycia. Z podwórka zabudowań, które zdobyliśmy, pada strzał i karabinowy pada z podstawą. Zdziwiło mnie bardzo, że w zabudowaniach zajętych przez moje wojsko pada strzał. We wsi trudno jest zorientować się, skąd pada strzał, ale na wszelki wypadek obser-

108

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

wuję zabudowania spoza węgła stodoły, słyszę drugi strzał, a z drzwi obory wygląda dymiąca się lufa. Chwytam swój karabin z nasadzonym bagnetem oparty o stodołę, przekradam się cichutko koło ściany stodoły i obory. Kto strzelał – obojętne, ale muszę go ukatrupić, bo strzela do mego wojska, a na rozpoznanie osobnika nie ma czasu. Podchodzę do drzwi obory, wsuwam karabin z bagnetem i strzelam prosto w pierś. Bolszewik pada na bydlęcy gnój. Kula trafiła go w samo serce. Idę do stodoły, przy której złożono karabinowego w ostatnich podrygach śmierci. Kula przebiła mu czaszkę na wylot, z której sączył się mózg. Zabandażowałem głowę, aby uniknąć przykrego widoku, i pozostawiliśmy go, bo o ratowaniu nie było mowy, a minuty jego życia były policzone. Po 10 minutach biedak skonał. Trzeba dalej rozejrzeć się w terenie i znowu pchać się do przodu. Dałem zadanie dla ckm-ów, rkm-ów i strzelców, a sam poszedłem do por. Ruseckiego, który był po prawej stronie drogi i z 50 m z tyłu, aby zorientować się w sytuacji. Po wykonaniu skoku na drugą stronę drogi wszedłem na podwórko, a następnie przeskok na drugą stronę stodoły. W sadzie przechodziłem koło piwnicy i wystraszyłem się nagłym okrzykiem: „Nie zabijajcie mnie, panoczku”. Te słowa były tak przeraźliwie wypowiedziane, że włosy mi dęba stanęły i stanąłem jak wryty. Po chwili nerwy zaczęły się uspokajać i pytam się go, co on tu robi. „Panok! Kamisar prikazał strzelać do was, a ja nie chacieł i astałsia zdieś”. Pytam się, dlaczego on nie chciał do nas strzelać. „Patamu, czto nam skazano było – ciepier wy idiomie bić germańca. Ja wieriu, czto eto łosz. Z pierwa dano nam ślepyje puli i skazali czto idiom na poligon, a patom czto na germańca. Siewodnia dali nam wostryje puli i skazali, czto budziem strzelać do Polaków”. Skąd ty pochodzisz? „Z charkowskiej guberni”. „Ile masz lat?”. „22”. „Czy wy wszyscy chodzicie tak marnie ubrani?”. „Jeszcze gorzej, tylko po wkroczeniu do Polski zdobyliśmy buty, owijacze, pasy, ładownice, furażerki i plecaki”. Wyglądem zewnętrznym przypominał ten żołnierz ubiór naszego żołnierza z tą różnicą, że spodnie, mundur i płaszcz były koloru wybrudzonego worka. Materiał płaszcza cienki i rzadki jak sito oraz szyty ręcznie zamiast maszynowo. Większość karabinów noszono na sznurkach, a ci co nosili na paskach, to zdobyli je w naszych magazynach. W rozmowie z por. Ruseckim oświadczył mi, że nie był pewny, kto wkracza do wsi przed rozpoczęciem walki. Z dala przez lornetkę widział posuwających się strzelców przydrożnymi rowami we wsi. Kolor ubrania nasz, ekwipunek nasz, więc nie otwierał ognia, bo sądził, że to idzie kompania por. Olszaka. Po dojściu na odległość 100 m bolszewicy pierwsi otworzyli ogień. To było znakiem, że nie nasi maszerują, tylko bolszewicy. Na pierwsze strzały nasze wojsko zaczęło nacierać w kierunku majątku, ale porucznik powstrzymał końcówkę swego plutonu, tylko ppor. Maczkowski nawiał z dwoma plutonami i do końca walki nie był w akcji. Zwróciłem się do naszych strzelców, aby wystąpiło dwóch na ochotnika do odprowadzenia bolszewika do dowódcy baonu. Było chętnych dużo, ale wybrałem dwóch, napisałem meldunek do dowódcy baonu z prośbą o nadesłanie pomocy. Gońcy odeszli z meldunkiem i jeńcem do majątku, a gdy tam nie będzie nikogo, mieli iść na Puchową Górę. Stwierdziłem z por. Ruseckim, że o dalszym posuwaniu nie ma mowy, bo bolszewicy podciągnęli sporo wojska i kilka karabinów maszynowych. Z opowiadania jeńca wynikało, że w m. Dawidy było ich 4 sotnie (4 kompanie) piechoty i sporo wozów pancernych. Do porucznika mówię, aby chwilowo objął dowództwo, a ja z podchorążym przejdę się do tyłu przejrzeć zabudowania, bo naszego wojska z każdym skokiem było coraz mniej. Poszliśmy spory kawał do tyłu, a następnie podchorąży szedł po lewej stronie drogi, przeglądając zabudowania, a ja po prawej. Zaglądając

109

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

do chałup, obór i stodół, spotkaliśmy kilkunastu strzelców, którym przejechałem się kijem po grzbietach – wskazywałem im właściwe ich miejsce. Po przejściu kilku zagród dojrzałem wojsko idące gęsiego poprzez ogrody. To maszerował ppor. [rez. Edward] Borowski ze swoim plutonem z kompanii por. Olszaka. „Panie Poruczniku! Co u Pana słychać?”. Por. Olszak słyszał przez kilka godzin walkę, wysłał nareszcie ppor. Borowskiego dowiedzieć się, co u mnie się dzieje. „Co słychać? Widzi Pan, że walczę od kilku godzin z bolszewikami, a was w ogóle nie można znaleźć. Gdzie wy jesteście?”. „Po wejściu do wsi pomaszerowaliśmy do plebanii za majątkiem (szkic nr 20), zajęliśmy stanowiska, ale przed nami nie ma nikogo”. Z dalszego opowiadania dowiedziałem się, że kompania zjadła obiad, a oficerowie jedli smakołyki u proboszcza. „Gdzie jest kpt. Pawłowski?”. „Nie wiem. Widzieliśmy, jak nacierał na majątek, a co dalej z nimi się stało, nie wiem”. „Czy po drodze nie widział Pan przypadkiem jakiegoś wojska?”. „Owszem. W kartoflach koło majątku leżało jakieś wojsko, ale nie pytałem się czyje”. Był to ppor. Maczkowski z dwoma plutonami, którego tak szukałem, wysyłając cztery pary gońców. Gdyby w tej minucie pojawił się ppor. Maczkowski, bez jednego słowa zapytania wsadziłbym mu kulę w łeb. Co się tyczy kompanii kpt. Pawłowskiego, to w niewoli dowiedziałem się od ppor. Jarzębińskiego Ignacego (z kompanii kpt. Pawłowskiego), że cała kompania leżała ukryta w rowie odwadniającym koło zakrzaczenia koty 155, obserwowała moją walkę i widziała wysyłanych gońców. Mam wielki żal do kpt. Pawłowskiego, jako starego oficera z poprzedniej wojny, który widząc moją walkę, siedział bezczynny i bezpieczny w rowie, zamiast spieszyć z pomocą. Porucznik Olszak po siedmiu godzinach walki zainteresował się moim losem i zamiast od razu przyjść z całą kompanią, wysłał pluton, a po godzinie przyszedł z resztą kompanii na mój meldunek. Największy żal mam do dowódcy baonu, który nie zainteresował się natarciem baonu, nie miał łączności z kompaniami, pozostał bezpiecznie z tyłu (bo miał przy sobie żonę i dwoje dzieci), a pod wieczór dowódca pułku85 znalazł go gdzieś w rowie koło szosy. (To opowiadał mi adiutant dowódcy pułku, stary legionista, porucznik stanu spoczynku Kruk-Rutkowski Wacław. Stary był tak zły na Bandołę, że byłby go w kawałki porwał, gdyż nie miał żadnego meldunku z pola walki). Wracając do plutonu ppor. Borowskiego, napisałem meldunek do por. Olszaka, aby przybył z resztą kompanii i o ile ma łączność z dowódcą baonu, niech mu o tym zamelduje. Meldunek ten wysłałem przez swego gońca i strzelca z plutonu ppor. Borowskiego – jako przewodnika, który po drodze miał wskazać miejsce, w którym były moje dwa plutony z ppor. Maczkowskim, i zaprowadził mego gońca do por. Olszaka. Po wysłaniu gońców poprowadziłem ppor. Borowskiego z plutonem i po drodze skreśliłem mu przebieg walki na moim odcinku. Dochodzimy do stanowisk. Zatrzymuję pluton, wysuwam się z ppor. Borowskim za róg stodoły i orientuję go w sytuacji. Ppor. Borowski nie wytrzymał na widok bolszewików, wyskoczył przed stodołę i strzelał do nich z postawy stojącej – opierając kb o drzewo. Oderwałem go jednak od tej niebezpiecznej zabawki, bo o śmierć nietrudno, a on musi trochę podowodzić swym plutonem, który jest wypoczęty. Dałem rozkaz ppor. Borowskiemu wykonać skok całym plutonem jednocześnie przez drogę, rozwinąć go i nacierać lewą stroną drogi do najbliższych zabudowań. Rozkaz został natychmiast wykonany. Pluton rozwinął się w polu, zajmuje stanowiska, a tu słychać szum motorów, a następnie rozpoczął się ogień artylerii. Pociski padały przed plutonem ppor. 85  Ppłk Franciszek Targowski.

110

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

Borowskiego, odbijały się, zataczając łuki ponad głowami, i padały 200 m za plutonem. Daję rozkaz do natarcia lewej stronie. Zabudowania osiągnięte. Z prawej strony drogi nie można wykonać skoku, gdyż silny ogień ckm nie pozwala wytknąć nosa spoza zabudowań. Dwóch strzelców próbowało wykonać skok spoza stodoły. Pierwszy wraca się z okrzykiem „O Jezu! Mój brzuch!”, a drugi „Och! Moja ręka, moja ręka!”. Obu każę przyprowadzić za stóg siana na podwórku. Pierwszemu rozpinam płaszcz. Guzik płaszcza na wysokości pępka odpadł – pozostało tylko uszko. Przy mundurze i rozporku też to samo. Podnoszę koszulę, a tu koło pępka leży kula z rozlanym ołowiem, który go tak piekł. Tę kulę schowałem na pamiątkę i pokazywałem znajomym przy opowiadaniu tej dziwnej historii. Przed południem drasnęła go kula w krtań przy natarciu na wystający język leśny, a teraz druga rozlała mu się koło pępka. Na opalone miejsca położyłem tylko gazę i plaster i chłopak dalej poszedł na linię. Z drugim było gorzej, ponieważ seria ckm-u przesiekła mu przedramię i ręka wisiała tylko na mięśniach i skórze – kość była jakby przepiłowana. Temu nałożyłem dwa patyki na rękę, zabandażowałem i odesłałem do majątku z dwoma strzelcami, aby odnaleźli lekarza. Z lewej strony słyszę głosy: „Pan porucznik ranny”. Patrzę, dwóch strzelców prowadzi ppor. Borowskiego pod rękę, który ledwie przeplata nogami. Był zbyt odważny i pewny, że kule nie powinny się czepiać jego osoby. Seria z ckm-u przeszyła mu prawą pierś i obojczyk86. Po nałożeniu opatrunku kazałem odprowadzić do majątku, spodziewałem się, że przez ten czas powinien już tam być ktoś z baonu. Do końca wsi dzieliły nas dwa zabudowania. Słyszę głos: „Kucharzec”, tak mnie nazywał por. Olszak. Ucieszyłem się na widok jego wojska. Teraz przynajmniej nie jestem sam, a wkrótce wylot wsi będzie osiągnięty. Patrzę na zegarek, godz. 20.00, lepiej późno niż wcale, tak sobie pomyślałem o por. Olszaku. Por. Olszak mówi do mnie, abym brał jego wojsko i dowodził całością, bo on nie zna sytuacji. Daję rozkaz jednemu ckm dołączyć do plutonu ppor. Borowskiego, a dwóm ckm zająć stanowiska poza stodołą i prażyć do ckm-ów w lasku, które nie pozwalają mi wysunąć nosa z zabudowań. Jak mam rozmieszczone wojsko i broń w końcowej fazie po przejściu por. Olszaka: po prawej stronie drogi 1 drużyna moja i 2 plutony por. Olszaka + 7 rkm-ów i 3 ckm-y. Z lewej strony drogi 2 moje drużyny, pluton ppor. Borowskiego + 5 rkm-ów i 3 ckm-y. Plutony ruszają do natarcia. Zabudowania osiągnięte, nie trzeba tracić czasu i kuć żelazo póki gorące, ruszam dalej do natarcia i osiągam wylot wsi. Teraz daję rozkaz do okopania się i ubezpieczenia się tak z prawej, jak i z lewej strony. Wszystkie ckm-y podciągnąłem do przodu. Zaczyna zapadać zmrok. Por. Olszak jest cały czas przy mnie, zapoznał się z terenem i sytuacją, więc mówię do niego: „Twoje wojsko jest wypoczęte, zjadło obiad, a moi ludzie zmęczeni i od rana nie mieli nic w ustach. Dowódź teraz swoim wojskiem, a ja ściągnę swoje do tyłu i nakarmię”. „Dobra jest”. Daję rozkaz ściągnąć ckm-y i pluton do tyłu. Por. Rusecki po osiągnięciu wylotu wsi zaopiekował się rannymi, których pościągał z zabudowań i odesłał na punkt opatrunkowy do majątku. Podczas ściągania mego wojska doprowadzono aparat telefoniczny i mieliśmy już łączność z dowódcą baonu, który był w czworakach majątku. W kilka minut po zainstalowaniu aparatu przyszedł ppor. [rez.] Szaniawski Janusz, 86  Ppor. rez. Edward Borowski (w publikacjach wymieniany jako poległy pod Jabłonią) następująco przedstawił swoje dalsze losy: „Pod Jabłonią niedaleko Woli Gułowskiej zostałem ciężko ranny. Po kilku dobach wożenia mnie w przygodnych transportach, 3 X znalazłem się w szpitalu w Radzyniu Podlaskim. W szpitalu leczono mnie do 7 III 1940 r., do chwili wywiezienia ostatnich 5 rannych ze szpitala przez Niemców. W Siedlcach uciekłem z transportu i przez 2 lata jeszcze kurowałem się w domu. W szpitalu byłem 4 razy operowany” (CAW, Kolekcja Kleeberczyków, ankieta nr 356 z 4 XII 1974 r.).

111

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

adiutant dowódcy baonu, i mówi, że dowódca baonu wzywa mnie i Olszaka na odprawę. Por. Olszak przekazuje dowództwo jednemu ze swych oficerów, pokazuje nam aparat telefoniczny i mówi, że idzie na odprawę do dowódcy baonu w majątku. Ja szukam wśród swoich ludzi najstarszego, który by zebrał wojsko i zaprowadził do kuchni w środku wsi. Spotykam ppor. Maczkowskiego z dwoma plutonami. Zapomniałem o wszystkim, kazałem mu zebrać całe wojsko, zaprowadzić do kuchni i czekać tam na dalsze moje rozkazy. Ja idę na odprawę do dowódcy baonu w majątku. Początkowo idziemy ogrodami, a po drodze pokazuję kolegom zdobyte dwa ckm-y, wyjmuję zamki i rzucam w pole. Dalej spotykamy biedkę z koniem na środku drogi. Pod koniem kałuża krwi, a on stoi drżący i zdrętwiały ze łzami w oczach. Podchodzimy bliżej i widzimy, że cała pierś podziurawiona jak sito. Zrobiło się nam żal biednego stworzenia i trzeba nam było ulżyć cierpieniom przez przyłożenie pistoletu pomiędzy uszy i oddanie strzału. Koń padł na miejscu, a cierpieniom było kres, bo litość brała człowieka, gdy patrzył na to bezradne stworzenie, które cierpiało, a nie mogło do nas przemówić. Odchodzimy, siadamy na linijkę dowódcy baonu, którą ppor. Szaniawski pozostawił z tyłu, i dojeżdżamy do czworaków, majątku koło dogorywającego się domu. W czworaku zastaliśmy dowódcę baonu, dowódcę baonu morskiego, kpt. [Jana] Pawłowskiego i por. [Mariana] Kamińskiego. Rozpoczęła się odprawa tycząca się ugrupowania na noc. Baon I i Morski mają zająć stanowiska we wsi, a baon II kpt. Samoszuka ma zamknąć szosę na Wisznice. 83 pp w m. Kolano, 84 pp w m. Puchowa Góra, a 1 kompania w m. Paszenki. Samodzielny baon 79 pp w Kalinka, KD w m. Paszenki, dowódca dywizji w m. Kolano, artyleria na dotychczasowych stanowiskach (szkic nr 20). W związku z tym dowódca baonu wydaje następujący rozkaz do ugrupowania na noc: Baon Morski zajmie stanowiska w parku i plebanii, zamknie (drogę) szosę na Wisznice i drogę do lasu wychodzącą z plebanii. I baon: kompania por. Olszaka na dotychczasowych stanowiskach zamknie drogę na m. Dawidy, kompania moja od plebanii do płonącego domu zamknie wyjścia z lasku. Kompania kpt. Pawłowskiego – jako odwód pośrodku wsi w wykopie. Dowódca baonu – m.p. w czworakach (gdzie była odprawa). Po odprawie zatrzymujemy się na kilka minut i dzielimy się swymi wrażeniami. Straty po naszej stronie: zabici: ppor. [rez. Bogdan] Mościcki, [ppor. rez. Rafał] Górecki87 i kilku strzelców, ranny ppor. Borowski i kilku strzelców. Po stronie sowieckiej na odcinku mojej kompanii 13 zabitych strzelców, w tym jeden kapitan, wzięto 2 ckm-y, dużo amunicji, broni ręcznej i 1 czołg zniszczony oraz wzięto 50 jeńców. Zabitych bolszewików na moim odcinku było daleko więcej, tylko bolszewicy zabitych i rannych zaraz zabierali do tyłu. Żołnierz sowiecki podczas walki był pilnowany przez komisarzy. Jeńcy cieszą się, że dostali się do niewoli, tylko proszą, żeby ich nie zabijać. Żaden z nich nie chce wracać do Rosji, chcą pozostać w Polsce, bo tu jest dobrze, każdy ma własny dom, ziemię, pieniądze i wszystko może kupić, a u nich tego nie ma. Proszą, aby przyjąć ich do naszych oddziałów, aby wspólnie walczyć przeciw komunizmowi. Po zakończeniu opowiadań rozchodzimy się do swych kompanii, aby przegrupować w myśl wydanego rozkazu. Wracam z por. Olszakiem, ale nie drogą, tylko opłotkami, ponieważ na naszym odcinku rozpoczęła się strzelanina, a kule dość gęsto brykały po drodze. Na tle dogorywającego budynku przemknął wóz z kompanii kpt. Pawłowskiego, do którego był przyczepiony ckm. Mówię do por. Olszaka, że podobał się ckm woźnicy i zabrał go z drogi (zdobyty przeze mnie). Później kpt. Pawłowski chwalił się, że jego 87  Oficerowie 1 kompanii strzeleckiej 82 pp.

112

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

kompania zdobyła ckm (ale zamku nie było, bo wyrzuciłem go w pole). Nagle słyszymy nawoływanie za nami, żeby wrócić. Wracamy, a przed czworakiem zastajemy dowódcę pułku, który daje nam rozkaz do wycofania kompanii z walki, bo w dniu 30 IX 1939 r. 30 DP ma zająć Milanów i zamknąć kierunek wyprowadzający z północy na Parczew, celem osłony przemarszu SGO „Polesie”. Samodzielny baon 79 pp jako straż tylna dywizji. Ugrupowanie: 83 pp jako straż przednia, 84, KD, 82 pp i 79 (straż tylna 79 pp). Po tym rozkazie szybko maszerujemy przez opłotki. Ogień wzmaga się, teraz słychać tylko ckm-y, następnie przed nami rozpostarła się płachta czerwona od pocisków świetlnych, wśród której nieprzyjemnie było maszerować, bo była na wysokości piersi i człowiek czekał, kiedy zostanie poczęstowany ołowiem. Po kilku minutach odezwał się szum motorów, smugi reflektorów, zaczęły się palić zabudowania i spotkaliśmy uciekających naszych żołnierzy. Nie było sensu iść dalej, bo we wsi panowało istne piekło, toteż z por. Olszakiem podawaliśmy żołnierzom kierunek marszu: szosa i szosą w prawo. Już nas dosięgnął ogień broni maszynowej, już się zaczęły palić koło nas zabudowania. Przez ogrody dochodzimy do drogi z żywopłotem z majątku do szosy i pod osłoną wału doszliśmy do szosy, a za nami nasi żołnierze. Stanąłem przy szosie, kieruję żołnierzy w prawo i przyglądam się płonącej wsi, która jest oświetlona jak w dzień i widać w niej poruszające się czołgi. Czołgi wyjechały teraz poza zabudowania i otwierają ogień na szosę, po której snuje się wąż wozów taborowych, a obok rowami żołnierze. Ogień jest dość silny, pociski padają na jezdnię, odbijają się z blaskiem i świstem, ale nie robią nam żadnej szkody. Na odcinku 300 m ostrzelanym silnie bronią maszynową nie spotkałem na szosie ani jednego zabitego konia, a rowem, którym szedłem, ani jednego żołnierza. Dziwne to było uczucie i dziwiłem się, że z tego piekła wyszliśmy cali. Po przejściu placówek II baonu na szosie rozpoczął się las, więc człowiek odetchnął pełną piersią, że teraz pod osłoną drzew może być bezpieczny i może zebrać swoje wojsko w kupę. Spotkałem swego pocztowego z koniem, siadam i jadę kłusem do przodu, a po przejechaniu 2 km zsiadam, staję na szosie i nawołuję swoich ludzi, aby zatrzymali się koło mnie. Gdy tabor i wojsko przeszło, odliczyłem swoich ludzi, których na 200 przed walką – miałem teraz 150. Co się stało z 50 ludźmi, tego nie wiem – prawdopodobnie część poszła do domu, część było rannych i zabitych we wsi, a może dostała się do niewoli. Z swoją szczupłą kompanią pomaszerowałem za taborem. Przy­ dzielo­ny do mej kompanii pluton ckm, który tak dzielnie się spisał w walce o m. Jabłoń, zniknął jak kamfora. Przez całą noc maszerowaliśmy do lasów Milanowa. 30 IX 1939 r. O świcie dywizja zatrzymała się na polanie w lasach milanowskich. W m. Kos­ try dywizja rozdzieliła się: 83 pp poszedł na południe w lasy od m. Kostry z zadaniem zamknięcia czatami drogi z m. Kostry na m. Parczew, a reszta wzdłuż toru kolejowego na polanę w lasach na południe od m. Milanów. Rozmieszczenie dywizji, jak uprzytamniam sobie, wyglądało następująco: 83 pp zamyka drogę z m. Kostry na m. Parczew, 84 pp zamyka drogę z m. Milanów na m. Wierzbówka, 82 pp zamyka drogi z m. Cichostów na Suchowolę i Wohyń, 79 pp (baon) na zabudowaniach na północ lasów milanowskich i nowej kompanii, ubezpieczony na stacji kolejowej i we wsi Milanów, KD w m. Cichostów zamyka drogi na północ. (szkic nr 21) Baon 82 pp odpoczywa sobie wokół polany, a baon II ubezpiecza. Początkowo panował spokój, toteż nadeszły rozkazy, aby przedstawić wykazy: a) poniesionych strat w ostatniej walce, b) zdobyczy na nplu,

113

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

c) przedstawić do awansu, d) przedstawić do odznaczeń. Przy podawaniu zdobyczy zwróciłem uwagę dowódcy baonu, że kompanie 1 i 2 podały takie rzeczy, które nie miały miejsca, bo ani jednego ckm-u nie zdobyły, a wykazały itp. Dowódca baonu odpowiedział mi: „Trzeba jednak wykazać, aby dowódca dywizji wiedział, że w tych walkach jednak mieliśmy zdobycz”. W wykazie do odznaczeń byłem podany do Krzyża Virtuti Militari, a por. Rusecki do Krzyża Walecznych. Ten wykaz odszedł z dowództwa pułku do dywizji, tak mi oświadczył adiutant pułku por. Kruk-Rutkowski. Moje straty przedstawiały się: 2 zabitych, 8 rannych, 50 zaginionych, rozbita kuchnia i zaginiony pluton ckm ze sprzętem. Zdobycz: 2 ckm-y, 6 rkm-ów, 50 kb, duża ilość amunicji do kb i ckm, 1 koń wierzchowy, 22 jeńców. Do awansu podałem 4 strzelców na starszych strzelców, 2 starszych strzelców na kaprali i kaprala na plutonowego. Do odznaczenia Krzyżem Walecznych podałem por. Ruseckiego i śp. strzelca Staffa (który uśmiercił około 10 bolszewickich strzelców wyborowych). W międzyczasie zrobiłem przegląd kompanii, doprowadziłem rynsztunek i tabor do porządku oraz uzupełniłem braki. Przy kompanii miałem strzelca sowieckiego, tego którego spotkałem we wsi przy piwnicy, moi żołnierze zaopiekowali się nim i był przez kilka dni w taborze, a następnie woźnicą. Po obiedzie ukazało się nad lasem kilka samolotów sowieckich, które stale krążyły i nas wyszukiwały. Za każdym ich odlotem dało się słyszeć silne bombardowanie Parczewa, przez który maszerowała Dywizja „Brzoza”. Nasza artyleria przeciwlotnicza kpt. [Kazimierz] de Latour88 zaczęła ostrzeliwać samoloty, gdy nadleciały nad las, i jeden został strącony. Po takich trzech przelotach nad lasem na odcinku samodzielnego baonu 79 pp ukazało się rozpoznanie kawalerii sowieckiej we wsi Milanów, które po ostrzelaniu odjechało na m. Kostry. Z lasów na południe m. Kostry i ze wsi Milanów wyszło natarcie piechoty sowieckiej, które zepchnęło placówki samodzielnego baonu 79 pp i szło naprzód wsparte artylerią. Dowódca dywizji rzuca na ten odcinek dyspozycyjną kompanię ckm w rejon gajówki Kuliki, a 83 pp daje również prawoskrzydłowej kompanii wesprzeć działanie samodzielnego baonu 79 pp. Walka trwała do późnego wieczora, a owocem jej było: 11 ckm, 7 rkm, 1 działko, dużo broni ręcznej, 10 wozów amunicji, 100 zabitych (w tym dowódca baonu i 2 oficerów) i 60 jeńców. Straty z naszej strony wynosiły: 1 oficer ranny, kilku strzelców i 6 strzelców zabitych. Na polanę, gdzie stał sztab dywizji, wpadł pocisk działka, trafił w samochód dowódcy 82 pp i wybił tylko szybę. Zmasowane wojsko wokół polany, sztab dywizji, kolumna sanitarna, saperzy, łączność, artyleria polowa i przeciwlotnicza – rozlecieli się po lesie, okopali się i wrócili późnym wieczorem, gdy ustała walka. Tegoż wieczoru po zjedzeniu kolacji nastąpił odmarsz o godz. 23.00 leśną drogą (jak niebieska linia, szkic nr 21) na m. Cichostów –Suchowola–Paszenki do nowego rejonu: Borki–Sitno–Ossowno–Wola Ossowińska i Krasew. Opanowanie tego rejonu było konieczne do wyrównania frontu z Dywizją „Brzoza”, która została ostrzelana przez samoloty sowieckie w m. Parczew, a obecnie przeprawiła się przez rz. Tyśmienicę w rejonie lasów Czemierniki (szkic nr 22). Dywizja ta osłaniana przez brygadę gen. Podhorskiego miała za zadanie osiągnąć Kock. Marsz Dywizji „Kobryń” do nowego re88  Dowódca baterii motorowej art. plot nr 29 należącej do Armii „Prusy”, wymieniany w niektórych źródłach jako poległy w kampanii wrześniowej. Według relacji oficerów i podchorążych tej baterii zamieszczonych w wydawnictwie Polska obrona przeciwlotnicza 1939 cz. 3, Warszawa 2012 (Wojskowe Teki Archiwalne, t. 2), kpt. de Latour odłączył od baterii podczas walk w rejonie Chełma w dniu 26 IX, udając się w kierunku Włodawy w poszukiwaniu I plutonu ogn. pchor. Stefana Jankowskiego. Prawdopodobnie z tym plutonem (1 działo 40 mm) dołączył do SGO „Polesie”.

114

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

jonu dał się we znaki, ponieważ nocą maszerowaliśmy wąskimi leśnymi drogami, na których było pełno dziur i wystających korzeni, a w dzień drogami piaszczystymi przy bardzo silnym upale. W drodze spotkała mnie żona mjr. Bandoły w m. Tchórzewek, wyniosła z mieszkania dzban zimnej wody i ugasiła me pragnienie, lecz ta ulga trwała niedługo w tej wielkiej spiekocie i unoszącym się kurzu od maszerującego wojska. (szkic nr 22) 1 X 1939 r. Batalion osiągnął nakazany rejon dopiero w południe, ale był rozciągnięty chyba na przestrzeni 5 km, tak wojsko było zmęczone. Stale jeździłem konno od czoła do tyłu i podpędzałem, żeby się to wojsko nie pogubiło. W m. Krasew otrzymałem tylko jedną stodołę i malutką chałupkę. Rozmieszczenie dywizji: w m. Borki dowódca dywizji z oddziałami dyspozycyjnymi, KD w m. Radzyń, 82 pp w m. Krasew i Olszewnica, 83 pp w m. Wola Ossowińska, 84 pp w m. Borki i Ossowno, samodzielny baon 79 pp w m. Sitno. Wszystkie oddziały na postoju były ubezpieczone. W m. Rabsztyn lądował nasz RWD, a podchorąży pilot meldował, że w m. Firlej stoi 13 dywizja zmotoryzowana niemiecka. Jak ten podchorąży jechał na tym samolocie, to ci było dziwne, bo cały kadłub i skrzydła były podziurawione jak sito. Moją czynnością na kwaterze było w pierwszym rzędzie wystawić ubezpieczenia. Wystawiłem dwie placówki, każda z 1 ckm, zajęli stanowiska na kocie 151, wykopali wnęki i zostali ściągnięci do stodoły. Na stanowiskach pozostała tylko obsługa rkm i ckm, ponieważ na północ koty 151 w pierwszym pojedynczym zabudowaniu kwaterowała kompania por. Olszaka. Żołnierze zabrali się od razu do mycia, żeby zmyć pot z kurzem i odświeżyć się. Pod wieczór został wydany obiad z kuchni kompanii ckm, ponieważ po rozbiciu mojej kuchni nie było mowy o zdobyciu innej. Całe popołudnie było do dyspozycji żołnierzy, którzy myli się, prali bieliznę, cerowali ubrania, a po kolacji smacznie spali na słomie. Tego dnia dowiedziałem się, że pod Kockiem walczą nasze oddziały z Niemcami (słychać nawet strzały), że w m. Adamów jest już 80 jeńców niemieckich, że nastąpiła zmiana Rządu Polskiego, np. prezydentem jest Raczkiewicz, ministrem spraw zagranicznych Zaleski, ministrem spraw wojskowych i premierem rządu gen. Sikorski, ministrem skarbu Koc, a następnie [dostałem] wiadomość o kapitulacji Warszawy i Modlina. 2 X 1939 r. Wczesnym rankiem dał się słyszeć huk artylerii spod Kocka, to było zetknięcie się brygady gen. Podhorskiego z 13 Dywizją Zmechanizowaną gen. Reichenaua89. Nastrój wśród żołnierzy jest poważny, bo widzą, że przyjdzie wkrótce walczyć z Niemcami. Po śniadaniu zebrałem kompanię i pomaszerowałem do por. Olszaka, u którego był ksiądz, słuchał spowiedzi i odprawił nabożeństwo. Gdy siedziałem w kancelarii por. Olszaka, odezwał się telefon, podnoszę słuchawkę, dowódca pułku wzywa mnie, abym się zameldował u niego na kwaterze. Pozostawiam wojsko por. Ruseckiemu i jadę konno do dowódcy pułku. Na podwórku przed kwaterą dowódca pułku, podchodzi do mnie telefonista i melduje się jako mój dawny drucik z 6 ppLeg. Wilno. Żołnierz jest bardzo ucieszony, że po 10 latach spotyka mnie jako oficera, bo w 6 ppLeg. byłem podoficerem. Nie miałem czasu na dłuższą pogawędkę i zameldowałem się u dowódcy pułku, który kazał mi jechać do m. Olszewnica do Baonu Morskiego i wziąć sobie ludzi na uzupełnienie kompanii. Jednocześnie dowódca pułku wyraził się: „Ależ Pan stracił dużo ludzi”. W słowach tych wyczułem pogardę, toteż nic nie powiedziałem, ale pomyślałem: Czy ty wiesz bałwanie, na kim spoczywa cały ciężar walki w m. Jabłoń? Ty wiesz, że nacierał 89  Dowódcą 13 DPZmot był gen. Otto, gen. Walter von Reichenau dowodził w kampanii wrześniowej 10 Armią.

115

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

batalion, ale tylko w pierwszej fazie, a od godz. 12.00 do 20.00 walczyła tylko moja kompania i nikt się mną nie interesował. Tak myśląc, wyszedłem, wsiadłem na konia i pojechałem po ludzi. Dowódca Baonu Morskiego skierował mnie do kpt. Czekalskiego90, którego odnalazłem i w rozmowie dowiedziałem się, że jest starszym bratem Władka Czekalskiego, z którym mieszkałem przez 3 lata w szkole oficerskiej. Pierwszą czynnością, którą musiałem wykonać, było łyknięcie kieliszka wódki, zjedzenie jajecznicy, a dopiero wybranie sobie ludzi. Na podwórku była zrobiona zbiórka całego jego wojska (więcej, kompania), z którego wybrałem sobie zdrowych ludzi, sformowałem w czwórki i pomaszerowałem do swych kwater. Po południu zarządziłem zbiórkę całej kompanii, przeorganizowałem i uzupełniłem braki. Podczas organizacji kompanii obserwowaliśmy walkę samolotów. Jeden samolot niemiecki i 2 sowieckie. Wynik walki był do przewidzenia i samolot niemiecki spadł w płomieniach na ziemię. Żołnierze już wiedzą o kapitulacji Warszawy i Modlina, którym szliśmy na odsiecz. Chcąc dalej walczyć, trzeba mieć amunicję, której nam brak, a którą możemy zdobyć tylko w Dęblinie. Rozpoznanie na naszą korzyść prowadzi por. [Edmund] Piorunkiewicz91 na swoim RWD. Wieczorem przyszedł rozkaz do odmarszu. Ja maszeruję z kompanią w straży przedniej, ale nie mam mapy – tylko otrzymuję miejscowości, przez które mam maszerować, więc zapisuję sobie i biorę tutejszego mieszkańca jako przewodnika, bo zmierzch zapada, a marsz odbywa się bocznymi drogami. Na tle nieba przelatują ogniste smugi wybuchów artylerii i odczuwa się dudnienie ziemi. Kompanię prowadzi por. Rusecki, a ja z przewodnikiem i szperaczami na czole. Przechodzimy przez m. Oszczepalin B, w której sterczą kominy i bielą się szkielety zbombardowanych chałup. Dochodzimy za wsią do traktu, na którym ciągną tabory i wojsko. Celem marszu naszej dywizji jest uchwycenie lasów Hordzieżka i zamknięcie dróg z m. Łuków–Żelechów– Dęblin. Maszerujemy całą noc. 3 X 1939 r. O świcie batalion osiągnął nakazane lasy i został skierowany na wschodni wylot m. Wola Gułowska. Gdy maszerowaliśmy przez Wolę Gułowską, było jeszcze ciemno, a po przejściu wsi zaczęło lekko świtać. Przy mnie ze szperaczami maszeruje dowódca baonu. Droga po wyjściu ze wsi opada w dolinę, w której widać zarys lasu, a z niego dochodzą jakieś głosy. Przystajemy i słuchamy. Rozmowa toczy się w języku niemieckim, więc zawracamy i maszerujemy na północ wsi do lasu i na lizjerze zajmujemy stanowiska ogniowe. Pada deszcz. Zaczyna świtać i mamy już wgląd na dalsze przedpole. Mjr Bandoła otrzymał rozkaz dowodzić II baonem i sam. baonem 79 pp. Kpt. Pawłowski dowodzi I baonem i swoją kompanią, którą ma w odwodzie. W lewo od naszego baonu znajduje się sam. baon 79 pp, a II baon w lesie, jako odwód. Patrole niemieckie podchodzą pod stanowiska sam. baonu 79 pp i rozpoczyna się wymiana strzałów. Ta sytuacja trwa aż do wieczora, bez żadnych poważniejszych strat, a wieczorem nadszedł rozkaz zejścia ze stanowisk. Zadanie dywizji: 83 pp na północny wschód m. Okrzeja z jedną kompanią w m. Wola Okrzejska ma nawiązać łączność z brygadą kawalerii Kmicica w m. Radoryż Kościelny, z którego rozpoznaje na m. Łuków i Żelechów, a na południe od wsi Hordzieżka obsadza południowy skraj lasu i ubezpiecza od zachodu w rejonie gajówki Ofiara. 84 pp w odwodzie dywizji, z tym, że jeden baon w m. Hordzieżka, a drugi przy leśniczówce na południe od wsi. Samodzielny baon 79 pp ubezpiecza dywizję od wschodu przy drodze Gułów–Hordzieżka. 90  Z przytoczonego sprawozdania tego samego autora wynika, że chodzi o kpt. Piotra Czekalskiego, dowódcę kompanii w batalionie morskim. 91  Patrz – jego relacja w części 2 wydawnictwa.

116

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

Dowódca dywizji w m. Hordzieżka wraz z oddziałami dyspozycyjnymi. Dowódca SGO „Pole­sie” w leśniczówce przy 84 pp, a w ostatnim momencie w m. Krzywda. KD rozpoznaje na Dęblin z Woli Okrzejskiej. Zwiad dywizji prowadzi rozpoznanie z przedpola 82 pp przez Lipiny–Budziska–Krzówkę–Charlejów. Wiadomości o Dywizji „Brzoza”, która przeprawiła się po moście pontonowym przez Tyśmienicę pod Tchórzewkiem, są takie, że uderzyła na oddziały 13 dywizji zmotoryzowanej pod Kockiem, Serokomlą. Brygada kawalerii gen. Podhorskiego uderza teraz od zachodu i północy na 13 dywizję zmotoryzowaną, przebija się przez nią i maszeruje na Adamów. Niemcy w tej walce ponieśli duże straty. W takiej sytuacji 82 pp przechodzi na nowe stanowiska. Ja po zebraniu kompanii czekam na baon, maszeruję przez Wolę Gułowską na oznaczone miejsce zbiórki w lesie. Pada deszcz. Błoto po kostki. Na drodze we [wsi] wzmożony ruch kawalerii, tak że ledwo bokami przeciskam się z kompanią. W Woli Gułowskiej zamówiłem wypiek chleba, po który mam wysłać wóz na dzień następny, jeżeli będzie to możliwe. Wreszcie przeszliśmy długą wieś i weszliśmy do lasu. Zaraz na wstępie koło gajówki Ofiara napotkaliśmy zawałę leśną i ledwo swój tabor przeprowadziłem polem, a następnie lasem pomiędzy drzewami. W dalszym marszu spotkałem przy ognisku tuż po drodze dowódcę baonu ze swym sztabem, który czeka na ściągnięcie się baonu. Moja kompania jest jako pierwsza, więc odpoczywamy w lesie i paląc ogniska, suszymy mokre ubrania. Po kilku godzinach nadeszły 1 i 2 kompania (szkice duży i mały nr 24). Przy ognisku dowódcy baonu spotkałem płatnika z naszego pułku, który był nad Wartą, a z nim dwóch podoficerów, którzy opowiadali o działaniach naszej dywizji. (szkic nr 23) Teraz wiadomości z naszego terenu walk. KD wycofała się z przedpola Woli Gułowskiej i Lipin (ta kawaleria, która nocą szła przez wieś). Rozpoznanie niemieckie podeszło pod Wolę Okrzej­ską, lecz nasza KD odrzuca je. Rozpoznanie to nadeszło z kierunku Dęblina, a zepchnięte przez naszą KD, natknęło się na brygadę kawalerii Podhorskiego i zostało całkowicie zlikwidowane. Na skutek tego 82 pp otrzymał następujące zadanie: nawiązać łączność z KD, współpracować z brygadą kawalerii gen. Podhorskiego. Do 82 pp został przydzielony baon 84 pp (z odwodu dywizji). Zadanie zasadnicze 82 pp to utrzymanie południowego skraju lasu (st. Krzywda) i osłaniać wycofanie się brygady kawalerii gen. Podhorskiego w razie ewentualnego naporu niemieckiego. Z 3 na 4 X 1939 r. 82 pp maszeruje do wyznaczonego rejonu i obsadza lizjerę leśną. 4 X 1939 r. Gen. Kleeberg był u dowódcy dywizji płk. Eplera i podał mu ogólne położenie. Przed brygadą kawalerii gen. Kmicica znajdują się oddziały 29 dywizji zmotoryzowanej niemieckiej, które nadciągnęły z kierunku Warszawy. Na skrzyżowaniu szos pod Rykami Niemcy organizują obronę. 13 dywizja zmotoryzowana niemiecka poniosła wielkie straty i może uda się ją zlikwidować. Zamiarem gen. Kleeberga było uderzenie na dywizję zmotoryzowaną niemiecką, która była już w worku, dążyła teraz za wszelką cenę przebić się przez Adamów–Krzywda do 29 dywizji zmotoryzowanej niemieckiej. Wobec tej sytuacji Dywizja „Kobryń” w dniu 4 X 1939 r. uderzy przez Lipiny–Wolę Gułowską–Serokomlę. W tym dniu na odcinku 82 pp był spokój, żołnierze kopali rowy strzeleckie i wypoczywali, bo pogoda była piękna. Niedaleko od naszych stanowisk przebiegał tor kolejowy, na którym stały zbombardowane wagony. Kilka wagonów stało lekko uszkodzonych bombami lotniczymi. Na torze, gdzie były zbombardowane wagony, były olbrzymie leje. Na naszym skraju lasu, oddalonym od toru 400–500 m, leżały koła z osiami, drobne części wagonów i karabiny z wygiętymi lufami. Wykorzystałem piękną pogodę i spokój na przedpolu

117

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

na spisanie ewidencji kompanii, wydanie chleba z zamówionego wczoraj wypieku w Woli Gułowskiej i wypłacenie żołdu. W lewo ode mnie sąsiadował II baon kpt. Samoszuka, a za mną w odwodzie Baon Morski. Po południu nawiązał ze mną łączność ppor. [Jan] Mansfeld z 83 pp (którego poznałem w Kobryniu, gdy zgłosiłem się w dywizji po instrukcje jako kwatermistrz pułku, a następnie całą niewolę mieszkaliśmy w jednym mieszkaniu). Do kompanii przydzielił mi dowódca baonu st. sierż. [Antoniego] Gajewskiego i kpr. [Bronisława] Żamojdę, którzy przybyli z pułku znad Warty 92. St. sierż. Gajewskiemu dałem funkcję szefa kompanii, a kpr. Żamojdzie funkcję dowódcy sekcji granatników. Wieczorem otrzymałem rozkaz opuszczenia stanowisk i maszerowania do gajówki Ofiara. Zaczął padać deszcz, na drodze straszne błoto, a w dodatku przenikliwe zimno. Drogą ledwo można się przecisnąć, bo oddziały maszerują w dwóch przeciwnych kierunkach. Artyleria grzmi bez przerwy. Po długiej męczarni dobrnęliśmy do gajówki Ofiara. Otrzymałem rozkaz zatrzymać kompanię w lesie i czekać na dalsze rozkazy. W lesie sypie się grad szrapneli i odłamków artyleryjskich, gałęzie spadają i trzask łamiącego się drzewa. Nasza artyleria strzela z lasu na północy zachód gajówki Ofiara. Od strony m. Lipiny przywożą na koniach rannych ułanów, których układają na podłodze w gajówce, lekarz dokonuje pierwszych zabiegów i odsyła się ich wozami do tyłu. Po północy rannych kieruję do tyłu, a w gajówce zasiada sztab dywizji. Położyłem się na słomie, na której widać ślady krwi po rannych ułanach, i drzemię sobie – czekałem na dalsze rozkazy. Słyszę, że o świcie 82 pp ma zająć podstawę wyjściową do natarcia, luzując brygadę kawalerii gen. Podhorskiego, o godz. 8.00 wykonać natarcie. Przez całą noc trwała walka, podczas której brygada kawalerii gen. Podhorskiego pod naporem Niemców utraciła Wolę Gułowską i broni się teraz w Lipinach. Batalion 84 pp przydzielony do 82 pp jest w akcji i odrzucił Niemców aż do klasztoru. Niemcy obsadzili Wolę Gułowską z klasztorem włącznie, Konorzatkę i Czarną. Nasz wieczorny ruch powstał na skutek powziętego nowego planu. Dywizja „Kobryń” musiała przejść do rejonu gajówki Ofiara bez 84 pp, który był związany walką z Niemcami. KD była na rozpoznaniu Ryki –Dęblin. I/83 pp + płk [Edward] Milewski93 z kawalerią na północ w lasach m. Niedźwiedź do oskrzydlenia npla. Dowódca dywizji przeniósł swoje m.p. do gajówki Ofiara, a punkt opatrunkowy znajdował się w leśniczówce na południe od wsi Hordzieżka. O godz. 20.00 odbyła się odprawa dowódców u gen. Kleeberga na stacji kolejowej Krzywda. Wyciąg z rozkazu Położenie ogólne, własne i nieprzyjaciela niezmienione. Niemcy znajdują się swym gros (13 DP) w Serokomli, a swymi osłonowymi elementami obsadzają Józefów, Konorzatkę, lasy na wschód od Helenowa, wschodnią część Woli Gułowskiej. Główny nacisk oddziałów ich da się wyczuć w kierunku na Adamów, poza tym odrzucili oddziały gen. Podhorskiego na zachód, zajmując pod wieczór wschodnią część Woli Gułowskiej. Ustalono 4 pułki piechoty 13 dywizji zmotoryzowanej znacznie osłabione i silnie reagujące na ogień i jak zwykle na szturm na bagnety. Artyleria w sile dwu dywizjonów o kalibrze 100 mm strzela bardzo, ale bez większych 92  Chodzi o podoficerów pierwszego rzutu pułku, który walczył w składzie Armii „Łódź”, a następnie wraz z całą 30 DP bronił Modlina. Część pododdziałów, a nawet pojedynczych żołnierzy z jednostek 30 DP, po utracie łączności ze swoimi jednostkami pod walkach pod Przyłękiem (9 IX 1939 r.), kierowała się do garnizonów, a następnie dołączyła do SGO „Polesie”. 93  Dowódca brygady kawalerii „Edward” w składzie Dywizji Kawalerii „Zaza”.

118

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

sukcesów. Broń pancerna po południu już nie działała, po zniszczeniu kilku wozów pancernych w przedpołudniowej walce. Zdaje się, że ten rodzaj broni u nich się wykończył. Ogółem od 1 X straciła 13 dywizja zmotoryzowana około 100 czołgów i samochodów pancernych. Nacisk 29 dywizji zmotoryzowanej nie był bardzo silny. Prawdopodobnie gen. Kmicic walczył z silnym rozpoznaniem tej dywizji, które odrzucił i zniszczył mu kilka wozów pancernych. Zgrupowanie Ryki ma, wydaje się, zadanie wyraźnie obronne i poza wysłaniem słabego rozpoznania na Wolę Okrzejską nie dało żadnego znaku życia. W Dęblinie znajduje się dowództwo armii gen. Reichenaua. Według niesprawdzonych wiadomości wywiadowczych miało ono dojść dzisiaj szosą na Puławy. To samo źródło podaje przyspieszoną ewakuację materiałów ze Stawów94. Oddziały własne Dywizja „Brzoza” obsadza Adamów i Wojcieszków. Dywizja walczyła cały dzień z 13 dywizją zmotoryzowaną i miała poważne straty krwawe. Dywizja „Kobryń” nawiązała styczność z 13 dywizją zmotoryzowaną w rejonie Konorzatki i Woli Gułowskiej, dywizja gen. Podhorskiego po przejściu przez 13 dywizję zmotoryzowaną uderzyła na nią od zachodu i jest obecnie spychana przez nią na Lipiny, brygada gen. Kmicica walczy z oddziałami 29 niemieckiej dywizji zmotoryzowanej, miała też poważne straty. Zamiarem w dniu 4 X [było] wyzyskać rozdział sił nieprzyjacielskich i zniszczyć 13 niemiecką dywizję zmotoryzowaną, osłaniając się przed 29 dywizją i zgrupowaniem Ryki. Liczę, że pojawienie się 29 dywizji nie wpłynie jeszcze w tym dniu decydująco na przebieg działania. Po zlikwidowaniu 13 dywizji zamierzam zwrócić się – zależnie od rozwoju akcji – przeciw 29 dywizji lub zgrupowaniu Ryki. Zadanie zlikwidowania 13 dywizji powierzam Dywizji „Kobryń”, która wzmocniona jedną brygadą kawalerii z dywizji gen. Podhorskiego uderzy silnym południowym skrzydłem przez Wolę Gułowską na Serokomlę i odrzuci npla na Dywizję „Brzoza”. Północna granica natarcia: rzeczka bez nazwy przepływająca przez Wolę Gułowską–Czarną–Serokomlę. Dywizja gen. Podhorskiego po wydzieleniu brygady dla Dywizji „Kobryń” osłoni natarcie Dywizji „Kobryń”, utrzymując obronnie wschodnie i południowe wyloty lasu Hordzieżka oraz wejście do tegoż lasu z kierunku Ryki. Dywizja „Brzoza” współdziała z Dywizją „Kobryń” przez utrzymanie Adamowa, a co najmniej lasów między Adamowem a Krzywdą, a następnie uderzy od północy na 13 dywizję w porozumieniu z dowódcą Dywizji „Kobryń”. Dywizja wydzieli silny odwód w rejonie na północ od Adamowa. Brygada gen. Kmicica ma utrzymać przeprawę przez stawy i rzekę Bystrzycę pod Radoryżem i osłonić przez to działanie grupy przed interwencją 29 niemieckiej dywizji. Przewiduję możliwość wzmocnienia brygady w razie potrzeby przez oddziały Dywizji „Brzoza”. Zarządzenia specjalne. Natarcie Dywizji „Kobryń” ma zachować pełne cechy zaskoczenia. Dla związania nieprzyjaciela, o ile on sam nie natrze, na co wskazywałoby jego położenie i dotychczasowy sposób prowadzenia walki, wykonując o świcie natarcie na Konorzankę – dywizja gen. Podhorskiego, na Józefów – Dywizja „Brzoza”. Dywizja „Kobryń” uderzy dopiero po rozpoczęciu się akcji obu tamtych dywizji. Początek natarcia dywizji gen. Podhorskiego i Dywizji „Brzoza” godz. 6.00 rano. 94  Chodzi o zapasy broni i amunicji zdobyte przez Niemców w Głównej Składnicy Uzbrojenia Nr 2 Dęblin-Stawy.

119

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

5 X 1939 r. Na podstawie rozkazu dowódcy SGO „Polesie” 82 pp zajmuje o świcie podstawę wyjściową do natarcia: I baon okrakiem na rzece przy majątku Lipiny, w prawo II baon, w lewo we wsi batalion 84 pp i za I baonem – Baon Morski jako odwód. I baon zajmuje podstawę o godz. 8.00 rano. Moja kompania (trzecia) o godz. 7.30, którą prowadziłem drużynami w odległości 300 metrów. Ja idę jako pierwszy, a por. Rusecki wypuszcza drużyny z lasu i maszeruje z ostatnią drużyną. Dojście do podstawy było dobre, ponieważ była mgła, droga do połowy była osłonięta wzniesieniem 171 i 172, a od połowy przesłaniała wieś [szkic nr 25]. Na dziedzińcu majątku spotkałem gen. Podhorskiego, który czekał na zluzowanie jego dywizji przez naszą Dywizję „Kobryń”. Drużyny zajmują stanowiska w opłotkach majątku przy drodze z Lipin do folwarku Lipiny. Na przedpolu robi się coraz lepsza widoczność. Sprawdzając stanowiska na prawym skrzydle kompanii, spotkałem por. Goldmana z kompanią z II baonu, który poczęstował mnie szklanką gorącej herbaty. Herbata po nieprzespanej nocy orzeźwiła mnie. W miarę widoczności zaczynam orientować się w terenie i widzę rzeczułkę, wzdłuż której mam nacierać. (szkic nr 25) Ugrupowanie I baonu: moja kompania (trzecia) ma nacierać okrakiem wzdłuż rzeczułki i opanować Budziska jako pierwszy przedmiot natarcia. 2 kompania por. Olszaka ma nacierać wzdłuż wsi Turzystwo–Wola Gułowska, a za nią kompania pierwsza kpt. Pawłowskiego jako odwód. O godzinie 8.00 rusza natarcie przy wsparciu naszej artylerii. Artyleria niemiecka kładzie na nas silny ogień, a piechota ogień ckm z lasów z prawej strony z m. Zarzecze i z klasztoru. Natarcie idzie naprzód na razie bez strat. Na wysokości ostatniego zabudowania Helenówek i klasztor, natarcie zostaje przygwożdżone zaporą artylerii. Jestem ostrzeliwany z broni maszynowej i kb strzelców wyborowych, którzy polują na dowódców. Robię skok pod drzewo, przy którym stoi ceber. Ogień jest koło mnie, a ceber rozsypuje się w kawałki. Wykonuję drugi skok do drzewa z workiem i sieczkarką. Ogień znowu mnie nęka, ale czuję się bezpiecznie za workiem z żytem i grubą jabłonią. Z sieczkarki odpadają tryby i nieprzyjemny szczęk pocisków. Badam źródło ognia, bo na przedpolu nie widzę npla, choć nareszcie domyślam się, że to na pewno z lasku oznaczonego nr 5. Daję rozkaz do dwóch ckm-ów, które są przy ostatnim zabudowaniu, aby przejechały się po koronach drzew lasku nr 5. Moje ckm-y zaczęły grać, a ja obserwuję przez lornetkę, bo już npl przestał strzelać i zauważyłem, jak spadło dwóch strzelców z drzew. Ogień z drzew nie jest tak skuteczny jak z ziemi, bo żołnierz padnie tylko wtedy, jak jest trafiony, a kula leci tylko do tego miejsca, gdzie był wycelowany karabin. Ogień z ziemi rani na całej swej przestrzeni i jeżeli nie trafi tego, do którego się celowało, to może na dalszej przestrzeni kogoś dosięgnąć. Rozglądam się teraz w terenie, gdzie by zrobić skok i przeskoczyć zaporę artylerii, która posuwa się od klasztoru na mój kierunek. Widzę wnęk, do którego wykonuję skok z 30 metrów, prawdopodobnie był on wykopany wczoraj przez ułanów. Zapora trwała prawie godzinę i przerolowała się cztery razy po kompanii. Nie było mowy o wytknięciu głowy, więc położyłem się na wznak, łopatkę położyłem na twarzy, modliłem się i czekałem, który to pocisk rozerwie mnie w tym wnęku. Pociski padały gęsto i dość blisko ode mnie, bo 1 metr. Przykre uczucie leżeć we wnęku, słuchać świstu przelatujących pocisków i padających tuż-tuż oraz być obsypywanym piaskiem i ogrzewanym ciepłym powietrzem eksplodującego materiału wybuchowego. Łopatką świadomie się osłoniłem, żeby nie raziły twarzy drobne odłamki, lepiej niech szarpią inne części ciała lub od razu uśmiercą, żeby człowiek nie cierpiał, względnie był kaleką. Ta zapora wydawała się wiecznością,

120

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

a śmierć nie nadchodziła, chociaż spodziewałem się jej w każdym blisko padającym pocisku. Raz tylko udało mi się ogarnąć okiem przedpole walki, lecz prócz ściany dymu nic nie widziałem, nawet swoich ludzi. Nareszcie artyleria zaczyna słabnąć, pociski coraz rzadziej padają i zapanowała chwilowo cisza jak w kościele. W tej ciszy nie słyszałem jęku rannych i zdawało mi się, że wszyscy zginęli, tylko ja jeden ocalałem, bo żyję, myślę i poruszam się w swym wnęku. Po kilkunastu sekundach zauważyłem, że w terenie zaczęły wychodzić głowy, obracały się i na pewno już nie myślały tak jak ja, bo ich było pełno. Jak stwierdziłem, to z całej kompanii został tylko jeden strzelec zabity i 4 rannych. Śmierć owego strzelca była dziwna, bo został trafiony pociskiem artylerii w sam kręgosłup, kula przeszła przez niego, rozerwała się pod nim i siła gazów podniosła ciało do góry i w pozycji jak na czworakach zastygł, a pod nim w dołku leżały wnętrzności. Korzystam z ciszy przedpola i wydaję rozkaz do skoku naprzód, opanowując lasek nr 5. Zaczęły padać pojedyncze strzały, na które żołnierze nie reagowali i szli tak jak na manewrach – jak gdyby to były ślepe strzały. Na przedpolu kompanii leżało sporo trupów niemieckich. Byli to młodzi ludzie, ok. 18 do 22 lat, wzrostu wysokiego, czuć od nich alkohol i każdy z nich miał trafienie w czoło przez hełm. Żołnierz nasz zdał egzamin z celności strzałów i wierzył w swój karabin, poza którym miał wsparcie ckm-ów i trochę naszej artylerii. Jednym słowem, żołnierz był zdany na własne siły, toteż dbał o swą broń, bo w niej widział własną obronę. Jestem w lasku nr 4, a przy mnie dowódca baonu i por. [Marian] Kamiński z moździerzami. Niemcy wymacali nas artylerią. Pada pocisk, a odłamki ranią por. [rez. Kazimierza] Żaka z kompanii ckm. Wszyscy uciekli do lasku, prawdopodobnie nr 2, a ja wysunąłem się w kierunku lasku nr 5. W drodze łapie mnie seria ckm, prawdopodobnie z wieży klasztornej, toteż tak szybko wgryzłem się w ziemię, że tego cudu w tak rekordowym czasie podczas pokoju nie wykonałbym. Na ćwiczeniach żołnierz kopał wnęk 8–10 minut, a ja na pewno w ciągu 1–2 minut. Seria zamilkła, ale poleżałem sobie dobre 10 minut, bo i zmęczony byłem, i nie chciałem znowu ściągać na siebie ognia. Po 10 minutach byłem w lasku nr 5. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że na lewym skrzydle ktoś podał po linii: „Wycofać się” i rozkaz ten jak błyskawica przeniósł się na prawe skrzydło. Pierwsza zaczęła wycofywać się kompania druga por. Olszaka, który został ranny i odniesiony do tyłu, a za nią moja. Skoczyłem biegiem do lasku nr 3 i z karabinem wycelowanym do żołnierzy wydawałem rozkazy do zatrzymania się. W tym trakcie widziałem, jak z tyłu poza laskiem nr 3 szedł kpt. Pawłowski z gońcem od zabudowań Helenówek do m. Helenów. Miałem ciężką sprawę z powstrzymaniem wojska, ale połowa 2 kompanii odpłynęła, a moja pozostała cała. Teraz dowodziłem dwiema kompaniami. Wysłałem gońca do dowódcy baonu z zapytaniem, kto wydał rozkaz do wycofania się, ale dowódcy baonu nie można było znaleźć. Przypuszczam, że żołnierze widzieli rejteradę dowódcy baonu ze sztabem i por. Kamińskiego z moździerzami, to więc któryś podał po linii: „Wycofać się”. Wojsko, które zatrzymałem, pchnąłem na wschodni skraj lasku nr 3, dałem rozkaz do zajęcia stanowisk, a do lasku nr 5 wysłałem dwa ubezpieczenia. Teraz obrazek z kpt. Pawłowskim, który szedł w odwodzie za por. Olszakiem, podczas zapory artyleryjskiej zgubił gdzieś kompanię we wsi (jeden z oficerów młodszych opowiadał mi, że do wieczora kompania pierwsza była w rejonie cmentarza m. Turzystwo B) i przeszedł na prawe skrzydło baonu do m. Helenów. W m. Helenów natknął się na kompanię por. Goldmana, któremu chciał odebrać dowództwo i dowodzić kompanią. Por. Goldman ostro się postawił, oświadczając, że on jest dowódcą kompanii, on ma łączność z dowódcą baonu i kompanii nie odda.

121

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

Nadchodziła noc, żołnierze na linii pokopali sobie doły, nakryli się kocami, bo było dość zimno, i pochrapywali. Od chwili, gdy zatrzymałem wojsko, gdy wycofywało się na całej linii, był spokój i to nas dziwiło. Niemcy nie strzelali, więc i my nie strzelaliśmy. Nie nacierałem, bo nie miałem łączności z dowódcą baonu i to wszystko było dla mnie jakieś podejrzane. Por. Rusecki poszedł do m. Lipiny, odnalazł tabor, ściągnął go do lasku nr 6, zjadł sobie chleba ze smalcem, zabrał koc z wozu i powrócił. Od niego dowiedziałem się, że w lasku nr 7 jest mjr Bandoła i kpt. Samoszuk oraz że w lasku nr 6 jest nasz tabor. Teraz por. Rusecki pozostał na linii, zabrał się do kopania dołu na nas dwóch, a ja głodny poszedłem najpierw do taboru, odnalazłem swój wóz, najadłem się, wziąłem koc i poszedłem do lasku nr 7. Było ciemno i nikt mnie nie zauważył. Słyszę głos kpt. Pawłowskiego, jak się skarży przed mjr. Bandołą na por. Goldmana, że tamten nie wykonał rozkazu kapitana. Mjr Bandoła mówi mu: „A co ty chciałeś od jego kompanii, przecież masz swoją”. „Tak, ale tam było moich kilku strzelców, ja jako najstarszy musiałem objąć dowództwo. Pomyślałem sobie – miałeś gońca, a kompanię w przeciwnej stronie”. Dalszą rozmowę przerwał dzwonek telefonu. Muszę zaznaczyć, że siedząc koło sztabu I i II baonu, miałem wrażenie, że jestem w gorzelni – tak jechało od nich spirytusem, w który zaopatrzyli się w Suchowoli. Kpt. Samoszuk otrzymał telefoniczny rozkaz, aby w całej linii przerwać ogień, wypatrywać rakiety dziewięciogwiaździstej, a gdy ją zauważy się, wystawić na linii białe płachty jako oznakę kapitulacji. Rano o godz. 7.00 zbiórka pułku w m. Lipiny, gdzie wojsko zje śniadanie, otrzyma żołd i będzie czekało na dalsze rozkazy. Po otrzymaniu tego rozkazu wysłano gońców przez dowódców kompanii na odprawę. Zgłosiłem się zaraz u mjr. Bandoły, mówię, że wszystko słyszałem i nie potrzebuję być na odprawie, tylko pójdę do kompanii wydać zarządzenia. Najpierw podzieliłem się przykrą wiadomością z por. Ruseckim, który już wykopał dół, naniósł naci kartoflanej i ułożył się do spania, a następnie przygotowaliśmy tyczki z onucami i chusteczkami, aby zatknąć na linii. Po tej czynności ściągnąłem jeszcze ubezpieczenia lasku nr 5 i położyłem się spać. O godzinie 4.00 przebudziłem się z zimna i mowy już nie było o spaniu. Teraz trochę o innych działaniach. Niemcy o godz. 8.00 rano rozpoczęli natarcie na dwóch kierunkach: na Adamów i na lasy Hordzieżka. „Brzoza” traci Adamów. Zabrano sporo jeńców. 84 pp (baon kpt. [Seweryna] Kozyry) zdobywa klasztor, 79 pp (samodzielny baon) naciera od północy na Wolę Gułowską, ginie dowódca baonu mjr Bartula. Kpt. Kozyra w natarciu na klasztor stracił 5 oficerów. Charlejów zajęty przez nas i jesteśmy już na tyłach niemieckich. O godz. 16.00 pod silnym ogniem npla 82 i 84 pp wycofują się na wysokość klasztoru. Samolot niemiecki rzuca ulotki. „Uznajemy Wasze męstwo i miłość Ojczyzny. Zaprzestańcie jednak walki. Jesteście sami. Niemcy szanują swoich jeńców i zapewniają Wam rycerskie traktowanie w niewoli”. Podobno gen. Kleeberg dzwonił do wyższych dowódców, zawiadamiając ich o kapitulacji i złożeniu broni. Dywizja „Kobryń” nie chciała złożyć broni, dywizja Podhorskiego też nie. O godz. 20.00 została wyznaczona odprawa wyższych dowódców w m. Hordzieżka. Na odprawie tej byli: gen. [Franciszek] Kleeberg, gen. Młot-Fijałkowski (bez przydziału), płk dypl. [Mikołaj] Łapicki, szef sztabu grupy, mjr dypl. [Tadeusz] Grzeszkiewicz, oficer operacyjny grupy i dowódcy dywizji. Kapitulację uzasadniano brakiem amunicji, wielką stratą ludzi (60%). W Lipinach na odprawie u dowódcy dywizji zapadła decyzja dowódców pułków o kapitulacji. Dywizja „Kobryń” ma złożyć broń w m. Czarna.

122

R el ac j e: Jó z ef Kuch a rc z yk

6 X 1939 r. O godz. 6.00 zebrałem swe wojsko ze stanowisk, pomaszerowałem do lasku nr 6, gdzie był tabor, przedstawiłem całą naszą sytuację, kazałem wykopać dół, zawinąć w płachty namiotowe ckm-y, rkm-y i granatniki i zakopać. Po rozwidnieniu wysłałem podchorążego z drużyną na nasze stanowiska, aby przejrzał teren, czy są zabici nasi lub Niemcy, złożył zabitych na wóz i odwiózł do lasku nr 7, gdzie dowódca baonu miał wykopać duży dół i wszystkich zabitych pochować. Na moim odcinku był zabity jeden nasz strzelec i 8 niemieckich. Gdy kopano dół do zakopania broni, szedłem w las, gorzko zapłakałem nad losem, nie mogłem pogodzić się z tym, że mam złożyć broń i pójść do niewoli, toteż odbezpieczyłem granat, wyjąłem zawleczkę i położyłem się na nim, aby zakończyć sobie życie. Przez głowę przelatywały przebłyski, że może jednak po złożeniu broni uda się nawiać i pójść do Rumunii. Ta myśl postawiła mnie na nogi, podniosła na duchu, wsadziłem przetyczkę do granatu i granat włożyłem do rozłożystego jałowca. O godz. 7.30 zebrałem kompanię z taborem i pomaszerowałem do m. Lipiny, zastałem kuchnię por. Kamińskiego, z której kompania pobrała kawę i jadła śniadanie. Ja z oficerami udaliśmy się do dowództwa pułku pobrać gażę i żołd. W dowództwie dostałem rozkaz o kapitulacji, który zaraz po powrocie do kompanii odczytałem przed frontem. Samodzielna Grupa Operacyjna „Polesie” L.dz. 118 M.p. dnia 5 X 1939 r. ŻOŁNIERZE! Z dalekiego Polesia, znad Narwi z oddziałów, które się oparły demoralizacji, zebrałem Was pod swoją komendę, by walczyć do końca. Chciałem iść wpierw na południe, gdy to się stało niemożliwem, nieść pomoc Warszawie. Warszawa padła, nim doszliśmy. Mimo to nie straciliście nadziei i walczyliście dalej. Najpierw z bolszewikami, następnie w trzydniowej bitwie pod Serokomlą z Niemcami. Wykazaliście hart i odwagę w masie zwątpień i dochowaliście wierności Ojczyźnie do końca. Dziś jesteśmy otoczeni, a amunicja i żywność są na wyczerpaniu. Dalsza walka nie rokuje nadziei, a tylko rozleje krew żołnierską, która jeszcze przydać się może. Przywilejem dowódcy jest brać odpowiedzialność na siebie. Dziś biorę ją w tej najcięższej chwili – każę zaprzestać walki, by nie przelewać krwi żołnierskiej nadaremno. Dziękuję Wam za Wasze męstwo i Waszą karność, wiem, że staniecie, gdy będzie potrzeba. Jeszcze Polska nie zginęła i nie zginie! Powyższy rozkaz przeczytać przed frontem wszystkich oddziałów. Dowódca Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie” /-/ Kleeberg gen. bryg. Po odczytaniu rozkazu zauważyłem wielkie wzruszenie u żołnierzy, jedni byli smutni, drudzy mieli łzy w oczach, a jeszcze inni płakali. Zaraz przystąpiłem do wypłacania żołdu. Kompania usiadła na trawie, podchorąży wpisywał nazwiska podchodzących strzelców, każdy otrzymał 100 złotych i musiał podpisać się na liście. Po wypłaceniu żołdu podsumowałem listę i odniosłem ją do płatnika, rozliczając się z pobranych pieniędzy. Tutaj dowie-

123

SGO „Polesie” w dokumentach i wspomnieniach

działem się, że 13 dywizją zmotoryzowaną niemiecką z Wrocławia dowodził gen. [Paul] Otto. W skład tej dywizji wchodziły pułki 43, 44 i 4595. W walce straciła ta dywizja 3 dowódców baonów, jednego dowódcę dyonu, 30% krwawych strat i 50% zniszczonego sprzętu96. Ledwie zdążyłem dojść do kompanii, która stała gotowa do odmarszu, a tu zjawił się dowódca pułku na koniu i przynagla pozostałe kompanie do pośpiechu, które nie dokończyły śniadania lub nie otrzymały żołdu. W kilku słowach mówił do żołnierzy: „Idziemy teraz złożyć broń. Kompanie maszerują pod dowództwem dowódców kompanii. Nie wolno opuszczać szeregów, bo Niemcy zapowiedzieli, że do małych grupek, które będą same szły, będą strzelać. Kolejność marszu: I, II i Baon Morski. Maszerować!”. Maszerujemy boczną drogą przez Helenówek na kierunek cmentarza w Woli Gułowskiej. W Woli Gułowskiej na wysokości kościoła wjechała w naszą kolumnę kawaleria, która odcięła moją i por. Kamińskiego kompanię. Przez masę kawalerii straciłem łączność z pułkiem. Przechodząc koło klasztoru, ujrzałem kilku zabitych naszych i Niemców. Niemcy są już we wsi i przyglądają się nam, a swoich zabitych pozakrywali plandekami. Na klasztorze nie ma ani jednej dachówki, tylko prześwieca samo rusztowanie. Zakonnik stoi przy plebanii i błogosławi maszerujące wojsko znakiem krzyża świętego. Nie wypadało nic innego zrobić, jak maszerować z kawalerią, która za klasztorem skręciła na polną drogę w lewo do lasów. Sądziłem, że w tym kierunku pomaszeruje całe wojsko. Przed Adamowem złożyliśmy broń, a następnie pomaszerowaliśmy wzdłuż traktu, gdzie oddzielono oficerów od strzelców. Po godzinie oczekiwania nadjechały samochody, na które zabrano tylko oficerów, i zawieźli nas, o ile się nie mylę, do szosy pod m. Przytoczno na południe od m. Charlejów. Na wielkiej łące po obu stronach traktu roiło się od ludzi. Po prawej stronie traktu stały tylko tabory, a po lewej konie wierzchowe i ludzie. Cała łąka była oświetlona reflektorami, aby mieć wgląd i żeby nikt się nie wysmyknął w teren. Nasze wojsko, które pozostało pod Adamowem, maszerowało pieszo i przyszło dopiero na ową łąkę po północy. Przez całą noc przyjeżdżały samochody partiami i zabierały oficerów do Dęblina. W pierwszej kolejce zabierano oficerów z kawalerii, toteż odnalazłem swój wóz taborowy z walizką i postanowiłem jechać nim do Dęblina – na drugi dzień. Podczas jazdy samochodem na wspomnianą łąkę por. Kamiński dowiedział się dopiero od nas, że my pobraliśmy gażę i żołd dla kompanii, który wydaliśmy żołnierzom. Jego wojsko błogosławiło przez całą drogę, że żołdu nie otrzymali. Por. Kamiński jak zwykle dbał o siebie, poszedł wieczorem spać, a w nocy gońcy nie mogli go znaleźć i nic nie wiedział o zarządzeniach tyczących się kapitulacji. Tak się zakończyła kampania SGO „Polesie”, zamiast dojść z odsieczą Warszawie, doszliśmy do kapitulacji i niewoli. Oryginał, rękopis; Instytut Józefa Piłsudskiego w Londynie, sygn. (1120) II.A.21.9 95  Faktycznie 33, 66 i 99 ppzmot. 96  Są to dane zawyżone. Według meldunku porannego z 5 X, straty dywizji w walkach od 1 do 4 X wyniosły: 60 zabitych (w tym 7 oficerów), 136 rannych (w tym 5 oficerów) i 128 zaginionych (wśród nich 4 oficerów). Straty w dniu 5 X – 16 poległych (w tym jeden oficer), 80 rannych (w tym 5 oficerów) i 3 zaginionych. Do tego dodać należy straty wymienione w meldunku porannym z 6 X, wynoszące 6 poległych, 26 rannych oraz 60 zaginionych podoficerów i szeregowych. Por. A. Wesołowski, Końcowe walki generała Kleeberga w świetle dziennika wojennego niemieckiej 13 Dywizji Piechoty Zmotoryzowanej (1–6 paź­ dziernika 1939 r.) (w:) Dzieje–wojsko–społeczeństwo. Studia ofiarowane prof. dr. hab. Edwardowi Pawłowskiemu z okazji sześć­ dziesiątej piątej rocznicy urodzin, Siedlce 2006, s. 218.

124

R el ac j e: Wac ł aw R u s e ck i

125. Por. rez. Wacław Rusecki, zastępca dowódcy I plutonu i zastępca dowódcy 3 kompanii strzeleckiej 82 pp. Relacja z udziału w SGO „Polesie”, Katowice, 25 kwietnia 1974 r.

[…]97 4. Krótki opis udziału w walkach w jednostce mob. a) Jednostka nasza, będąca w marszu na zachód, jako ubezpieczenie boczne SGO, w m. Jabłoń otrzymała ogień km-ów oraz ukazały się czołgi npla. Podczas walki 1 kompanii moja 2 kompania otrzymała rozkaz uderzenia na wieś od strony południowej, po wejściu do wsi natknęliśmy się na npla w sile jednej kompanii, który jednocześnie wkroczył do wsi od strony północno-zachodniej. Pierwsze strzały padły od stronty npla i wówczas wywiązała się wzajemna wymiana strzałów z odległości 20–30 m. Dopiero nasze „hurra” zdetonowało npla, który w panice zaczął wycofywać się ze wsi. W pewnej chwili nadleciały samoloty, które ogniem km starały się wykurzyć nas ze wsi. Nasze wycofanie się nastąpiło dopiero w nocy o godz. 22.00 i po pewnym czasie udało nam się dotrzeć do jednostki w lasach parczewskich. Reasumując, zadanie było w 100 proc. wykonane. Zdobyliśmy trochę broni i jednego jeńca. Własne straty: 1 zabity (Strumpf98), 2 rannych (1 ranny w brzuch, drugi w rękę i w głowę). Straty npla trudno było ustalić, gdyż walka trwała w samej wsi, gdzie obserwacja była bardzo utrudniona. b) Następnie, po dojściu w rejon walk pod Kockiem, jednostka nasza wzięła udział w natarciu na Wolę Gułowską. Nasza kompania po wyruszeniu do natarcia została ostrzelana ogniem km-ów, po czym, nacierając dalej wzdłuż południowego skraju wsi, dotarliśmy na odległość na ok. 400 m od lasu. Wówczas [npl] przez parę minut otworzył huraganowy ogień artylerii na nasz odcinek. Po chwili przerzucił ogień na kompanię, która nacierała wzdłuż wsi, i wówczas zauważyłem, że kompania wycofuje się. W tym czasie otrzymuję rozkaz, aby przerwać dalsze posuwanie się i przegrupować się w lewo, tj. ok. 200 m na południe od dotychczasowego kierunku natarcia. Po zajęciu nowych stanowisk okopaliśmy się, 97  Pominięto pkt 1–3 zawierające dane autora. 98  Prawdopodobnie poległy strzelec nazywał się Staff. Takie nazwisko podaje w swojej relacji por. Józef Kucharczyk. Widnieje ono również (bez wskazania miejsca i daty śmierci) w Księdze pochowanych żołnierzy polskich poległych w II wojnie światowej (Pruszków 1993, s. 377).

125

Suggest Documents